Showing posts with label słodkie co nieco. Show all posts
Showing posts with label słodkie co nieco. Show all posts

Monday, September 04, 2017

dżem z papryki




w Czechch istnieje specyficzne podejście do warzyw. Zauważa to praktycznie każdy obcokrajowiec, który nawiedza Czechy na okres dluższy niż tydzień i po tym czasie skosztował już kilka razy smażonego sera, wołowiny w śmietanowym sosie, gulaszu, pieczonej karkówki, grilowanej golonki, duszonych żeberek itd. 

A więc w Czechach istnieją tylko dwa warzywa: ziemniak i kapusta. Oczywiście można w sklepach napotkać pomidory, ogórki, pory i takie tam. Można zobaczyć nawet przeróżną sałatę i bakłażany oraz zielony groszek. Przez okrągły rok można kupić podłużną, żółtawą paprykę. Nie wiem, kto to je (chyba ci obcokrajowcy), bo wszystkiego z tej listy poza ziemniakiem i kapustą na próżno wyglądać w czeskim menu. Czasem kawałeczek marchewki błyśnie w rosole, czasem listek roszponki zagości koło kotleta. O większą ilość nieprzetworzonych warzyw na talerzu dość trudno. W Czechach bowiem, powtórzyć należy, poważaniem cieszą się tylko dwa warzywa: ziemniak i kapusta, kapusta rzecz jasna tylko długo duszona, a ziemniaki nieskąpo omaszczone.

Prawdę, że "w Czechach warzyw to się je bardzo mało" przekazała nam nasza pierwsza praska przyjaciółka-obockrajowiec, Haydée (rodem z hiszpańskiego Asturias). Ta prawda w przeciągu dziesięciu z górą lat nieznacznie się zmieniła. Nadal nasi nie-czescy znajomi są zawiedzeni czeską warzywną dietą ubogą w warzywa. Różne proponują rozwiązania, niektóre bardzo reformatorskie - jednym z nich jest propozycja samej Haydée: omlet z ziemniakami* i dżem z papryki.

 

Przepis na dżem z papryki (za Haydée):

wersja 1:
słoik grilowanej marynowanej czerwonej papryki (ok. 200g odsączonej papryki)
3-4 łyżki cukru (ok. 50g)
czarny pieprz świeżo mielony


wersja 2:
kilogram czerwonej papryki

200g cukru
5 łyżek octu winnego
pół łyżeczki czarnego świeżo mielonego pieprzu

wykonanie wersja 2:
Paprykę upiec, a w zasadzie opalić nad ognisiekm (co uczyniłam własnoręcznie) lub w piekarniku. Papryka powinna troche zmięknąć, a jej skórka ma być spalona, czarna. Następnie papryki na kilkanaście minut szczelnie przykryć. Gdy przestygną zdjać dokładnie spaloną skórke, wyciąć gniaza nasienne, pokroić w cienkie paseczki. Wrzucić do rondelka, dodać cukier i ocet, a następnie gotować na średnim ogniu, aż nadmiar płynu odparuje i sos stworzy coś na kształt syropu (trwa to +/- 15minut). Dżem zasłoikować, można przechowywać parę tygodni w lodówce, choć zazwyczaj nie ma potrzeby. Podawać ze śmietakowym serkiem i s čerstvým pečivem. Paprykowy, słodki.

wykonanie wersja 1:
Paprykę odsączyć z zalewy, pociąć w 0.5cm paseczki, przełożyć do rondelka, wlać połowę marynaty, w której marynowane były papryki, dodać cukier, pieprz, a następnie gotować na średnim ogniu, aż nadmiar płynu odparuje i sos stworzy coś na kształt syropu (trwa to +/- 15minut). Dżem zasłoikować, można przechowywać parę tygodni w lodówce, choć zazwyczaj nie ma potrzeby. Podawać ze śmietakowym serkiem i s čerstvým pečivem. Paprykowy, słodki.


PS. 1. Po raz pierwszy etykietkę na dżem samodzielnie narysowała dla mnie dzisiejsza pierwszoklasistka Łucja :-)
PS. 2. O dziwo dżem ten jest lekkostrawny, nie wiem czy dlatego, że papryka pozbawiona jest skórki? Lub że jest pieczona-spalona?
* taaa, w północnej Hiszpanii ziemniaki też plasują się bardzo wysoko na warzywnej liście!
.

Thursday, July 13, 2017

trufle z białej czekolady, truskawkowe




pani Aniu, pisze do pani :-) 
Piszę dla Pani i dla Ani od Truskawek.
I dla Toni, dla Agi też. 
Dla Moni i Łukasza, Andrzeja który jest po drugiej stronie.
Dla Wszystkich którzy tęsknią i wszystkich za którymi tęsknię ja!
13 to mój szczesliwy dzień.

Mam nadzieję, że w tym pisaniu (chociaż już dziś wiem, że zapewne nieregularnym) wytrwam dłuższą chwilę. Nie lubię zaczynać czegoś tak na chwilę, tym bardziej, że zaczynam od nowa, a przecież jakby od stara. Oj, ale mialy być trufle i truskawki!

Bo z owoców truskawki są naj. Znaczy się truskawki są naj dla Emila, który nie tyle truskawki lubi co truskawki po prostu uwielbia. Każde są dobre: swieże, te prosto z krzaczka (notabene ogołocił cały krzaczek na balkonie nim jeszcze porządnie zdążyły dojrzeć), te w dżemie i te suszone. I te leśne czyli poziomki. Jednak największy hit to truskawki mrożone, zjadane prosto z zamrażalnika, takie lodowate. Takie są oto gusta tego, który ma "cy latka, prawie cy" znaczy się dwa i pół.

Kiedyś Aga wspomniała mi o jakichś kulkach obtaczanych w truskawkach. Chyba mówiła, że z białej czekolady. Lubię smak mleka w proszku, wiec do czekolady i śmietanki musiałam dodać mleko. Okazało sie niedawno, że wspominane trufle były w truskawkowym cukrze pudrze, ale co tam, z moich przebłysków pamięci wyszły białe trufle w truskawkach. I oto nasze naj czekoladki ostatnio.


Przepis na trufle truskawkowe z zewnątrz, w środku mleczne (radosna twórczość własna):

200g białej czekolady 
150ml śmietanki 30% 
200g mleka w proszku

liofiliozowane truskawki* (około 2 łyżek)


W ulubionym rondelku z długa rączką zagotowuję śmietankę. Skręcam gaz i do gorącej śmietanki wrzucam pokruszoną czekoladę, mieszam by powstała gładka masa. Całość trochę studzę i 'wmieszuję' porcjami mleko  (tak ze 2-3 porcje po 60-70g). Masę chłodzę przez noc w lodówce.
Liofiliozowane truskawki ścieram na tarce o drobnych oczkach, przesiewam przez drobne sitko i otrzymuję truskawkowy proszek. 
Z zimnej czekoladowo-mlecznej masy odrywam kawałki wielkości małej truskawki, formuję kulki, wrzucam po kilka do miseczki z proszkiem z mielonych truskawek i obtaczam, potrząsam miseczkę, by obkleiły się dokładnie. Jeszcze raz dobrze schładzam i już. Truskawkowe, mleczne.


* najłatwiej liofiliozowane truskawki zakupić w "drogeri innej niż wszystkie" pod nazwą "truskawka chips".
.

Monday, March 21, 2016

mazurek orzechowy makagigi



że zaś goście jeść nie mogli 
owych pysznych smakołyków,
więc im dali makagigi 
i pięćdziesiąt pięć pierników.
str. 16, Kornel Makuszyński, “Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki", Wydawnicto Literackie 1978


pierwszego kwietnia blog makagigi skończy 10 lat, rany jak ten czas leci. Podaruję sobie więc odrobinę luksusu, smakołyki, inaczej makagigi*. A dokładniej mazurek makagigi, czyli najlepsze warstwy placka z orzechmi: cieniutka krucha warstwa, a na niej dużooooo orzechów w karmelu. Mamo, poczytaj mi o Awanturym.

A oprócz czytania, piekła ta moja Mama placek, który nazywał się "placek z orzechami". Składał się z trzech warstw kruchego ciasta przełożonych powidłem i masą czekoladową. Na wierzchu była warstwa zapieczonych słodkich orzechów. Oczywiście ta górna warstwa była najlepsza i zawsze jej było za mało, tak jak w cieście z kruszonką zawsze za mało jest kruszonki!

Life is good, bądźmy dla siebie dobrzy, z horrou jakim są "Awantury i wybryki..." (w końcu na pierwszych stronach książki ginie małpia mama) wybierzmy dobre, a wręcz najlepsze fragmenty, przecież życie może być trochę słodkie jak makagigi
Dobrych Świąt!


Przepis na mazurek makagigi - czyli orzechy w karmelu (ze wspomnień): 

ciasto: 
100g cuku
200g masła 
300g mąki 
2 duże żółtka

wierzch:

300g orzechów (może być i 400g)
150g cukru
100g masła 
2 łyżki miodu

Masło (chłodne, ale bez przesady) utrzeć z cukrem, dodać żółtka i ponownie utrzeć. Potem dodawać mąkę porcjami, ciasto zarobić i włożyć na 1-2 godziny do lodówki. Następnie ciasto rozwałkować na wielkość dużej blachy (~24x36cm), lub ciastem wyłożyć blachę przy użyciu rąk własnych. Ciasto popiec przez 15 minut w 170 st.C.
Orzechy posiekać i w rondlu podgrzać z cukrem, masłem i miodem. Upieczony spód wyjąć z piekarnika, na gorącym rozłożyć warstwę orzechowej masy, całość piec kolejne 7-10  minut, orzechy mają się jedynie delikatnie zrumienić. Orzechowy, słodki smakołyk, po prostu makagigi!


PS. Mazurek piekłam w sprawdzonym i ulubionym towarzystwie mazurkowych bab, czyli Anitki, Alinki, Majanki i Moniki, dzięki wielkie dziewczyny!

* MAKAGIGI to deser z miodu, cukru i orzechów, względnie maku (takie orzechowe sezamki). Dla mnie, z dziecięcych wyobrażeń, makagigi to nie lada smakołyk, absolut, coś skrajnie dobrego.
.

Tuesday, March 15, 2016

likier z granatów



nie słyszałam, by w Izraelu ktoś sam domowym sposobem wytwarzał jakieś trunki, a już na pewno nie likiery czy nalewki. Jednak w Izraelu produkuje się likiery, choć chyba głównie pomarańczowe i kawowe - parę razy widziałm takowe na własne oczy. Ich smaki wydały mi się jednak trochę mało oryginalne i chyba dlatego nigdy ich nawet nie spróbowalismy. Fakt, Izrael słynie z pomarańczy, ale mnie jakoś bardziej kojarzy się z granatami czy owocami opuncji*.

Granaty są ważne nie tylko w izraelskiej kuchni, w żydowskiej tradycji granat symbolizuje pomyślność, dobrobyt, prawość. Sama uwielbiam kształt owoców granatu, a szczególnie tych cermaicznych, które stoję przede mną na półce w biblioteczce i które pieczołowicie owinięte w folię babelkowę wiozłam z Izraela w plecaku (ku ogromnemu zdziwieniu Łuakasza i jeszcze większemu naszej przyjaciółki - radiowej korespondentki Kasi).

Po długich latach od pobytu w Izraelu, i gdy też przestałam już eksperymentować z nalewkami by robić jedynie te, których smaki uważam za najlepsze (porzeczka, wiśnia, bakalia) pomyślałam, że może jednak skuszę się na jakąś "nowość". I tak oto powstał likier z granatów.

 

Przepis na likier z granatów (radosna twórczość własna):

1 litr wódki
4 duże granaty (min. 1kg wagowo)
1,5 szklanki cukru

Skórkę granatów nakroić delikatnie, tak jak obiera się pomarańcze. Następnie rozłamać każdy granat na 4 cząstki i wyłuskać z nich ziarenka. Ziarenka zalać wódką, dodać cukier. Macerować około tygodnia. Następnie płyn zlać znad ziarenek (można dolać do ziarenek szklankę wody, po dniu płyn dodać do uprzednio już zlanego). Likier jest dobry prawie natychmiast, łagodny, o jasno karminowej barwie i delikatnym smaku granatów.


* podobno pierwsza wersja smkowa likieru "Sabra", o którym mowa w pierwszym akapicie, to właśnie smak opuncji (sabra po hebrajsku znaczy opuncja, terminem sabra okresla się rownież Żydów urodzonych na ziemi Izraela).

Thursday, January 07, 2016

zupa z orzecha



jak to mówią miał pociąg. Tak więc Emilek od zawsze miał pociąg do orzechów włoskich. Ledwo zaczął pełzać, a jedną z pierwszych rzeczy, które go zaczęły interesować, był stojący w kuchni niemały koszyk z korzenia sosny pełen wielkich orzechów* z Woli. Szybko nauczył się koszyk przewracać, wysypywać orzechy. Potem nimi turlać, czy raczkować ze stukającym orzechem w ręce. Później wreszcie rozbijać i wcinać zawartość :)

Też zawsze lubiłam orzychy włoskie. Mam wielki sentyment do orzechowych drzew. U Babci Celki jadało się w lecie obiady na polu (czy raczej "na dworcu") pod rozłożystym orzechem. Z kolei w mojej rodzinnej miejscowości, ponoć z powodu wiatrów, nigdy ich nie było. Tzn. kiełkowały, rosły parę lat, ale w końcu nie przetrwały którejś kolejnej zimy. Aż wreszcie, kiedy stamtąd wyjechałam, jedno orzechowe drzewko wykiełkowało za lasikiem, osłonięte innymi drzewami, przetrwało kilkanaście lat - rodzi potwornie twarde, niewielkie orzechy.

W połowie września, wczesnym popołudniem, jak często bywało, urzędowaliśmy z Emilkiem* w kuchni. Wtedy Emil na poziomie zero, czyli na podłodze, a ja na poziomie +1 czyli na kuchennym blacie. Milek miał do dyspozycji, co znalazł w szafce: garnki, durszlak, miski metalowe, trzepaczkę, patelnie plus drewniane łyżki. Dzieci są niesamowicie bacznymi obserwatorami. Nie wiem, jak to sobie wymyślił, bo nigdy go tego nie uczyliśmy, ani specjalnie nie pokazywaliśmy, a tu patrzę, a nagle Milek tłucze z całej siły rondelkiem i miesza w nim... orzech! Jakby chciał wykrzyknąć:
Mamo, Tato, ugotowałem wam zupę! Zupę z... orzecha! :-) 
Tak mniej więcej minął nam rok 2015.


Przepis na zupę z orzecha (taka psota):

piękny orzech włoski
litrowy rondelek
drewniana łyżka
i dobry humor

mieszać w dowolnym kierunku, cieszyć się sobą, śmiać się, napawać sie chwilą, żyć póki sie żyje!




* na temat tych wielkich orzechów panuje w Łukasza rodzinie kilka wersji - ta najczęściej przytaczana jest taka, że orzech włoski rodzący wielkie orzechy rósł koło nastawni gdzie kiedyś pracował Łukasza Tata. Andrzej taki duży orzech dostał od właściciela drzewa i zasadził za stajenką, orzech, który wyrósł miał owoce jeszcze wieksze niż ten pierwotny!
.

Monday, November 30, 2015

masala chai

 


było dobre -20 st.C, śnieg po kolana. Dzień zaczynał się około 10 rano, a kończył koło 2:00 po południu, niebo było jasne, ale słońca nie było widać, chowało się tuż się za horyzontem*. Renifery na naszych oczach wygrzebywały spod potężnej i zmrożonej masy śniegu porosty, a ja próbowałam wygrzebać kilka gałązek borówki czarnej. Dwa lata temu, zamiast jechać na doroczną wycieczkę pod i na Śnieżkę, cała nasza grupa pojachała za koło polarne. Do Finlandii, pod górę Levi.

Otoczone zapachem brzozowego i sosnowego drewna snującego się z kominka, patrzyłyśmy z Moutusi (która uciekła do Finlandii z gorącej Kalkuty) na ciemną noc i pojawiającą się co chwila zorzę polarną. Za ścianą rozbrzmiewały echa imprezy, którą rozkręcił Waldek (z której na chwilę uciekłam, by odpocząć od oparów C2H5OH). Wcześniej skakaliśmy do śniegu rozgrzani ciepłem sauny, teraz patrzyłyśmy za okno na przykrywającą wszystko zimę i rozmawiałyśmy o rozgrzewającej herbacie masala.

Masala chai () to indyjski sposób przygotowywania herbaty. Z mlekiem i przyprawami. Według Moutusi, obowiązkowy jest imbir, reszta przypraw zależy od naszej inwencji. Ważny jest gatunek herbaty, jakiej użyjemy. Najlepsza ciemniejsza, czerwonawa, ale w przypadku braku takiej, każda mocna czarna herbata się nada. Gdy za oknem zimno, niekoniecznie -20st.C, ciepła herbata z przyprawami jest jak znalazł!

 

Przepis na masala chai (od Moutusi):

1 litr mleka
5cm kawałek swieżego imbiru
5cm kawałek cynamonu
7 goździków
7 strączków kardamonu
5 kulek czarnego pieprzu
2 łyżki mocnej liściastej herbaty**
cukier do smaku (~1/3 szklanki)

Imbir pokroić w cienkie plasterki. Pozostałe przyprawy utrzeć na brobny pył w moździerzu. Do mleka dodać wszystkie przyprawy i razem powoli zagotować. Gdy mleko się zagotuje, skręcić gaz, dodać herbate i parzyć przez 3-5 minut. Podawać w filiżankach (nalewać przez sitko). Rozgrzewająca, bardzo korzenna.


* to było jedno z dziwniejszych uczuć, jakiego doświadczyłam: niby dzień, niby rozświetlone niebo, ale nie do końca niebieskie, wzbudzało to we mnie jakiś niepokój.
** najczęściej używam angielskiej English Brekfast tea.

PS. To moje dwa grosze do organizowanego za tydzien przez Ptasie Korzennego Tygodnia.
.

Saturday, October 31, 2015

pigwa kandyzowana



pierwszy raz pigwy kandyzowanej spróbowałam w... w Londynie. Pewna Ewelina próbowała mnie przekonać do biszkoptu i muszę przyznać, żę prawie się jej udało. To znaczy nadal twierdzę, że drożdżowe jest naj, ale przyznaję, że biszkopt może być dobry, szczególnie z masłem solonym i dżemem truskawkowym z pigwą kandyzowaną.

Pigwę Ewelina dostała od pewnej Gosi, od której zresztą i ja później dostałam w przesyłce owej pigwy sporą ilość. Próbowałam Gosię podpytać o przepis, ale odpisała, że jej tata pigwę kandyzowaną przygotowuje nieco na oko. Nie dawało mi to spokoju, więc spróbowałam i okazało się, że pigwę kandyzować można sposobem "na wiśnię".

Pigwa kandyzowana to pigwa (lub pigwowiec) gotowana w syropie cukrowym tak długo, aż owoce zrobią się szkliste, bardzo słodkie, a w kolorze ciemno pomarańczowe lub wręcz karminowe. Moim zdaniem pigwa kandyzowana to najlepszy "wyrób" z pigwy/pigwowca. Zachowuje najwięcej aromatu pigwy, kuszącego zapachu pigwy, którą chciałoby się ugryźć i rozkoszować się smakiem.


Przepis na kandyzowaną pigwę lub owoce pigwowca (próba odtworzenia wspomnień):

2 kg owoców pigwy (lub owoców pigwy z nalewki) 
2 kg cukru
grubszy kryształ do obtoczenia owoców

Owoce pigwy czy pigwowca umyć (owoce pigwy dokładnie pozbawić włosków), usunąć gniazda nasienne, pokroić w plasterki o grubości 5mm, wrzucić do rondla i zasypać cukrem. Owoce z cukrem odstawić na kilka godzin, co pół godziny delikatnie przemieszać. Owoce puszczą sok, cukier w dużej mierze powinien się rozpuścić. Następnie owoce wraz z sokiem bardzo powoli zagotować i gotować na bardzo małym ogniu 5 minut. Następnie delikatnie przemieszać, całkowicie ostudzić. Owoce wraz z syropem zagotować jeszcze 4-5 razy i gotować za każdym razem po kilka minut, za każdym razem ostudzić. Gdy w wiekszość plasterki pigwy będą szkliste, koloru karminowego, a syrop bedzie gęsty syrop odlać, a owoce obtoczyć w grubym cukrze krysztale i rozłożyć na papierze do pieczenia by obeschły. Po kilku godzinach zapakować szczelnie i rozdawać.


PS. Jak już wspomniałam owoce pigwowca nazywa się często pigwą, zarówno pigwę jak i pigwowiec można kandyzować (efektkońcowy jest dosyć podobny).
.

Saturday, October 24, 2015

pigwówka



"przed starym domem", jak się zwykło u nas nazywać ogródek przed domem babci, rosły patrząc od prawej: piwonie (białe i jedna czerwona), duży krzak jasno-fioletowego bzu, różaneczniki (ciemno-amarantowe), za nimi rajska jabłonka, a pod jabłonką gęsto było od konwalii. Obok była rabatka na całą długość ogródka a na niej: wiosną fiołki, pierwiosnki, tulipany i żonkile, szafirki, sasanki, szarotki, irysy; latem ogrodowe maki, jukki, cesarskie korony, floksy, żółte lilie i mnóstwo innych kwiatów. Na drugiej rabatce były tylko i wyłącznie róże, w większości pąsowe.

Na samym środku ogródka, pomiędzy tymi dwoma rabatkami, był kawałek trawnika, a na nim fioletowy bez, jakiś iglasty krzew (może cis) i pigwowiec. Pigwowiec kwitnący wiosną jako jedyny w ogródku na jasno-czerwono. Latem pojawiało się na nim kilkanaście owoców, raz spróbowałam - były niezmiernie twarde i kwaśnie, od tamtego czasu późną jesienią znacznie bardziej interesowały mnie, dojrzewające na krzakach wzdłuż całego starego domu, winogrona.

Pigwówka to nalewka nastawiana na owocach pigwy. Jako że pigwa rośnie w naszym klimacie niezmiernie rzadko, często pigwówką nazywa się również nalewkę na owocach pigwowca, ktore są nieco podobne do pigwy w smaku i kształcie. Pigwa jednak jest owocem dużym, jak wielkie jabłka (w Izraelu owoce pigwy ważą i pół kilograma!), a owoce pigwowca są wielkości najwyżej dorodnej moreli i, moim zdaniem, są bardziej kwaśne od pigwy. Co by jednak nie mówić, nalewki z pigwy czy pigwowca warto spróbować.

 
Przepis na pigwówkę, czyli nalewkę na owocach pigwy, bądź pigwowca (radosna twórczość własna):

1kg dojrzałych owoców pigwy
1/2 litra wódki
1/2 litra spirytusu
1/2 kg cukru (można i 1/3kg)

Owoce pigwy umyć (dokładnie pozbawiając włosków), przekroić na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne, następnie ćwiartki owoców pokroić w niewielkie plasterki (o gruboiści skórki 4-5mm). Pokrojoną pigwę pozostawić na kilkanaście minut na otwartym powietrzu by odrobinę ściemniała (wtedy nalweka bedzie miała intensywniejszy kolor). Owocowe plasterki wrzucić do słoja, zalać wódką i spirytusem, odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć słojem raz na parę dni. Następnie zlać znad owoców płyn, a pigwę zasypać cukrem, potrząsnąć co pare dni, po tygodniu cukier powinien sie rozpuścić. Po tym czasie zlać znad owoców syrop i połączyć z wczesniej zlanym alkoholem (owoców nie wyrzucać, przydadzą się za kilka dni). Nalewkę odstawić na pół roku. Po tym czasie zlać znad osodu i próbować. Aromatyczna.


PS. Na powyższym zdjęciu ten mały ciemno-żółty owoc to owoc pigwowca, ten duży którego widać połowę to pigwa od wujka Ryśka :-)
.

Monday, September 21, 2015

suszone śliwki węgierki



odkąd pierwszy raz usłyszałam Łukasza opowieść o wędzeniu węgierek, zamarzyłam chociaż raz takie wędzenie przeżyć. Niestety urodziłam się badź to kilkanaście lat za późno, bądź w niewłaściwej rodzinie. U Łukasza od blisko ćwierćwiecza ślwek się nie wędzi, a moja prośba kilka lat temu, by może tak spróbować węgierki uwędzić, nie odbiła się niestety szerokim echem. Coś sobie przypominam, że chyba mi wszyscy popukali w czoło, oczywiście myśląc: upadła na głowę!

I te kilka lat temu, więdząc, że pewnie na żadne wędzenie śliwek się nie załapię, zaczełam suszyć (bez dymu) węgierki sama. Pierwsze, które suszyłam, kupiłam u mojej ulubionej przekupki na Nowym Kleparzu (w Krakowie). Którejś transzy suszonych węgierek z wyraźną dumą pilnował mi Demon, nie był na szczęście nimi zainteresowany. W tym roku zaś wiele ze śliwek nie doczekało końca suszenia, bo notorycznie kradnie mi je Emil, jak tylko je namierzy.

Suszone węgierki, suszone śliwki węgierki, mają niepowtarzalny smak. Są słodkie, a zarazem lekko kwaśne z wyczuwalną nutą węgierek, o nieco palonym (suszonym) smaku. Nie mają aromatu wędzenia przez co mają odrobinę wyraźniejszy śliwkowy charakter. Są zupełnie inne od suszonych śliwek, które można kupić, od tych tzw. kalifornińskich, które moim zdaniem są głównie słodkie. Węgierki suszone własnoręcznie to zupełnie inna liga!


Przepis na suszone śliwki węgierki domowym sposobem (radosna twórczość własna):

2kg dojrzałych węgierek
czas (około 3-5dni)

Węgierki rozłożyć na wielkiej blasze, bezpieczniej na papierze do pieczenia (lubią puścić sok i przywierać). Suszyć w piekarniku nagrzanym do 70st.C przez 30 minut. Ostudzić całkowicie (można wynieść np. na balkon i studzić w jesiennym słońcu, jeśli takowe występuje). Czynność suszenia i studzenia powtarzać kilka czy kilkanaście razy dziennie. Po dniu suszenia śliwki delikatnie naciąć i wyjąć z nich pestki. Suszyć przez kilkanaście minut w wyższej temperaturze (około 90st.C), ostudzić. Następnie suszyć w 70st.C. I tak w kółko aż do momentu, gdy śliwki są wyraźnie pomarszczone. Zazwyczaj nie suszą sie równomiernie, gdy niektóre z nich są wyraźnie suchsze należy je odłożyć, a te wilgotniejsze dosuszyć.
Tak wysuszone śliwki są lekko gumowe, można je od razu zajadać lub przechowywać w niedomkniętym słoju w chłodnym miejscu lub w szczelnie zamykanym słoju przesypane cukrem. Można je też wysuszyć na "prawie twarde", te dłużej sie przechowają (w zamkniętym słoju), ale przed użyciem najlepiej je na chwilę zalać wrzątkiem. Suszone węgierki - suszone i węgierkowe.
 
 PS. Lat temu ze trzy, Łukasza Mama nadmieniła, że w sąsiedniej miejscowości ktoś jeszcze węgierki wędzi, może się jednak kiedyś załapię?

Monday, August 24, 2015

kruszonka, z trzcinowym cukrem



Aga: kruszonka musi być słodka.
Gosia: kruszkonki musi być dużo.
Łukasz: kruszonka wcale nie musi być z orzechami!
Basia: kruszonka jest świetna z trzcinowym cukrem.
Emil: nie mówi, szeroko po kruszonkę otwiera buzię.*

Kruszonka owocowa to moim zdaniem najłatwiejsze możliwe ciasto. W najprostszej formie to tylko cztery składniki: masło, cukier, mąka i owoce. Ciasto wystaczy luźno zagnieść, żadne tam wyrabianie, wałkowanie czy coś. Ciasto ideał na lato, choć gdy w kuchni temperatura przekracza 27st.C, jednak wybiaram same lody.

Crumble, fruit crumble czyli kruszonka owocowa to ciasto, deser o brytyjskich korzeniach. Brytyjska klasyka. Nazwę swą bierze od kawałków pokruszonego ciasta przykrywającego zapieczone owoce. Najpopularniejsza jest, bodaj, wersja z jabłkami. Do kruszonki można dodać orzechy, płatki owsiane, skórkę cytrynową czy przyprawy. Dla mnie kruszonka owocowa ma najwiekszy urok z jasnym trzcinowym cukrem. Najważniejsze byle kruszonki było niemało.



Przepis na  crumble czyli kruszonkę z trzcinowym cukrem (na podstawie przepisu Briana Turnera):

3/4-1kg swieżych owoców (polecam śliwki, wiśnie, morele)
125g masła
125g jasnego trzcinowego cukru**
200g mąki
50g mielonych orzechów (opcjonalnie)

Obrane i pokrojone owoce ułożyć na dnie naczynia do zapiekania. Miękkie masło utrzeć z cukrem. Porcjami dodawać mąkę, na końcu można dodać orzechy, zarobić. Owoce posypać grubo kruszonką. Piec 20-25 minut w temp. 175st.C. Podawać ciepłą, z sosem waniliowym, śmietanką lub lodami. Na pełnię lata - kruszonka, dużo kruszonki i trochę owoców!

* chociaż to nie jest zbyt dobra reklama, bo Emil szeroko otwiera buzię po wszystko ;-)
** drobny lepszy, np. light soft brown cane sugar brytyjskiej firmy Tate Lyle.

PS. Owocowe wypieki letnie przygotowywałam za namową i zgodnie z coroczną tradycją z Alcią, Atinką, Eweliną, Majanką i Moniką - dzięki wielkie dziewczyny :-)

Monday, July 20, 2015

zupa z wiśni, chłodnik z wiśni



po prawej stronie od bramy, zaraz za płotem, za zwykłym drewnianym płotem z pociemniałych sztachetów był sad. W sadzie tym: kilka śliw, kilka jabłoni (a wśród nich taka która wzbudzała szczególny dziecięcy zachwyt - na jednym pniu rodziła bowiem dwa gatunki jabłek), dwa orzechy (na jeden z nich się z radością wspinaliśmy), jedna wielka grusza i na samym końcu krzaczki porzeczek i agrestu. Zaś tuż za ogrodzeniem, na samym rogu rosła dorodna trzmielina.

Z kolei po lewej strony od bramy patrząc, czyli bliżej wejścia do domu, nad drewnianą ławeczką rosła papierówka, obok ławeczki chyba stał mały stolik, a nieco dalej była studnia z żurawiem. Nie pamiętałam za bardzo czy i gdzie rosła wiśnia, ale Babcia Cela rozwiała moje wątpliwości: "pewnie że była wiśnia, zaraz koło żurawia, wysoko była nie dało sie zerwać wiśni z ziemi, potrzebna była drabina".

A na ten obiad, chyba jedyny jaki doskonale pamiętam choć obiadów jadłam u Babci dziesiątki, była zupa z wiśni (wspominałam o niej przy okazji pamuły* z wędzonych śliwek). Było bardzo, bardzo gorąco, stół stał pod największym orzechem, tym po prawej stronie. Może był nakryty obrusem gdy na talerze Babcia nalewała chłodną zupę koloru różowego z bordowymi kuleczkami wiśni - zupę wiśniową - to jedyna słodka potrawa Babci Celki jaką pamiętam, jedyna i najlepsza. Wspomnienia


Przepis na zupę z wiśni, chłodnik z wiśni (z babcinej pamieci + moje 2 grosze):   

1/2 kg wiśni
1/2 szklanki slodkiej smietanki
woda lub mleko do rozcieńczenia (1/2 - 1 litr)
cukier do smaku (daje 1/2szkl)
ugotowany makaron (około 200g)

wersja Babci - na gorąco:
Wiśnie wydrylować i zalać w garze wodą, doprowadzić do wrzenia i na średnim ogniu gotować 2-3 minuty. Następnie zdąć z ognia, dolać śmietankę, posłodzić. Do zupy wrzucić uprzednio ugotowany drobny makaron. Podawać w upalne dni, na stole pod orzechem :-)

wersja Basi - na zimno:
Wiśnie wydrylować i zasypać w garnku cukrem, dokładnie wymieszać, odstawić na kilkanaście minut, w międzyczasie pare razy przemieszać (wiśnie powinny puścić sok, dużo soku). Następnie dolać śmietankę i rozcieńczyć mlekiem wedle uznania. Do zupy wrzucić uprzednio ugotowany drobny makaron. Podawać w bardzo upalne dni, najlepiej pod orzechem :-)


* "pamułą" Babcia Celka nazywa dowolną zupę owocową, czy to ze swieżych wiśni czy to z wędzonych śliwek.

Monday, July 06, 2015

wiśniówka



oprócz wielkiej drewnianej beczki z kiszoną kapustą, blisko setki słoików z dżemami (w tym z jedna trzecia dżemów smaku słodkiego i koloru brązowego, czyli babcinej konfitury z truskawek), kolejnej setki słoików z kompotami  z owoców wszelakich, zapamiętałam z przetworów babci Helki wielką butlę z nalewką. Butlę z nalewką wiśniową.

Jestem pewna, że ta około 10-cio litrowa butla stała na strychu, po prawej stronie od wejścia, zaraz obok pustych słoików. Jednak Mama twierdzi, że nikt by nalewki na strych nie wynosił. Jedno jest pewne - babcia wiśniówkę robiła, może nie co roku i może nie w dużych ilościach, ale wtedy gdy zapewne zostało wiśni z robienia kompotów :-)

Tak wielką butlę z wiśniówką wypatrzylam pare lat temu w chacie mojego ulubionego beskidzkiego ceramika. Przypomniałam sobie wtedy ową babciną butlę i zdałam sobie sprawę, że wiśniówka zatarła mi się nieco w pamięci, a przecież wiśniówka to nalewkowa klasyka, a ponadto była to zapewne pierwsza nalewka jaką na oczy widziałam. Tradycja, wspomnienia.


Przepis na wiśniówkę, czyli nalewkę na wiśniach (z wspomnień):

1kg dojrzałych wiśni
1/2 litra wódki
1/2 litra spirytusu
1/2 kg cukru

Wiśnie zalać wódką wymieszaną ze spirytusem, odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć butlą/słojem raz na parę dni. Po owych dwóch tygodniach dosypać cukier. Nalewkę odstawić na kolejne kilka dni, co dzień potrząsać słojem/butlą. Gdy cukier się rozpuści (zazwyczaj po 3-4 dniach), zlać nalewkę znad owoców i odstawić na pół roku. Po tym czasie zlać znad osadu i próbować. Klasyka nalewkowa.


PS. Wiśnie można wydrylować, choć babcia tego nie robiła. Co prawda nie raz słyszałam w dzieciństwie o "cyjankach" w pestkach wiśni, jednakże jako chemik z tytułami twierdzę, że w trakcie paru tygodni z pestek wiśni do nalewki może przeniknąć znikoma ilość amigdaliny, która jest źródłem cyjanków, w nalewkach o wiele bardziej szkodliwy (ze względu na ewentualne duże dawki) jest sam alkohol ;-)

Thursday, June 11, 2015

marjarahka, czyli twarożek z truskawkami



że zacytuję siebie sprzed roku: Finlandia to raj dla miłośników borówek*, brusznic, malin, moroszki, jerzyn, poziomek. W Finlandii wszelkie owocowe dary lasu darzy się szczególną estymą. Owoce lasu, wszelakie jagody i dodatkowo truskawki! Sezon owocowy zaczyna się również w Finlandii od truskawek.

Upały nie są jakimś wyjątkowo częstym zjawiskiem w Finlandii, ale akurat nasza pierwsza wizyta w Helsinkach pięć lat temu przypadła na falę upałów, dodatkowo był to pierwszy dzień lata. Chłodziliśmy się wtedy cydrem z lodem, nie mając pojęcia, że Finlandia zna doskonały a zarazem chyba najprostszy z owocowych deserów swiata (no może prostsze są tylko truskawki z cukrem:).

Marjarahka (fi. marja = jagoda**, rahka = twaróg) to fiński deser, jak nazwa głosi z twarożku i dowolnego rodzaju jagód (np. borówki czarne, borówki brusznice, porzeczki, truskawki - dla mnie truskawka i borówka przodują), oczywiście z dodatkiem cukru, cukru waniliowego i często słodkiej śmietanki. Deser lekki, owocowy i świeży. Jestem miłośnikiem prostych przepisów, ale ten mnie samą zaskoczył tym, jak świetny może być banalny przepis! Na upały doskonały!


Przepis na z twrożek z jagodami czyli marjarahka (za "Tasty trip to Finland") 4 porcje:

500g mielonego twarogu
1/2 szklanki słodkiej śmietanki (można dodać więcej)
100g cukru 
łyżka cukru z prawdziwą wanilią
250g jagód - np. truskawek, borówek, malin

Twaróg utrzeć z 50g cukru, cukrem z wanilią, a następnie ze słodką śmietanką. Truskawki (lub inne "jagody") obrać i zmiksować z 50g cukru (niektóre owoce można zostawić w całości). Do kubeczków czy miseczek nałożyć twarożek, a następnie mus owocowy, delikatnie przemieszać. Dobrze schłodzić, parę godzin w lodówce, lub do godziny w zamrażalniku. Twarogowy to deser, fiński.


 *  borówki (bot. czarna borówka, Vaccinium myrtillus) zwane są poza Małopolską jagodami ;-)
** jagoda odnosi sie tutaj do określenia botanicznego (ang. berry)

PS. zdjęcie powyższe oczywiście na materiale marimekko :-)

Wednesday, May 20, 2015

mleczne cukierki



nie pamiętam kiedy Zoe pojechała pierwszy raz do Radocyny, ale Wołowiec odwiedziła już podczas swojej pierwszej wizyty w Polsce, gdy miała 8 miesięcy, i tyle co zaczynała raczkować.

Później na pewno wzięliśmy Zojcię do Radocyny i na Długie gdy miała trzy lata. Jechaliśmy przez Lipną i poszliśmy razem sprawdzić, czy jeszcze owocują tam stare trześnie. Zoe oczywiście szła sama, w jednej ręce trzymała ulubionego białego misia, a w drugiej "picion". Potem pojechaliśmy nad potok, nad Wisłokę rzucać "kameni", jak to mówiła wtedy Zoe*.

W późniejszych latach rzucanie kamieni do Wisłoki stało się tradycją, jeździmy tam co roku. Była też z nami Zoe (w zamaszystej czerwonej spódnicy i kaloszach) na rodzinnej wyprawie po borówki na Mereszkę. Natomiast rok temu Zoe wśród uczestników wycieczki sprzedawała w Radocynie mleczne cukierki, które wcześniej razem zrobiłyśmy. Sprzedawała je za źdźbła trawy, listki koniczyny i łodygi chwastów. W ten sposób "przehandlowała" kilkanaście cukierków. Liście koniczyny uchwyciłam na zdjęciu, na pamiątkę.

Przepis na mleczne cukierki wygrzebałam kiedyś poszukując przepisu na coś słodkiego z mlekiem w proszku. Przypadkowo znalazłam przepis na pastillas - filipińskie cukierki z mleka skondensowanego i mleka w proszku. Zoe pomagała mi kiedyś jako trzylatka przy wsypywaniu porzeczek na nalewkę do wielkiej butli. Pomyślałam wtedy, że może jednak powinnyśmy zrobić coś bardziej dla dzieci, czyli cukierki! Oczywiście, że niezdrowe i z cukrem, ale od czego się ma ciocię Basię?


Przepis na mleczne cukierki
(~ na podstawie cukierków pastillas), 40 cukierków:

250g mleka słodzonego skondensowanego 
125g mleka w proszku
orzechy (50g, opcjonalnie)

do obtoczenia cukierków: 50g cukru 

Do mleka skondensowanego wsypywałam stopniowo (2-3 porcje) mleko w proszku, wymieszałam dokładnie, dobrą minutę (ewentualnie dodać posiekane orzechy). Potem odrywałam kawałki masy wielkości małego włoskiego orzecha i formowałam podłużne cukierki. Następnie wraz z Zoe cukierki otaczałyśmy w cukrze krysztale i pakowałyśmy w biały papier. Zabrałyśmy do Radocyny, sprzedały się wszystkie!


* moje ulubione Zojci słowa z tamtego okresu to "skapetki" i "mófki" (czyli mrówki:).

PS. Łukasz prosił mnie żebym dopisała, że cukierki te smakują "niespodziewnie", dodaję więc od siebie: fakt, krówki to to nie są!
.

Tuesday, February 10, 2015

pomarańczowy dżem, nieco gorzki



pomarańczowy dżem czy pomarańczowa marmolada, jak kto zwał, należą do moich ulubionych zimowych przetworów, ulubionych i zarazem jedynych. Od lat planuję dżem z cytryn, ale póki co, gdy tylko nadchodzi zima (zresztą w tej chwili za oknem widzę grubo pokryte śniegiem pagórki Beskidu Niskiego), nie mogę się nasycić dżemem pomarańczowym właśnie.

Dżem pomarańczowy do tej pory przygotowywałam metodą dość pracochłonną (usuwałam wszystkie białe części z miąższu), ale niedawno przegladając moją ulubioną książkę kucharską, czyli Kuchnię Neli Rubinstein, znów zwróciłam uwagę na znacznie szybszy* i prostszy sposób. 

Przypomniałam też sobie zresztą, że moja babcia Hela, babcia z Beskidu Niskiego, też smażyła dżem pomarańczowy taką właśnie prostszą metodą - czyli obierała pomarańcze, drobno kroiła cały miąższ bez usuwania wszystkich białych fragmentów, dodawała pokrojone skórki, nie szczędziła cukru i smażyła z tego dżem-marmoladę, nie pamietałam dobrze tamtego smaku i myślałam, że był bardzo gorzki. Gdy wreszcie spróbowałam tej metody, okazało się, że taki dżem jest gorzki ciut jedynie. Swoją drogą, babcia robiła jeszcze z użyciem tego dżemu pewne pyszne ciasto, ale o tym za kilka tygodni ;-)


Przepis na nieco gorzki dżem pomarańczowy
(na podstawie własnych prób):

1kg pomarańczy
700g cukru (np. jasny trzcinowy)
sok z 1 cytryny

Pomarańcze dokładnie myję i obieram. Obrane pomarańcze przekrawam i pozbawiam pestek (nie usuwam białych części, no może jedynie te grubsze, które są tuż pod skórką i łatwo się ich pozbyć). Następnie miąższ miksuje blenderem i zasypuje cukrem.
Uprzednio dokładnie wyszorowane skórki z 1 pomarańczy zalewam 1/2 litra wody, zagotowuję i gotuję 5 minut. Skórki odcedzam, studzę i kroję w paseczki. Pokrojone dorzucam do miąższu z cukrem, doprowadzam do wrzenia i gotuję na średnim ogniu 20-30 minut. Studzę i sprawdzam, czy odpowiada mi konsystencja dżemu (z podanej porcji powstają trzy 300-gramowe słoiczki). Dodaję sok z cytryny, dżem ponownie zagotowuję i przekładam do słoiczków. Niezmiennie to moje naj w departamencie dżemow.


* choć jestem zwolenniczką powolnego wykonania dżemów, to w przypadku dżemu pomarańczowego metoda szybsza nie jest taka zła, dżem i tak się chwilę dłuższą gotuje i nie jest to już żaden fast food :-)
.

Wednesday, October 22, 2014

syrop z owoców dzikiej róży



owoce dzikiej róży w Małopolsce potocznie i powszechnie zwie się "kogutkami". Kogutki, kogutków, kogutkami... Tak, kogutkami natarł był sobie raz twarz mały Łukasz, kiedy to uprzejmi koledzy powiedzieli mu, że te korzystnie wpływają na cerę. Metody tej Łukasz jednak nie poleca, ale taki syrop z kogutków to już całkiem coś innego!

W tym miejscu, chciałam podkreślić, że zbieraniem owoców dziekiej róży nie należy się spieszyć, jak z śliwkami węgierkami. Owoce róży najlepiej zbierać w listopadzie, gdy są już bardzo dojrzałe, a wręcz przemrożone. Kogutki najlepsza są miękkie, gdy lekko zgniecione w palcach rozpływają się. Wtedy owoce róży mają jakby suszony aromat i wyraźnie wyczuwalny smak vibovitu ;-)

Przepis na syrop z owoców dzikiej róży zawdzięczam pewniej sympatycznej Aśce, krótra kilka tygodni temu napisała do mnie z pytaniem, czy może nie mam sprawdzonego przepisu na syrop z owoców dzikiej róży. Wtedy nie miałam. Dwa czy trzy dni później, po Jej mailu, w czeskim magazynie Apetit trafiłam na przepis na syrop z owoców róży, pewnie bym na niego niw zwróciła większej uwagi, bo marmolada z róży jest trochę pracochłonna i się do niej zniechęciłam... Ale przepis na syrop z kogutków publikuję :-) Asiu pozdrawiam, bez Ciebie syropu by nie było, a ten syrop jest swietny.
  

Przepis na syrop z owoców dzikiej róży, syrop z kogutków (luźno na podstawie przepisu z magazynu Apetit):

1/2 kg dojrzałych owoców dzikej róży
1 i 1/4 litra wody
300g cukru  

Dojrzałe owoce dzikiej róży (najlepiej zbierać w listopadzie, a jeśli zerwmiemy wcześniej, to polecam owoce pozostawić na 3-4 dni w ciepłym miejscu w domu by zmiękkły!), przepłukać dokładnie w wodzie, pozbawic tym samym czarnych pozostałości kwiatostanu. Następnie wrzucić do garnka i zalać 1/2 litra wrzacej wody, całość zagotować i gotować przez 1 minutę. Gaz skręcić i pozostawić różę by ostygła. Przestygnięte kogutki wraz z płynem przecierać porcjami przez metalowe sito (średnio-gęste). Przretarty płyn odstawić, a owoce róży ponownie wrzucić do garnka, zalać znów 1/2 litra wrzącej wody i pozostawić na kilka minut by się macerowały, dokładnie wymieszać, można też owoce dodatkowo zgnieść łyżką. Owoce przecedzić (płyn zlać do poprzedniej porcji), owoce znów zalać w garnku wodą, tym razem 1 szklanką, zamieszać i znów przecedzić. Następnie przetarty płyn zagotować (owoce wyrzucić), dodać cukier, gotować pare minut by syrop trochę się zagęścił. Uzyskałam nieco ponad 3/4 litra syropu. Pić rozcieńczony wodą. Lepszy niż myślałam! 


* po kilkunastu minutach od wlania do butelek syrop zaczyna się powoli rozwarstwiać, należy go wymieszać przed wlaniem do szklanek.

Tuesday, October 07, 2014

suszone gruszki, gruszkowy proszek, pracharanda



pierwszy raz o suszonych gruszkach usłyszałam w Czechach przy okazji przepisu na valašské frgále, czyli wschodniomorawskie wielkie słodkie kołacze na bardzo cienkim cieście*. Do owych wielkich placków często jako nadzienie przygotowuje się powidło z suszonych gruszek. Jak żyję w Czeskiej Republice (dobrze, w Pradze), suszonych gruszek nie widziałam, ani w sprzedaży, ani też nie słyszałam o takowych od żadnych znajomych. Ale upłynęło kilka lat i znów o nich przeczytałam.

Moja ulubiona współczesna czeska autorka kulinarna, Petra Pospěchová, w swej pięknej książce "Regionální kuchařka" wspomina, że na Horácku nie dość, że suszy się gruszki, to jeszcze owe suszone gruszki (czyli hruškové křížaly) podsusza się tak, by były zupełnie kruche i dały sie zmelić na proszek zwany pracharanda, znany wielu Czechom z bajek i opowieści.

Pracharanda to suszone na pył gruszki mielone na drobny proszek. To przysmak, który ponoć należy traktować jako przyprawę. Można takim proszkiem posypać słodkie knedle, kaszki na słodko, czy placki z brukwii. Gruszki dawniej suszyło się w letnim piecu przy kuchni kaflowej, dziś coraz częściej w piekarniku. I tak naczytałm się i ususzyłam piękne żółte gruszki (czterech różnych odmian), a potem zmieliłam na pracharandu. Pychota!


Przepis na pracharandu, czyli proszek z suszonych gruszek (by odtworzyć, co zasłyszane):

12 dojrzałych gruszek
czas

Gruszki pokroić na cieniutkie plasterki, około 3mm. Rozłożyć na 3 wielkich blachach, bezpieczniej na papierze do pieczenia. Suszyć w piekarniku nagrzanym do 70st.C przez kilka godzin (+/- 5h). Zazwyczaj suszyłam gruszki około jednej godziny rano i wieczorem, tak przez około 3 dni, za każdym razem po suszeniu chłodziłam je przez otwarcie piekarnika. Tak wysuszone gruszki są lekko gumowe, można je już zajadać lub przechowywać w niedomkniętym słoju w chłodnym miejscu lub w szczelnie zamykanym słoju przesypane cukrem.
By uzyskać gruszkowy proszek, należy opisane wyżej lekko soszone gruszki dodatkowo podsuszyć dwukrotnie w 100stC przez około 15 minut (po każdym suszeniu pozostawić do ostygnięcia), gruszkowe plasteki mają być całkowicie suche i chrupkie. Wystudznone całkowicie, suche gruszkowe plasterki zmielić (wykorzystałam blender), proszek zamknąć w szczelnym słoiczku. Używać jako posypki. No to jest pyszne, tak, i trochę pracochłonne :-)


* Nawet raz fragale piekłyśmy z Moniką, ale planowałyśmy powtórkę, ale summa summarum nigdy drugi raz ich nie upiekłyśmy.


** w Finlandii można nabyć proszek z suszonych jagód, głównie borówek, brusznic, żurawiny, z tego co pamiętam. Ciekawił mnie nie raz, ale nie miałam pojęcia, co z nim zrobić poza tym, że mogłabym w takim proszku otoczyć orzechowe trufle... Widać tradycja owocowych proszków sięga daleko paza Valašsko i Horácko.

Monday, August 04, 2014

powidło morelowe



definicja powidła bawi mnie na tyle, że byliśmy wraz z Łukaszem przed kilku laty współautorami tejże na polskiej i angielskiej Wikipedii. Uważam bowiem powidła za najdoskonalsze z środkowoeuropejskich przetworów. Na temat etymologii słowa powidła rozwodziłam sie już tutaj dość szeroko, więc skoro mamy wakacje, to język pozostawię językoznawcom, a sama zajmę sie odpoczynkiem.

Powidło kojarzy mi się oczywiście najbardziej z powidłem ze śliwek węgierek którę robię odkąd tylko zaczełam wytwarzać przetwory, w zasadzie powidło węgierkowe było pierwszą rzeczą, którą kiedykolwiek zamknęłam na zimę w słoiku (teraz dostaję pyszne od Cioci Bogusi, dla której w tym miejscu ukłony;). Uwielbiam smażyc powidła długie dnie i co roku wypartuje prawdziwych węgierek w Czechach.

Powidło kojarzy mi się też z wakacjami, z corocznymi Kajakami konkretnie i wspaniałym powidłem wiśniowym, które przywozi co roku Ala. Powidło wiśniowe Ali posmakowało mi tak bardzo, że zawyczaj od niego zaczynam robienie przetworów, posmakowało mi na tyle, że robiłam na podobną modłę powidło gruszkowe i w tym roku morelowe - polecam w ciemno - dla mnie powidło to najdoskonalsza forma dżemu! 


Przepis na  powidła morelowe (na zwór powidła wiśniowego i przepisu z Sandtnerové):

2.5kg słodkich moreli*
250-500g cukru (ilość wedle uznania)
50ml morelowej wódki zwanej morelowicą (wedle uznania)

Obrane i pokrojone w ćwiartki morele zasypać cukrem (1 szklanka), najlepiej w garnku o grubym i szerokim dnie, odstawić na 15 minut, wymieszać i powoli zagotować. Powidło po pierwszym zagotowaniu gotuję 10 minut, a następnie studzę. Potem zagotowuję i, czasem mieszając, gotuję kolejne 10 minut, studzę całkowicie, stygnące powidło parukrotnie przemieszam. Czynność gotowania i studzenia powidła powtarzam około 4-5 razy, aż większość soku odparuje, a masa zaczyna przypominać gęstą marmloadę. Gdy powidło ma konsystencję niemal "że łyżka staje", wlewam morelową wódke i smaże 1-2 minuty aż prawie cały alkohol odparuje (w tym miejscu powidło można również ostatecznie dosłodzić), następnie przekładam gorące do słoików. Morelowe, a powidło!


* morele (czyli cz. meruňky) są uznawane za najdoskonalsze owoce w Czechach. Bez moreli nie ma prawdziwych czeskich knedli! Oczywiscie w czeskich książkach kucharskich znajdzniemy również takie przepisy, jak ten liczący blisko sto lat u Sandtnerové na meruňková povidla czyli powidło morelowe.

PS. Powidło morelowe przygotowywałam w ramach morelowego szalenstwa z Alcią, Atinką, Eweliną, Majanką i Moniką - dzięki dziewczyny :-)

Monday, June 16, 2014

crema di mascaropne, czyli krem mascarpone



"nie jestem masowa" jak to mówi moja Mami, znaczy się nie jestem fanką mas, ciast przekładanych masami, tortów, szczególnie biszkoptów z masą. Torty przygotowuje sporadycznie, raz, góra dwa razy do roku, biszkoptów nigdy. Na co dzień królują u mnie drożdżowe, kruche, ciasteczka.

"Gorsze" niż ciasto z masą może być dla mnie tylko biszkopt z galaretką, a najgorszy z masą i galaretką ;) Ale kremy lubię, kremy to nie masy. Kremy robię i zjadam z przyjemnoscią, i to tym większą, jeśli nie są nadzieniem żadnego ciasta, tak na przykład jest z crema di mascaropone.

Pisałam tutaj przed laty wielu, że crema di mascarpone to deser prosty, wręcz banalny w wykonaniu, łączy w sobie łagodny smak mascarpone i pastelowy kolor żółtek, a delikatna nuta rumowa czy winna nie jest konieczna, ale dodaje uroku. W tiramisu smak mascarpone zupełnie się gubi, crema di mascarpone to zupełnie inna bajka, krem mascarpone podkreśla smak samego mascarpone, a do tego jeszcze ulubione kruche ciasteczka zanużone w owym kremie, mmm...  


Przepis na krem mascarpone, czyli crema di mascarpone (na podstawie poprzedneigo przepisu):

250g mascarpone 
50g cukru (w tym łyżeczka cukru z wanilią)
2 żółtka 
kieliszek wina marsala, vin santo lub rumu (25 ml) 

Żółtka ucieram z cukrem na puszystą masę, po odrobinie dodaję alkohol, na końcu delikatnie mieszam z mascarpone, chłodzę długo (min. 2-3 godziny), a gdy krem jest bardzo zimny zajadamy z kruchymi koglowo-moglowymi ciasteczkami. W sezonie można dodać swieżych owoców :-)
 

PS. Krem przygotowywałam wraz z Alą, Anitką, Eweliną, Majanką i Moniką, dziewczyny w formie deseru z owocami, a ja tylko na kremowo" :) Dzieki dziewczyny za wspolną zabawę!
.

Monday, May 26, 2014

różany, ryż na mleku



po powrocie z Izraela wiekszość deserów miałam ochotę przyrządzać z dodatkiem kardamonu lub wody różanej, płatków róży, czy różanej konfitury. Najczęściej w wydaniu dwa w jednym: i z kardamonem, i z różą. Czegoż to nie spróbowałam zrobić: brownies różano-kardamonowe, czekoladę kardamonowo-różaną, kardamonowo-różane lody, labneh z różą i kardamonem, szarlotkę z różą i kardamonem, różano-kardamonowych makaroniki, planowałam w końcu chałkę rożano-kardamonową.

Ale po paru latach mi przeszło i połaczenie róża-kardamon przestało mnie fascynować, do tego stopnia, że gdy raz przygotowałam ryż na mleku z kardamonem i wodą różaną (na długo przed książką Jerusalem) orzekłam, że "to nic specjalnego" i już nigdy więcej takiego ryżu nie zrobiłam. Aż przeglądając sobie Jerusalem, piękne zdjęcie przypomniało mi o moim dawnym uwielbieniu. Tyle, że zamieniłam kardamon na mastyks, ewentualnie na mastyks i różę. 

Ryż na mleku, danie zazwyczaj śniadaniowe, kochane przez zwolenników mlecznych zup i, domyślam się, znienawidzone przez ich przeciwników. Akurat ja mleko zawsze lubiłam, a wakacyjny widok ukochanego Dziadka nad talerzem zupy mlecznej pozostał mi przed oczami na zawsze. Stąd do dziś zupy mleczne darze dużą estymą. Chociaż akurat ja najczęściej przygotowuje ryż na mleku jako deser lub jako deser na zakończenie sniadania, zawsze na słodko. Z sentymentu do wspomnień i z miłości do mlecznych słodkości :-)


Przepis na na mleku z różaną nuta (wersja różana ryżu cytrynowego):

1l mleka 
1 szklanka wody 
1/2 szklanki słodkiej śmietanki 
1 szklanka ryżu krótkoziarnistego 
100g cukru 
szczypta soli 
laska wanilii
7 małych kuleczek mastyksu* (opcjonalnie)
1 swieży listek laurowy (opcjonalnie)

do podania: konfitura rożana, płatki róży

Ryż przepłukuję zimną woda, odcedzam i zalewam szklanką wody i szklanką mleka, delikatnie solę, zagotowuje. Do zagotowanego ryżu dolewam pozostałe 3 szklanki mleka, dodaję mastyks, listek laurowy, wanilię, gotuję na średnim ogniu około 20 minut. Następnie dodaje smietankę, słodzę. Gotuję dalsze, mniej wiecej, 5 miunut. Wcinać na ciepło lub na bardzo zimno (chłodzę w małych pojemniczkach w lodówce) podane z łyżeczką konfitury różanej. Mleczne i różane.

 

* zdecydowanie polecam dodatek mastyksu do deserów mlecznych, w moim ulubionym bliskowschodnim malabi sprawdza się idealnie. Ryż na mleku z mastyksem, nawet bez róży czy różanej wody, to też moim zdaniem wspaniała sprawa.