Sunday, December 31, 2017

šalamounovy řezy czyli salomonowe ciasto



i zrozumiałem, że nadzwyczajność miejsc trwa tak długo, jak długo za takie je uważamy.
i że gdyby nie było Pragi, należałoby ją wymyślić.
str. 17, Aleksander Kaczorowski, "Praski elementarz", wyd. Czarne 2012

jesienią właśnie minęło nasze 10 lat w Pradze. 2+8. 

Zaczęliśmy mieszkać w Pradze 1.10.2005. Po dwóch latach wyjechaliśmy na dwa lata do Jerozolimy. I w roku 2009 wróciliśmy. Jak to często tłumaczę, wróciliśmy do Pragi w ucieczce przed Warszawą. To trochę jednak żart. Po prostu Pragę już trochę znaliśmy, lubiliśmy, bardzo dobrze się nam tu mieszkało i pracowało. W sumie nadal tak jest. Nie spodziewaliśmy się jednak, że zmiany w polskiej nauce będą tak powolne, że zostaniemy w Pradze na długo. Nie spodziewaliśmy sie chyba, że to będzie nasz dom.

A było tak. Z pierwszych dni po naszym przyjeździe do Pragi zapamiętałam kupowanie mebli (kiedy to oczywiście się z Łukaszem posprzeczaliśmy) i ciasto na osłodę. To było wyjątkowo mokre i słodkie ciasto, które upiekła Marcelka, gdy szliśmy na powitalną kolację do Ivki i Pavla. Było płaskie, czekoladowe i posypanie kokosem (choć wydawało mi się, że brązowym cukrem). Upiekłam więc niedawno, by świętować dziesięciolecie naszego w Pradze pobytu.

Šalamounovy řezy czyli w dosłownym tłumaczeniu salomonowa krajanka (od Salomona, biblijnego króla Salomona), to ciasto często zwane również "ciastem na szklanki", czyli ciastem szybkim i nieskomplikowanym (zapewne salomonowe, bo takie pomyslowe a zarazem proste). U mnie zwanym "ciastem na ostatnia chwilę". Takie ciasta też warto mieć w repertuarze.


Przepis na šalamounovy řezy, czyli salomonowe wilgotne czekoladowe ciasto (od Marcelki):
  
ciasto: 
1 szklanka wody (można z dodatkiem łyżki kawy)
2 szklanki cukru
1/2 kostki masła
3 jajka
2 szlanki mąki (300g)
1 proszek do pieczenia (2 łyżeczki)
3 wielkie łyżki ciemnego kakao

wierzch: kokos, orzechy, lub ulubiona posypka

+ 2 łyżki rumu do ponczu

W rondelku ogrzać masło z cukrem i wodą (nie zagotowywać). Połowę "płynu" odlać (na poncz) i zostawić na później. Do pozostałej częsci dodać jajka, wymieszać. Następnie dodać porcjami mąkę wymieszaną z kakao i proszkiem do pieczenia. Ciasto wylać na wylożoną papierem formę (~24x36cm). Piec 20 minut w temp.180st.C. Do zimnego ponczu dolać 2 łyżki rumu. Upieczone ciasto polać stopniowo ponczem, a nastepnie posypać orzechami lub kokosem. Idealne letnie. Słodkie, mokre, na 10 lat.

PS. U Marcelki (i Ivo) wynajmowaliśmy pierwsze w Pradze mieszkanie, przyjaźnimy sie do dziś :-)
.

Saturday, December 23, 2017

piernik przekładany





dobrych Świat,
pachnących piernikiem,
pachnących spokojem,
życzą
Basia i Łukasz + Emil 


Zeszłej zimy odkryłam w Pradze, oczywiście przez całkowity przypadek (pojachałam oglądać zabawki dla Milka) jedno jedyne miejsce gdzie można nabyć lody znanej polskiej firmy (znanej również z Grycanek;). Oczywiscie wróciłam z orzechowymi, kawowymi i malagą. Później podczas ktorejś z kolejnych wizt skusiłam się na ich bakaliowy piernik przekładany (a Emil odkrył sorbet truskawkowy i uczyniliśmy z tych wyjazdów rytuał pociągowo-lodowy). I przepadłam - musiałam spróbować taki piernik upiec. A skoro piekłam go już z pięć razy i ciągle się nad nim rozpływamy, to postanowiłam przepis zapisać. Więc piszę, co następuje: 


Przepis na piernik przekładany (proba odtworzenia ulubionych smaków): 

ciasto (na podstawie przepisu na miodowe ciasto lekach): 
250g mąki 
łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
duża szczypta soli
1/4 łyżeczki czarnego świeżo mielonego pieprzu
1 łyżka cukru z wanilią
1 szkl. trzcinowego cukru
1/2 szkl. miodu
1/2 szkl. dobrego oleju
2 jajka
1/2 szkl. ciepłej kawy (z 2 filiżanek espresso lub z 2 łyżek kawy)
1/4 szkl. soku z pomarańczy
1/4 szkl. rumu
250g bakalii (orzechy, ciemne rodzynki, morele, figi, wiśnie)

150g śliwkowego powidła
150 gruszkowego powidła
150g czarnej czekolady + 1 łyżka masła

Wymieszać suche skladniki (mąkę, proszek, sodę, sól, pieprz, cukry). W większym naczyniu wymieszać miód, olej, jajka, ciepłą kawę, sok z pomarańczy i rum. Następnie do "mokrej" masy dodawać porcjami suchą frakcję, wymieszać. Bakalie posiekać i wmieszać do masy. Ciasto wylać na wyłożoną papierem blachę 30x40cm. Ciasto piec w temp. 170st.C do "suchego patyczka" (30-40minut).
Gdy ciasto przestygnie, przekroić wszerz na pół i następnie każdą połówkę na 3 długie paski. Jeden pasek posmarować śliwkowym powidłem, przyłożyć ciastem, posmarować gruszkowym powidłem i znów przykryć ciastem (tak samo postąpić z trzema pozostałymi kawałkami ciasta). Następnie przełożone pierniki polać dokładnie roztopiąną na maleńkim ogniu czekoladą (można dodać łyżkę masła, czekolada wtedy jest byłyszcząca). Przybrać orzechami. Odczekać dzień, dwa i świętować. Ostanio nasze naj.


PS. Dziękuję wszystkim za pamięć, za odwiedziny, za dobre myśli!
.
.

Monday, October 23, 2017

nalewka na owocach pigwowca





każdej jesieni, zwykłam dostawać od wujka Ryśka, kilka bądź kilkanaście wielkich owoców pigwy, zresztą tak wielkich, jak pokaźnych rozmiarów jabłko, wystarczało na płatki kandyzowanej pigwy, galaretki membrillo i pigwówkę. A że pigwowe drzewo wujka było jedynym jakie kiedykolwiek spotkałam, to długie lata myślalam, że pigwa jest lepsza od dość popularnego pigwowca, a co za tym idzie, że pigwówka lepszą od pigwowcówki jest. Nic bardziej mylnego, okazuje się, że nie zawsze trudniej dostępne znaczy lepsze.

Dwa lata temu dostałam papierową torbę pełną owoców pigwowca, ze słowami mniej więcej  takiej treści "prezent, Piotrek nie da rady w tym roku z pigowca zrobić nic, prezent". Jak szybko zaczęłam, tak szybko się poddałam. Spróbowałam pigwowiec kroić na cienkie płatki i zrobić wzorem pigwy - pigwowiec kandyzowany - po cieniutkim pokrojeniu 7 owoców, dałam sobie spokój, takie twarde (i wyjątkowo niewdzięczne do krojenia). 

Potem pigwowcem bawił się Emil, rozrzucając po mieszkaniu na przemian z orzechami, lub ze śmiechem raczkując z dwoma owocami pigwowca, po jednym w każdej ręce. Ale w papierowej torbie ciągle coś było...  a spirytusu jak na lekarstwo. Trochę zrezygnowana pokroiłam pigowowiec w duże kawałki, zalałam wódką** (tu przypomina się rzecz jasna odwieczny problem niedostępnosci spirytusu w Czeskiej Republice). Po kilku miesięcach probowaliśmy nalewkę, którą Łukasz nazwał "królową nalewek, zaraz po bakaliówce"!


Przepis na nalewkę na owocach pigwowca* (radosna twórczość własna):

1kg dojrzałych owoców pigwowca
1 litr wódki
1/3 kg cukru

Owoce pigwowca umyć dokładnie (często są pokryte jakby woskową powłoczką), przekroić na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne, następnie ćwiartki owoców pokroić na pół. Owocowe ósemki wrzucić do słoja, zalać wódką i odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć słojem raz na parę dni. Następnie zlać znad owoców płyn, a pigwowiec zasypać cukrem, potrząsnąć co pare dni, po tygodniu cukier powinien sie rozpuścić. Po tym czasie zlać znad owoców syrop i połączyć z wczesniej zlanym alkoholem (owoce można zalać ponownie butelką alkoholu). Nalewkę odstawić na 3 miesiące. Po tym czasie zlać znad osodu i próbować. Kwaśna, przyjemnie kwaśna, lekko pieprzowa, niezwykle aromatyczna.



* nalewka na owocach pigwowca często jest zwana pigwówka, wg. mnie nazwa "pigwowcówka" jest bardziej poprawn
** pigwowiec jest mało soczysty, soku wiele w nim nie ma, wystarczy zalewać wódką, nalewka szybciej dojrzewa, nie ma ostrego posmaku spirytusu.
.

Monday, September 04, 2017

dżem z papryki




w Czechch istnieje specyficzne podejście do warzyw. Zauważa to praktycznie każdy obcokrajowiec, który nawiedza Czechy na okres dluższy niż tydzień i po tym czasie skosztował już kilka razy smażonego sera, wołowiny w śmietanowym sosie, gulaszu, pieczonej karkówki, grilowanej golonki, duszonych żeberek itd. 

A więc w Czechach istnieją tylko dwa warzywa: ziemniak i kapusta. Oczywiście można w sklepach napotkać pomidory, ogórki, pory i takie tam. Można zobaczyć nawet przeróżną sałatę i bakłażany oraz zielony groszek. Przez okrągły rok można kupić podłużną, żółtawą paprykę. Nie wiem, kto to je (chyba ci obcokrajowcy), bo wszystkiego z tej listy poza ziemniakiem i kapustą na próżno wyglądać w czeskim menu. Czasem kawałeczek marchewki błyśnie w rosole, czasem listek roszponki zagości koło kotleta. O większą ilość nieprzetworzonych warzyw na talerzu dość trudno. W Czechach bowiem, powtórzyć należy, poważaniem cieszą się tylko dwa warzywa: ziemniak i kapusta, kapusta rzecz jasna tylko długo duszona, a ziemniaki nieskąpo omaszczone.

Prawdę, że "w Czechach warzyw to się je bardzo mało" przekazała nam nasza pierwsza praska przyjaciółka-obockrajowiec, Haydée (rodem z hiszpańskiego Asturias). Ta prawda w przeciągu dziesięciu z górą lat nieznacznie się zmieniła. Nadal nasi nie-czescy znajomi są zawiedzeni czeską warzywną dietą ubogą w warzywa. Różne proponują rozwiązania, niektóre bardzo reformatorskie - jednym z nich jest propozycja samej Haydée: omlet z ziemniakami* i dżem z papryki.

 

Przepis na dżem z papryki (za Haydée):

wersja 1:
słoik grilowanej marynowanej czerwonej papryki (ok. 200g odsączonej papryki)
3-4 łyżki cukru (ok. 50g)
czarny pieprz świeżo mielony


wersja 2:
kilogram czerwonej papryki

200g cukru
5 łyżek octu winnego
pół łyżeczki czarnego świeżo mielonego pieprzu

wykonanie wersja 2:
Paprykę upiec, a w zasadzie opalić nad ognisiekm (co uczyniłam własnoręcznie) lub w piekarniku. Papryka powinna troche zmięknąć, a jej skórka ma być spalona, czarna. Następnie papryki na kilkanaście minut szczelnie przykryć. Gdy przestygną zdjać dokładnie spaloną skórke, wyciąć gniaza nasienne, pokroić w cienkie paseczki. Wrzucić do rondelka, dodać cukier i ocet, a następnie gotować na średnim ogniu, aż nadmiar płynu odparuje i sos stworzy coś na kształt syropu (trwa to +/- 15minut). Dżem zasłoikować, można przechowywać parę tygodni w lodówce, choć zazwyczaj nie ma potrzeby. Podawać ze śmietakowym serkiem i s čerstvým pečivem. Paprykowy, słodki.

wykonanie wersja 1:
Paprykę odsączyć z zalewy, pociąć w 0.5cm paseczki, przełożyć do rondelka, wlać połowę marynaty, w której marynowane były papryki, dodać cukier, pieprz, a następnie gotować na średnim ogniu, aż nadmiar płynu odparuje i sos stworzy coś na kształt syropu (trwa to +/- 15minut). Dżem zasłoikować, można przechowywać parę tygodni w lodówce, choć zazwyczaj nie ma potrzeby. Podawać ze śmietakowym serkiem i s čerstvým pečivem. Paprykowy, słodki.


PS. 1. Po raz pierwszy etykietkę na dżem samodzielnie narysowała dla mnie dzisiejsza pierwszoklasistka Łucja :-)
PS. 2. O dziwo dżem ten jest lekkostrawny, nie wiem czy dlatego, że papryka pozbawiona jest skórki? Lub że jest pieczona-spalona?
* taaa, w północnej Hiszpanii ziemniaki też plasują się bardzo wysoko na warzywnej liście!
.

Wednesday, August 16, 2017

placki na sodzie z ogniska



Lis tych słów uważnie słuchał, 
Po czym rzekł zdejmując z ucha 
Swój kapelusz zawadiacki: 
- Umiem piec ze śniegu placki. 
Mam do tego obok, w lasku, 
Piec własnego wynalazku. 
Kto dostarczy kupę śniegu 
I dorzuci mi do tego 
Połeć sadła lub słoniny, 
Ten w niespełna pół godziny 
Prosto z pieca na śniadanie 
Placków tłustych niesłychanie 
Pełny taki wór dostanie. 
Mówiąc to potrząsnął worem, 
Że aż z wora nad otworem 
Buchnął, mile łechcąc w chrapach, 
Pieczonego ciasta zapach. 
strona 11, Jan Brzechwa, "Szelmostwa Lisa Witalisa", wyd. Glob 1987


lat temu osiem pisałam, że "od kilku lat jeżdżę na Kajaki, na kilkudniowe spływy kajakowe, dokładnie". W tym roku to już 17. spływ. Nadal aktualnym jest, że bez Kajaków nie wyobrażam sobie wakacji. Ku mojej ogromnej radości nie wyobraża sobie wakacji bez kajaków również Łukasz, Emil i kilku naszych przyjaciół i ich pociech.

I od lat nieprzerwanie towarzyszy nam niepewność "czy znów będzie ładnie, a ładnie na kajakach przestało być w roku 2004". Zła passa pogodowa w roku 2011 osiagnęła apogeum - na Wieprzu lało nam podczas kajakowania nieprzerwanie, a temperatura powietrza nie przekroczyła... 12st.C! Tamtego pamiętnego lipcowego dnia grzaliśmy się jedyny raz w czasie kajakowania przy kominku miast przy ognisku (a ziemniaki piekli, o zgrozo, przy brykietach)! Odmnieniło się rok poźniej na niemal upały, a wróciło niepwenością w tym roku.

Z kajaków zwykłam przywozić mniejszą lub większą ciekawostkę kulinarną. Były wśród nich powidła wiśniowe, galaretki porzeczkowe, mrowiska, łupcie. W tym roku powtórzyliśmy zeszłoroczny przebój, czyli ze śniegu placki* pieczone na ognisku, nad ogniskiem. Bo gdy na Kajakach nie płyniemy, to dobre 90% czasu poza snem spędzamy właśnie przy ognisku :-)

Przepis na prołzioki, podpłomyki, placki na sodzie z ogniska (ze wspomnień + za An-ną):

1/2kg mąki 
1 i 1/2 szklanki kwaśnego mleka  
1 solidna łyżeczka sody oczyszczonej 
1 lyżeczka soli   
1 łyżka cukru  

Mąkę wsypać do misy. Kwaśne mleko wymieszać z solą, cukrem i sodą oczyszczoną, a następnie wlać do mąki i dość szybko zarobić gładkie ciasto. Podzielić na 12-15 porcji. Posypać mąką i rozwałkować na placuszki 1cm grubości. Piec na bardziej niż rumiano na żeliwnej patelni umieszczonej nad ogniskiem, lub jeszcze lepiej ułożonej na rozgrzanych węglach na skraju ogniska. Znikają, jakby to były ze śniegu placki.


* mój ulubiony 10-letni kajakarz Albert zastrzelił mnie "to z Lisa Witalisa!". Autorem kajakowej nazwy ze śniegu placki (czyli placki z niczego) jest zapewne Łukasz, długodystansowy wielbiciel Witalisa. Niektórzy z nas mówią na nie podpłomyki, niektórzy proziaki, niektórzy "te Basi placki".

Thursday, July 13, 2017

trufle z białej czekolady, truskawkowe




pani Aniu, pisze do pani :-) 
Piszę dla Pani i dla Ani od Truskawek.
I dla Toni, dla Agi też. 
Dla Moni i Łukasza, Andrzeja który jest po drugiej stronie.
Dla Wszystkich którzy tęsknią i wszystkich za którymi tęsknię ja!
13 to mój szczesliwy dzień.

Mam nadzieję, że w tym pisaniu (chociaż już dziś wiem, że zapewne nieregularnym) wytrwam dłuższą chwilę. Nie lubię zaczynać czegoś tak na chwilę, tym bardziej, że zaczynam od nowa, a przecież jakby od stara. Oj, ale mialy być trufle i truskawki!

Bo z owoców truskawki są naj. Znaczy się truskawki są naj dla Emila, który nie tyle truskawki lubi co truskawki po prostu uwielbia. Każde są dobre: swieże, te prosto z krzaczka (notabene ogołocił cały krzaczek na balkonie nim jeszcze porządnie zdążyły dojrzeć), te w dżemie i te suszone. I te leśne czyli poziomki. Jednak największy hit to truskawki mrożone, zjadane prosto z zamrażalnika, takie lodowate. Takie są oto gusta tego, który ma "cy latka, prawie cy" znaczy się dwa i pół.

Kiedyś Aga wspomniała mi o jakichś kulkach obtaczanych w truskawkach. Chyba mówiła, że z białej czekolady. Lubię smak mleka w proszku, wiec do czekolady i śmietanki musiałam dodać mleko. Okazało sie niedawno, że wspominane trufle były w truskawkowym cukrze pudrze, ale co tam, z moich przebłysków pamięci wyszły białe trufle w truskawkach. I oto nasze naj czekoladki ostatnio.


Przepis na trufle truskawkowe z zewnątrz, w środku mleczne (radosna twórczość własna):

200g białej czekolady 
150ml śmietanki 30% 
200g mleka w proszku

liofiliozowane truskawki* (około 2 łyżek)


W ulubionym rondelku z długa rączką zagotowuję śmietankę. Skręcam gaz i do gorącej śmietanki wrzucam pokruszoną czekoladę, mieszam by powstała gładka masa. Całość trochę studzę i 'wmieszuję' porcjami mleko  (tak ze 2-3 porcje po 60-70g). Masę chłodzę przez noc w lodówce.
Liofiliozowane truskawki ścieram na tarce o drobnych oczkach, przesiewam przez drobne sitko i otrzymuję truskawkowy proszek. 
Z zimnej czekoladowo-mlecznej masy odrywam kawałki wielkości małej truskawki, formuję kulki, wrzucam po kilka do miseczki z proszkiem z mielonych truskawek i obtaczam, potrząsam miseczkę, by obkleiły się dokładnie. Jeszcze raz dobrze schładzam i już. Truskawkowe, mleczne.


* najłatwiej liofiliozowane truskawki zakupić w "drogeri innej niż wszystkie" pod nazwą "truskawka chips".
.

Monday, March 21, 2016

mazurek orzechowy makagigi



że zaś goście jeść nie mogli 
owych pysznych smakołyków,
więc im dali makagigi 
i pięćdziesiąt pięć pierników.
str. 16, Kornel Makuszyński, “Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki", Wydawnicto Literackie 1978


pierwszego kwietnia blog makagigi skończy 10 lat, rany jak ten czas leci. Podaruję sobie więc odrobinę luksusu, smakołyki, inaczej makagigi*. A dokładniej mazurek makagigi, czyli najlepsze warstwy placka z orzechmi: cieniutka krucha warstwa, a na niej dużooooo orzechów w karmelu. Mamo, poczytaj mi o Awanturym.

A oprócz czytania, piekła ta moja Mama placek, który nazywał się "placek z orzechami". Składał się z trzech warstw kruchego ciasta przełożonych powidłem i masą czekoladową. Na wierzchu była warstwa zapieczonych słodkich orzechów. Oczywiście ta górna warstwa była najlepsza i zawsze jej było za mało, tak jak w cieście z kruszonką zawsze za mało jest kruszonki!

Life is good, bądźmy dla siebie dobrzy, z horrou jakim są "Awantury i wybryki..." (w końcu na pierwszych stronach książki ginie małpia mama) wybierzmy dobre, a wręcz najlepsze fragmenty, przecież życie może być trochę słodkie jak makagigi
Dobrych Świąt!


Przepis na mazurek makagigi - czyli orzechy w karmelu (ze wspomnień): 

ciasto: 
100g cuku
200g masła 
300g mąki 
2 duże żółtka

wierzch:

300g orzechów (może być i 400g)
150g cukru
100g masła 
2 łyżki miodu

Masło (chłodne, ale bez przesady) utrzeć z cukrem, dodać żółtka i ponownie utrzeć. Potem dodawać mąkę porcjami, ciasto zarobić i włożyć na 1-2 godziny do lodówki. Następnie ciasto rozwałkować na wielkość dużej blachy (~24x36cm), lub ciastem wyłożyć blachę przy użyciu rąk własnych. Ciasto popiec przez 15 minut w 170 st.C.
Orzechy posiekać i w rondlu podgrzać z cukrem, masłem i miodem. Upieczony spód wyjąć z piekarnika, na gorącym rozłożyć warstwę orzechowej masy, całość piec kolejne 7-10  minut, orzechy mają się jedynie delikatnie zrumienić. Orzechowy, słodki smakołyk, po prostu makagigi!


PS. Mazurek piekłam w sprawdzonym i ulubionym towarzystwie mazurkowych bab, czyli Anitki, Alinki, Majanki i Moniki, dzięki wielkie dziewczyny!

* MAKAGIGI to deser z miodu, cukru i orzechów, względnie maku (takie orzechowe sezamki). Dla mnie, z dziecięcych wyobrażeń, makagigi to nie lada smakołyk, absolut, coś skrajnie dobrego.
.

Tuesday, March 15, 2016

likier z granatów



nie słyszałam, by w Izraelu ktoś sam domowym sposobem wytwarzał jakieś trunki, a już na pewno nie likiery czy nalewki. Jednak w Izraelu produkuje się likiery, choć chyba głównie pomarańczowe i kawowe - parę razy widziałm takowe na własne oczy. Ich smaki wydały mi się jednak trochę mało oryginalne i chyba dlatego nigdy ich nawet nie spróbowalismy. Fakt, Izrael słynie z pomarańczy, ale mnie jakoś bardziej kojarzy się z granatami czy owocami opuncji*.

Granaty są ważne nie tylko w izraelskiej kuchni, w żydowskiej tradycji granat symbolizuje pomyślność, dobrobyt, prawość. Sama uwielbiam kształt owoców granatu, a szczególnie tych cermaicznych, które stoję przede mną na półce w biblioteczce i które pieczołowicie owinięte w folię babelkowę wiozłam z Izraela w plecaku (ku ogromnemu zdziwieniu Łuakasza i jeszcze większemu naszej przyjaciółki - radiowej korespondentki Kasi).

Po długich latach od pobytu w Izraelu, i gdy też przestałam już eksperymentować z nalewkami by robić jedynie te, których smaki uważam za najlepsze (porzeczka, wiśnia, bakalia) pomyślałam, że może jednak skuszę się na jakąś "nowość". I tak oto powstał likier z granatów.

 

Przepis na likier z granatów (radosna twórczość własna):

1 litr wódki
4 duże granaty (min. 1kg wagowo)
1,5 szklanki cukru

Skórkę granatów nakroić delikatnie, tak jak obiera się pomarańcze. Następnie rozłamać każdy granat na 4 cząstki i wyłuskać z nich ziarenka. Ziarenka zalać wódką, dodać cukier. Macerować około tygodnia. Następnie płyn zlać znad ziarenek (można dolać do ziarenek szklankę wody, po dniu płyn dodać do uprzednio już zlanego). Likier jest dobry prawie natychmiast, łagodny, o jasno karminowej barwie i delikatnym smaku granatów.


* podobno pierwsza wersja smkowa likieru "Sabra", o którym mowa w pierwszym akapicie, to właśnie smak opuncji (sabra po hebrajsku znaczy opuncja, terminem sabra okresla się rownież Żydów urodzonych na ziemi Izraela).

Thursday, February 04, 2016

oponki, czy pączki twarogowe



wyszam dziś przed południem z domu z misją "bez pączków mi nie wracaj" :-) To cytat z Łukasza, który stwierdził, że może lepiej żebym dzisiaj sama pączków nie smażyła (powodu nie podał) tylko nabyła jakieś "dobre" drogą kupna. 

W Czechach nie istnieje jednak tradycja Tłustego Czwartku. Pączki są znane, ale nie stoją po nie kolejki, nie ma rankingu najlepszych pączkowych cukierni, a sama nigdy nie jadłam tutaj bardzo dobrych i lata temu w ogóle przestałam je kupować. Kupiłam pięć rodzajów, w czterech różnych przybytkach. Jak to tutaj mówią - były "nic moc", czyli nic specjalnego. No i jednak byłoby lepiej, gdybym sama coś usmażyła, chociażby pączki twarogowe. Na szczęście jeszcze przed nami Ostatki! 


Przepis na oponki lub pączki twarogowe, różnią się tyko kształtem (z zeszytu Mamy):

1/2 kg białego sera
około 1 i 1/2 szklanki mąki
2 duże jajka
2-3 łyżki śmietany
1/4 szklanki cukru
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli

Jajka utrzeć z cukrem, śmietaną. Dodać cukier, sól. Dodać biały ser i dokładnie rozgnieść za pomocą widelca (mają pozostać małe grudki, sera nie mielę). Porcjami dodać mąke z proszkiem i sodą. Zagnieść ciasto, wałkować na grubość 7-8 mm, wykrawać kółka (a w przypadku pączków formować kulki wielkości włoskiego orzecha). Smażyć w głębokim tłuszczu na złoto. Po usmażeniu posypać cukrem pudrem. Jedno z karnawałowych wspomnień dzieciństwa.


PS. Oponki/pączki twarogowe smażyłam z Alcią, Anitą, Majaną, Moniką (a właściwie - za kochanych dziewczyn namową!).
.

Monday, January 18, 2016

ciastko dla dorosłych



napisała Monika tak "właśnie wysiadłam w Warszawie, idę po łakocie i śmigam na lotnisko, do zobaczenia już niedługo :-)". Myślę sobie jakie znowu łakocie w Warszawie? Przecież kiełbasy i boczki miała Monika wieźć z Mazur! 

Zapomniałam bowiem, że wymieniałyśmy na Kajakach opinie o cukierniach, że oczywiście trudno o dobrą, z prawdziwymi ciastkami, z prawdziwego masła i cukru, że aż chce się powiedzieć, że przez te słabe cukiernie te biedne blogerki same muszą piec ciasteczka, ciastka, ciasta ;-)

Zapomniałam, że Moni wspominała o pewnej warszawskiej cukierni, która ma ciastka takie jak mają być.  Tak więc przybyły z Moniką: szarlotka, pączki i... ciastko dla dorosłych. Cukiernia Lukullus ma naprawde świetne wypieki! A my mamy kilka ulubionych cukierni, w końcu czasem trzeba gdzieś czerpać inspiracje.


Przepis na ciastko dla dorosłych, czyli kruche z krówką i śliwkami w rumie (próba odtworzenia ciastka z cukierni Lukkulus):
  
ciasto: 
50g cukru
100g masła 
150g mąki 
50g mielonych orzechów (opcjonalnie)

wierzch:

słoiczek dobrego węgierkowego powidła
dwie garści suszonych śliwek namoczonych w rumie
kajmak ugotowany z 1/2kg cukru i szklanki mleka
1-2 łyżki rumu
100g czarnej czekolady

 
Po pierwsze: suszone śliwki zalać rumem i odstawić na parę/kilka dni.
Po drugie: 1/2kg cukru zalać w rondlu szklanką mleka, dodać łyżkę masła i gotować około godziny-półtorej, by powstał ładny kajmak.
Po trzecie: masło utrzeć z cukrem. Dodać garść mielonych orzechów (wedle uznania). Potem dodawać mąkę porcjami, ciasto zarobić i włożyć na pół godziny do lodówki. Następnie ciastem wylepić dużą blachę (24x36cm), piec 15 min w temp. 180st.C. 
Przestudzone ciasto posmarować powidłem, posypać śliwkami namoczonymi w rumie, zalać kajmakiem, skropić kajmak 1-2 łyżkami rumu, pozostawić na kilkanaście minut by rum "wsiąknął" w kajmak i całość polać roztopioną w kąpieli wodnej czekoladą. Lekko rumowy, słodki, węgierkowy - łakocie!

PS. Ogromne dzieki Moni!
.

Thursday, January 07, 2016

zupa z orzecha



jak to mówią miał pociąg. Tak więc Emilek od zawsze miał pociąg do orzechów włoskich. Ledwo zaczął pełzać, a jedną z pierwszych rzeczy, które go zaczęły interesować, był stojący w kuchni niemały koszyk z korzenia sosny pełen wielkich orzechów* z Woli. Szybko nauczył się koszyk przewracać, wysypywać orzechy. Potem nimi turlać, czy raczkować ze stukającym orzechem w ręce. Później wreszcie rozbijać i wcinać zawartość :)

Też zawsze lubiłam orzychy włoskie. Mam wielki sentyment do orzechowych drzew. U Babci Celki jadało się w lecie obiady na polu (czy raczej "na dworcu") pod rozłożystym orzechem. Z kolei w mojej rodzinnej miejscowości, ponoć z powodu wiatrów, nigdy ich nie było. Tzn. kiełkowały, rosły parę lat, ale w końcu nie przetrwały którejś kolejnej zimy. Aż wreszcie, kiedy stamtąd wyjechałam, jedno orzechowe drzewko wykiełkowało za lasikiem, osłonięte innymi drzewami, przetrwało kilkanaście lat - rodzi potwornie twarde, niewielkie orzechy.

W połowie września, wczesnym popołudniem, jak często bywało, urzędowaliśmy z Emilkiem* w kuchni. Wtedy Emil na poziomie zero, czyli na podłodze, a ja na poziomie +1 czyli na kuchennym blacie. Milek miał do dyspozycji, co znalazł w szafce: garnki, durszlak, miski metalowe, trzepaczkę, patelnie plus drewniane łyżki. Dzieci są niesamowicie bacznymi obserwatorami. Nie wiem, jak to sobie wymyślił, bo nigdy go tego nie uczyliśmy, ani specjalnie nie pokazywaliśmy, a tu patrzę, a nagle Milek tłucze z całej siły rondelkiem i miesza w nim... orzech! Jakby chciał wykrzyknąć:
Mamo, Tato, ugotowałem wam zupę! Zupę z... orzecha! :-) 
Tak mniej więcej minął nam rok 2015.


Przepis na zupę z orzecha (taka psota):

piękny orzech włoski
litrowy rondelek
drewniana łyżka
i dobry humor

mieszać w dowolnym kierunku, cieszyć się sobą, śmiać się, napawać sie chwilą, żyć póki sie żyje!




* na temat tych wielkich orzechów panuje w Łukasza rodzinie kilka wersji - ta najczęściej przytaczana jest taka, że orzech włoski rodzący wielkie orzechy rósł koło nastawni gdzie kiedyś pracował Łukasza Tata. Andrzej taki duży orzech dostał od właściciela drzewa i zasadził za stajenką, orzech, który wyrósł miał owoce jeszcze wieksze niż ten pierwotny!
.

Monday, December 21, 2015

rumowe kule



dobrych Swiąt życzymy,
z nutą rumu,
lub choćby trzcinowego cukru!
BiL + E


oczywiście, że na pierwszym miejscu rum kojarzy się mi z tym, że dzieci nie moga go pić. Że dorośli dostają lody z rodzynkami z rumem, a dziecki tylko z rodzynkami - jawna niesprawiedliwość! Już zupełnie nieważne było, że mali dostawali po dwie gałki lodów, a duzi po trzy. Najgorsze było to, że nawet tego słynnego rumu nie mogliśmy powąchać.

Po latach oczywiście rumu spróbowałam, również tego hawańskiego, który był obiektem dziecięcych westchnień. Jestem rumowym amatorem, ale znam się na nim dość amatorsko, właściwie to w ogóle się na rumie nie znam i najbardziej lubię go w... rodzynkach. Maceruję bowiem namiętnie rodzynki w rumie, a potem toczę kulki, piekę babkę czy mazurek. Wszystko rumowe i rodzynkowe. Ale lodów rumem nie polewam.


Przepis na rumowe kule czyli rumové kuličky nebo rum balls (radosna twórczość własna):

250g ulubionych ciasteczek
150g trzcinowego cukru
50ml rumu*
100g rodzynek
25g ciemnego kakao
100g orzechów
filiżaneczka lub dwie espresso (lub 2 łyżki kawy instant + 2-4 łyżki wody)

cukier kryształ do obtoczenia kulek

Rodzynki zalać rumem, odstawić na parę dni. Ciasteczka (najczęściej używam kruchych czekoladowych) zmielić w blenderze lub malakserze na bardzo drobno. Następnie zmielić również rodzynki wraz z rumem, w którym się macerowały, wymieszać z mielonymi ciastkami. Dodać cukier wymieszany z kakao, dodać zmielone raczej grubo orzechy. Wymieszać wszystko razem. Wlać espresso, dokładnie wymieszać (jeśli masa jest nadal sucha - dodać odrobinę rumu bądź kawy). Z masy odrywać kawałki wielkości orzecha włoskiego, formować kulki, obtaczać w cukrze pudrze i zajadać, najlepiej schłodzone. Rumowe, cukrowe.


PS. W miejsce rumu może też być np. ulubiona nalewka, wtedy jednak trzeba zmienić nazwę kulek na "kulki nalewkowe" :-)

Monday, December 14, 2015

paszteciki



cioci Czesi nie da się zapomnieć, nie da się nie lubić i nie myśleć o niej gdy myślę o suszonych jabłkach, ptysiach z bitą śmietaną i... pasztecikach. Nie da się nie wspomnieć pożyczania od Niej szatkownicy i ogromnego tłuczka do kapusty i maszerowania z tymi utensyliami przez małopolskie pola. Przede wszystkim jednak nie da się nie pamiętać Cioci Czesi świetnego poczucia humoru!

Jako dziecko nie doceniałam tych żartów, śmiechów i wygłupów, mój rodzinny dom był w tej kwestii nieco drętwy. Nie zapamiętałam za bardzo konkretnych historii poza tym, że u Wujanki (jak często na tą ciocię mówiliśmy) wszyscy ze wszystkich żartowali i że mieli do siebie ogromny dystans. Ciocia była nieco popyrtana, szczera i serce na dłoni. Atmosfera w Jej i Wujka Mietka domu panowała zawsze wyśmienita.

Widzę siebie z oddali. Idę przez pola, wracam od Cioci Czesi i zajadam paszteciki. Zapamiętałam to jako konktetny obraz, który mam wyraźnie przed oczami, w jednej trzeciej dystansu między domem cioci a naszym, stoję na nie istniejącej dziś polnej ścieżce, stoję i wcinam obłędnie pyszny pasztecik! Zamykam oczy i widzę tę małą dziewczynkę pośród łąk...


Przepis na paszteciki drożdżowe (za przepisem mojej Mamy, prawie jak ze wspomnień):

FARSZ
1-1,25kg wieprzowej łopatki (lub szynki)
2 liście laurowe
7 kulek ziela angielskiego
7 kulek czarnego pieprzu
3 marchewki
1 pietruszka
średni kawałek selera
2 jajka
czarny pieprz swieżo mielony
gałka muszkatołowa 
sól
CIASTO
dokładnie takie samo jak na paluszki z kminkiem

Łopatkę ugotować z przyprawami i warzywami w małej ilości wody, do miękkości (około godziny). Wszystko wystudzić. Następnie mięso i warzywa zmielić na dość drobno w maszynce. Doprawić czarnym pieprzem (około 1 płaska łyżeczka), gałką muszkatołową (około 1/2 kulki), solą (około 2 łyżeczek).
Przygotować ciasto według przepisu na paluszki z kminkiem. Ciasto podzielić na 4 porcje. Rozwałkować na grubość około 3-4mm, pociąć na kwadraty 10x10cm, na każdym ułożyć porcję farszu (około 2-3 łyżki). Ciasto zawinąć wokół farszu jak roladę. Paszteciki układać na blasze, posmarować białkiem, posypać kminkiem. Piec na złoto-rumiano w temperaturze 180st.C, około 12 minut (zazwyczaj przygotowuję paszteciki z 250g mąki, powstaje około 25 pasztecików). Podawać ciepłe, najlepiej z barszczem Niusi, w grudniu smakują najlepiej!


PS. Odwiedziliśmy Ciocię Czesię na tych wakacjach. Wstydziłam się, że nie byłam u Niej chyba z dziesiec lat, choć planowałam co roku. Oczywiście Ciocia nic a nic się nie zmieniła. Żartowała z tego, że podrapał ją w rekę indyk (choć rana wyglądała fatalnie). Oczywiście wpadliśmy znienacka, wiec żałowała, że wiele nie może nam zaproponować, co nie przeszkodziło, by kilka razy nie namawiała nas na zupę pomidorową, czemu wtórowali jej synowie plus wnuczka, wszyscy w tak samo doborowych humorach!
.

Monday, November 30, 2015

masala chai

 


było dobre -20 st.C, śnieg po kolana. Dzień zaczynał się około 10 rano, a kończył koło 2:00 po południu, niebo było jasne, ale słońca nie było widać, chowało się tuż się za horyzontem*. Renifery na naszych oczach wygrzebywały spod potężnej i zmrożonej masy śniegu porosty, a ja próbowałam wygrzebać kilka gałązek borówki czarnej. Dwa lata temu, zamiast jechać na doroczną wycieczkę pod i na Śnieżkę, cała nasza grupa pojachała za koło polarne. Do Finlandii, pod górę Levi.

Otoczone zapachem brzozowego i sosnowego drewna snującego się z kominka, patrzyłyśmy z Moutusi (która uciekła do Finlandii z gorącej Kalkuty) na ciemną noc i pojawiającą się co chwila zorzę polarną. Za ścianą rozbrzmiewały echa imprezy, którą rozkręcił Waldek (z której na chwilę uciekłam, by odpocząć od oparów C2H5OH). Wcześniej skakaliśmy do śniegu rozgrzani ciepłem sauny, teraz patrzyłyśmy za okno na przykrywającą wszystko zimę i rozmawiałyśmy o rozgrzewającej herbacie masala.

Masala chai () to indyjski sposób przygotowywania herbaty. Z mlekiem i przyprawami. Według Moutusi, obowiązkowy jest imbir, reszta przypraw zależy od naszej inwencji. Ważny jest gatunek herbaty, jakiej użyjemy. Najlepsza ciemniejsza, czerwonawa, ale w przypadku braku takiej, każda mocna czarna herbata się nada. Gdy za oknem zimno, niekoniecznie -20st.C, ciepła herbata z przyprawami jest jak znalazł!

 

Przepis na masala chai (od Moutusi):

1 litr mleka
5cm kawałek swieżego imbiru
5cm kawałek cynamonu
7 goździków
7 strączków kardamonu
5 kulek czarnego pieprzu
2 łyżki mocnej liściastej herbaty**
cukier do smaku (~1/3 szklanki)

Imbir pokroić w cienkie plasterki. Pozostałe przyprawy utrzeć na brobny pył w moździerzu. Do mleka dodać wszystkie przyprawy i razem powoli zagotować. Gdy mleko się zagotuje, skręcić gaz, dodać herbate i parzyć przez 3-5 minut. Podawać w filiżankach (nalewać przez sitko). Rozgrzewająca, bardzo korzenna.


* to było jedno z dziwniejszych uczuć, jakiego doświadczyłam: niby dzień, niby rozświetlone niebo, ale nie do końca niebieskie, wzbudzało to we mnie jakiś niepokój.
** najczęściej używam angielskiej English Brekfast tea.

PS. To moje dwa grosze do organizowanego za tydzien przez Ptasie Korzennego Tygodnia.
.

Monday, November 23, 2015

babka ziemniaczana z gruszkami



książeczka ta nosi tytuł "Tradiční kuchařka z Krkonoš" czyli "Tradycyjna książka kucharska z Karkonoszy". To bodaj najcieńsza książka kucharska jaką mam i jedyna wydana na surowym, beżowym papierze. W posiadanie książeczki weszłam, gdy to kilka lat temu podczas tradycyjnego wyjazdu na Śnieżkę zdezerterowaliśmy i, miast w półmetrowym śniegu wspinać się z kolegami na śnieżkę, pojechaliśmy do restauracji w Hotelu Hvězda na ich słynne sejkory*.

We wstępie do owej  Krkonošské kuchařky autorzy wzmieniają, że wiele potraw znanych jest w całym kraju z bajek czy opowieści, ale że raczej mało kto pamięta (poza rejonem Karkonosz), jak smakowały, a przede wszystkim jak były przygotowywane. Wśród nich niecodzienne nazwy, jak choćby wspomniane sejkory oraz amoletky, kocmouch, pivní polevkaknedlíky hop do vody, bramborové bobky i... žid

Okazuje się, że potrawa o zaskakującej nazwie žid  (tak, żyd - mogę się jedynie domyślać że nazwa potrawy nawiązuje do żydowskiego ziemniaczanego kugla) to karkonoska wersja babki ziemniaczanej**. Ziemniaki należy grubiej zetrzeć, przygotować masę jak na babkę ziemniaczaną, a na wierzchu ułożyć śliwki, jabłka lub gruszki i zapiec. Autorzy książeczki dodają, że gruszki są najlepsze - mają rację, gruszki (nie tylko) w babce ziemniaczanej są doskonałe!


Przepis na babkę ziemniaczaną z gruszkami (z książki "Tradiční kuchařka z Krkonoš"):

2 kg obranych ziemniaków
1/2 szkl mleka
2 duże jajka
2 kopiate łyżki mąki
1 łyżka soli
4 większe gruszki
tłuszcz do natłuszczenia blachy

Ziemniaki zetrzeć na tarce, na tzw. średnich oczkach (można zlać trochę płynu, ale nie za dużo). Utarte ziemniaki zalać grącym mlekiem, wymieszać. Dodać jajka, sól, mąkę i wymieszać. Masę wyłożyć na natłuszczoną i wysypaną bułka tartą dużą blachę (24x36cm). Na wierzchu poukładać ósemki obranych gruszek. Piec godzinę w temp. 175-200st.C, wierzch babki powinien się zrumienić. Podawać z kwaśną śmietaną, jako samodzielne danie albo dodatek, można też podawać posypane cukrem. Karkonoska baba.


* sejkorom należałby się w zasadzie osobny wpis, ale nie mam pojęcia, jak odtworzyć te obłędne racuszki...
** wcześniej słyszałam o wersji śliwkowej od Moniki.
.
.

Monday, November 16, 2015

falafel



podczas pierwszej rozmowy z Viki na temat dobrych i sprawdzonych miejsc z jedzeniem w Jerozolimie (zresztą temat ten sama zaczęła), stwierdziła że "ponoć najlepszy falafel w Jerozolimie jest przy Bramie Damasceńskiej, Cedziu z Jankiem tam chodzili i mówili, że doskonały!"

Kilka tygodni później odkryliśmy niby oczywistą prawdę - jak każdy kij ma dwa końce, tak każda brama ma dwie strony, nawet taka Damasceńska. Przed bramą i za bramą!
Tak więc najlepszy falafel w Jerozolimie rzeczywiście jest przy Bramie Damascenskiej. Idąc w kierunku Starego Mista należy Bramę minąć i iść prosto. Zejść po kilkunastu schodach, minąć kilka straganów z owocami, pare sklepików z chustami i oczom naszym ukaże sie rozwidlenie ulic (zwane przez nas fork). I na tym to rozwidleniu znajdziemy ten "naj" falafel w Jerozolimie. 

Na oczach kupujacych kulki falafele smażą się nieprzerwanie. Te, tyle co wyłowione z wielkiej patelni, znikają w chlebie pita i podawane są kupującym. Tłoczno tu. Zapach kolendry i, oczywiście, odgłos smażenia niosą się wokoło.

Falafel jest tak bliskowschodni jak hummus i chleb pita. Oczywiście, toczą się boje o to, skąd falafel pochodzi, ale najważniejsze jest to, że są to wspaniałe kulki z ciecierzycy smażone w głębokim oleju. Doprawiane najczęściej kuminem, kolędrą, chilli. Zazwyczaj zajadane w chlebie pita z hummusem, swieżymi warzywami, choć również mogą być podawane jako meze. Nasze ulubione dodatki do falafela w chlebie pita to surówka z białej kapusty i frytki! Zielonkawy w środku, aromatyczny.


Przepis na falafel czyli smażone kulki z ciecierzycy
(na podstawie przepisu z "The Book of New Israeli Food" Janny Gur):

250g suszonej ciecierzycy
garść liści kolędry
garść liści pietruszki
1-2 papryczki chilli
1 cebula
1 łyżeczka soli
1-2 łyżeczki kuminu
1-2 łyżeczki ziaren kolendry

Ciecierzycę namoczyć przez noc w dużej ilości wody (ze 2 litry, powiedzmy). Następnie ciecierzycę bardzo dokładnie wysuszyć. Liście kolendry i pietruszki oddzielić od łodyżek. Papryczkę chilli pozbawić nasion. Cebulę obrać. Kumin i suszone ziarna kolendry utrzeć w moździerzu. Wszystkie składniki wrzucić do blendera lub malaksera i miksować do uzyskania równomiernej, ale grudkowatej masy (parę minut). Nieco wyrobić, następnie nabierać małe porcje (wielkości orzecha włoskiego), formować kulki i smażyć w gorącym oleju, na złoto, w połowie smażenia obrócić. Wyławiać łyżką cedzakową i podawać. Do własnoręcznie robionego humusu i chleba pita obowiązkowe!
.

Saturday, October 31, 2015

pigwa kandyzowana



pierwszy raz pigwy kandyzowanej spróbowałam w... w Londynie. Pewna Ewelina próbowała mnie przekonać do biszkoptu i muszę przyznać, żę prawie się jej udało. To znaczy nadal twierdzę, że drożdżowe jest naj, ale przyznaję, że biszkopt może być dobry, szczególnie z masłem solonym i dżemem truskawkowym z pigwą kandyzowaną.

Pigwę Ewelina dostała od pewnej Gosi, od której zresztą i ja później dostałam w przesyłce owej pigwy sporą ilość. Próbowałam Gosię podpytać o przepis, ale odpisała, że jej tata pigwę kandyzowaną przygotowuje nieco na oko. Nie dawało mi to spokoju, więc spróbowałam i okazało się, że pigwę kandyzować można sposobem "na wiśnię".

Pigwa kandyzowana to pigwa (lub pigwowiec) gotowana w syropie cukrowym tak długo, aż owoce zrobią się szkliste, bardzo słodkie, a w kolorze ciemno pomarańczowe lub wręcz karminowe. Moim zdaniem pigwa kandyzowana to najlepszy "wyrób" z pigwy/pigwowca. Zachowuje najwięcej aromatu pigwy, kuszącego zapachu pigwy, którą chciałoby się ugryźć i rozkoszować się smakiem.


Przepis na kandyzowaną pigwę lub owoce pigwowca (próba odtworzenia wspomnień):

2 kg owoców pigwy (lub owoców pigwy z nalewki) 
2 kg cukru
grubszy kryształ do obtoczenia owoców

Owoce pigwy czy pigwowca umyć (owoce pigwy dokładnie pozbawić włosków), usunąć gniazda nasienne, pokroić w plasterki o grubości 5mm, wrzucić do rondla i zasypać cukrem. Owoce z cukrem odstawić na kilka godzin, co pół godziny delikatnie przemieszać. Owoce puszczą sok, cukier w dużej mierze powinien się rozpuścić. Następnie owoce wraz z sokiem bardzo powoli zagotować i gotować na bardzo małym ogniu 5 minut. Następnie delikatnie przemieszać, całkowicie ostudzić. Owoce wraz z syropem zagotować jeszcze 4-5 razy i gotować za każdym razem po kilka minut, za każdym razem ostudzić. Gdy w wiekszość plasterki pigwy będą szkliste, koloru karminowego, a syrop bedzie gęsty syrop odlać, a owoce obtoczyć w grubym cukrze krysztale i rozłożyć na papierze do pieczenia by obeschły. Po kilku godzinach zapakować szczelnie i rozdawać.


PS. Jak już wspomniałam owoce pigwowca nazywa się często pigwą, zarówno pigwę jak i pigwowiec można kandyzować (efektkońcowy jest dosyć podobny).
.

Saturday, October 24, 2015

pigwówka



"przed starym domem", jak się zwykło u nas nazywać ogródek przed domem babci, rosły patrząc od prawej: piwonie (białe i jedna czerwona), duży krzak jasno-fioletowego bzu, różaneczniki (ciemno-amarantowe), za nimi rajska jabłonka, a pod jabłonką gęsto było od konwalii. Obok była rabatka na całą długość ogródka a na niej: wiosną fiołki, pierwiosnki, tulipany i żonkile, szafirki, sasanki, szarotki, irysy; latem ogrodowe maki, jukki, cesarskie korony, floksy, żółte lilie i mnóstwo innych kwiatów. Na drugiej rabatce były tylko i wyłącznie róże, w większości pąsowe.

Na samym środku ogródka, pomiędzy tymi dwoma rabatkami, był kawałek trawnika, a na nim fioletowy bez, jakiś iglasty krzew (może cis) i pigwowiec. Pigwowiec kwitnący wiosną jako jedyny w ogródku na jasno-czerwono. Latem pojawiało się na nim kilkanaście owoców, raz spróbowałam - były niezmiernie twarde i kwaśnie, od tamtego czasu późną jesienią znacznie bardziej interesowały mnie, dojrzewające na krzakach wzdłuż całego starego domu, winogrona.

Pigwówka to nalewka nastawiana na owocach pigwy. Jako że pigwa rośnie w naszym klimacie niezmiernie rzadko, często pigwówką nazywa się również nalewkę na owocach pigwowca, ktore są nieco podobne do pigwy w smaku i kształcie. Pigwa jednak jest owocem dużym, jak wielkie jabłka (w Izraelu owoce pigwy ważą i pół kilograma!), a owoce pigwowca są wielkości najwyżej dorodnej moreli i, moim zdaniem, są bardziej kwaśne od pigwy. Co by jednak nie mówić, nalewki z pigwy czy pigwowca warto spróbować.

 
Przepis na pigwówkę, czyli nalewkę na owocach pigwy, bądź pigwowca (radosna twórczość własna):

1kg dojrzałych owoców pigwy
1/2 litra wódki
1/2 litra spirytusu
1/2 kg cukru (można i 1/3kg)

Owoce pigwy umyć (dokładnie pozbawiając włosków), przekroić na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne, następnie ćwiartki owoców pokroić w niewielkie plasterki (o gruboiści skórki 4-5mm). Pokrojoną pigwę pozostawić na kilkanaście minut na otwartym powietrzu by odrobinę ściemniała (wtedy nalweka bedzie miała intensywniejszy kolor). Owocowe plasterki wrzucić do słoja, zalać wódką i spirytusem, odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć słojem raz na parę dni. Następnie zlać znad owoców płyn, a pigwę zasypać cukrem, potrząsnąć co pare dni, po tygodniu cukier powinien sie rozpuścić. Po tym czasie zlać znad owoców syrop i połączyć z wczesniej zlanym alkoholem (owoców nie wyrzucać, przydadzą się za kilka dni). Nalewkę odstawić na pół roku. Po tym czasie zlać znad osodu i próbować. Aromatyczna.


PS. Na powyższym zdjęciu ten mały ciemno-żółty owoc to owoc pigwowca, ten duży którego widać połowę to pigwa od wujka Ryśka :-)
.

Friday, October 16, 2015

chleb pita



w co drugi mniej więcej czwartek wsiadaliśmy na kampusie Givat Ram w autobus numer 9 i jechaliśmy na ulicę Ben Jehuda, by stamtąd iść na shuk. Na targu kupowaliśmy obowiązkowo: oliwki, daktyle, chałwę na wagę, duże pudełko hummusu u Bashera, biały ser tzvatit i jakiś ser zółty plus siatkę chlebów pita. Potem szliśmy z powrotem na Ben Yehuda i wracaliśmy na  kfar hastudentim  autobusem 4 lub 4א. Jazda autobusem miejskim w Jerozolimie zasługuje na osobny rozdział, który byłby zresztą znacznie dłuższy, niż rozdział o chlebie pita.

Stoisko z ciepłym chlebem pita jest chyba najważniejszym stoiskiem na jerozolimskim targu Mahane Yehuda. Zdawało się, że mało kto wychodził z targu bez reklamówki czy dwóch płaskiego chleba. Na oczach kupujacych zdejmowany z blachy i pakowany. Chleb ten był miękki, wilgotny, bardzo ciepły wkładany do woreczków, po 10 sztuk lub nawet 20. Zapach drożdży unosił się wokoło.

Chleb pita albo po prostu pita (hebr. פיתה, arab. خبز عربي) to płaski, okrągły chleb z białej mąki na drożdżach, popularny na całym Bliskim Wschodzie. Wypiekany szybko w wysokiej temperaturze co powoduje, że chleb się nadyma, w środku powstaje kieszonka idealna do "nadziewania". Chleb pita wydaje się być najpopularniejszym chlebem w Izraelu, jest podstawą izraelskiego śniadania, obowiązkowy do hummusu, białego sera, obowiązkowy do falafela, kebabu. Wilgotny, bliskowschodni.


Przepis na pity czyli chleb pita
(na podstawie przepisu z "The Book of New Israeli Food" Janny Gur):

500g mąki
25g świeżych drożdży
300ml letniej wody
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
50ml oliwy

Z drożdży, 50ml letniej wody, cukru i 50g mąki zrobić zaczyn, odstawić na kilka minut do wyrośnięcia. Do misy wsypać mąkę, wymieszać z solą, dodać zaczyn, resztę letniej wody, wlać oliwę. Ciasto wyrabiać 5-7 min. Pokropić oliwą i pozostawić do wyrośnięcia (45-60min). Ciasto zarobić, podzielić na 16 części i uformować z każdej porcji ciasta małą bułeczkę, przykryć je ściereczką i pozostawić na 10-15 min. Następnie każdą bułeczke rozpłaszczyć i przy pomocy rąk lub wałka rozwałkowac na dysk o średnicy 12-13cm. Piec w piekarniku nagrzanym do 225st.C 5-7 minut, dopóki jedynie delikatnie się zarumienią. Ostudzić przez 10 min i przykryć serwetką, by nie wyschły, pity mają być wilgotne, miękkie. Do własnoręcznie robionego humusu obowiązkowe!

PS. Chleb pita upiekłam z okazji Zorry Światowego Dnia Chleba 2015.

Monday, October 05, 2015

salomonowe ciasto



przyjechaliśmy zamieszkać w Pradze, w czeskiej Pradze, w jak mówią zlaté Praze lat temu dziesięć*. Wcześniej odwiedziliśmy Pragę dwukrotnie, na 4-5 dni. Nigdy nie myśleliśmy, że w Pradze będziemy na dłużej. Nigdy tego nie planowaliśmy, a na chwilę obecną wygląda, że w Pradze zostaniemy na więcej niż parę lat. Máme rádi Prahu.

Przepis na salomonowe ciasto ponoć krąży po całej Czeskiej i Słowackiej Republice od czasów, gdy były znane jako Czechsłowacja, od ponoć dobrych trzech pokoleń. Krąży pod róznymi nazwami:  šalamounovy řezy, šalamounova buchta, šalamoun anebo šup do trouby. Mówią, że nazwa ciasta bierze się od mądrości Salomona, przepis jest prosty i szybki w wykonaniu.

Salomonowe ciasto zaznaczyło początek naszego zamieszkania w Czechach. Jest to ciasto, które upiekła Marcelka w jeden z pierwszych dni, gdy przyjechaliśmy i zabrała go na kolację do Ivki i Pavla. Zapamiętałam to ciasto jako placek bardzo ciemny, bardzo słodki i przede wszystkim bardzo mokry. Bardzo pyszny. Po dziesięciu latach go upiekłam, na okrągłą rocznicę. Je opravdu moc dobrý!


Przepis na šalamounovy řezy czyli salomonowe ciasto, słodkie i mokre (od Marcelki):

2 szklanki cukru (trzcinowy idealny)
1 szklanka kawy (z 1 łyżki kawy)**
1/4 kostki masła
2 szklanki mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki ciemnego kakao
3 jajka
kieliszek rumu lub ulubionej nalewki


Kawę zalać gorącą wodą, dosypać cukier, dodać masło, wymieszać do rozpuszczenia masła, nie gotować (dalej mieszaninę nazywam syropem kawowym). W misie wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, kakaem. Wlać do suchych składników połowę syropu kawowego. Wbić do ciasta jajka i dokładnie wymieszać. Wlać na formę wyłożoną papierem do pieczenia i piec 20 minut w T=175st.C. Upieczone ciasto polać chlodnym syropem wymieszanym z alkoholem. Posypać wiórkami czekoladowymi, kokosem czy mielonymi orzechami. Dobrá česká buchta.


* fakt, w międzyczasie wyjechaliśmy na dwa lata do Jerozolimy.
** w oryginale szklanka wody.