Monday, July 08, 2013

dżem borówkowo-malinowy, królewski



hasło "jedziemy na Mereszkę" oznaczało w moim rodzinnym domu nie mniej ni węcej, tylko "jedziemy na borówki" (poza Małopolską zwane jagodami, bot. borówka czarna - Vaccinium myrtillus). Mereszka to góra w Beskidzie Niskim, między Bartnem a Wołowcem, my jeździlismy co roku od strony Banicy, żółtym dużym fiatem, wyposażeni w drewniane stołeczki do siedzenia i we wszystkie emaliowane wiadra, jakie tylko babcia miała w domu. Borówek było mnóstwo i były ogromne. Wracalismy więc z wiadrami przynajmniej do połowy wypełnionymi borówkami, babcia robiła z nich potem "borówki zasypywane cukrem", w wielkich trzylitorwych słojach*. Po dziś dzień pozostaje jednak tajemnicą, kto owe borówki z cukrem zjadał, bo nikt w rodzinie nie potrafi sobie przypomnieć, co sie z nimi działo; były na wszelki wypadek, na tzw. przypadłosci żołądkowe, których nikt w rodzinie nie miał.

Potem ponoć te borówczyska odkryli też inni zbieracze, borówek było mniej, przestalismy na Mereszkę jeździć (a może tak naprawdę nikomu się już nie chciało), ja się z tego musiałam cieszyć, bo dla dziecka "mam trzy latka, trzy i pół" zbieranie borówek było dość męczącą czynnością. A gdy jeszcze udało się mi potrącić wiadro wypełnione cennymi kuleczkmi, to w ogóle kończyło się to całe zbieranie straszną tragedią! Po dziś dzień mam jednak przed oczami przedzieranie się przez las, zarośla i krzaki, by znaleźć cenne borówczyska, borówczyska po szyję, obsypane granatowymi borówkami, tuż pod samym szczytem Mereszki.

Wczoraj, ćwierć wieku poźniej, w jak dawniej trzypokoleniowym składzie, choć o jedno pokolenie "młodsi", wyposażeni w aparaty fotograficzne i emaliowane kwaterki pojechalismy na Mereszkę. Jak dawniej, na borówczyska prowadził Tata, jak nigdy wcześniej wokoło latał Demo. Mijaliśmy piękne pokrzywione stare buki, a tuż pod Mereszki szczytem znaleźliśmy polany otoczone sosnami, a na nich pozostałości dawnej swietności. Borówczyska w znacznej mierze wygineły, borówek bylo mało, choć były ogromne. Wróciliśmy z dwoma pełnymi kwaterkami. Borówki z Mereszki zasypałam cukrem, jak kiedyś. 


15 borówek - to był bilans porannej wyprawy do rezerwatu "Zakręt" na szlaku kajakowym Krutynii. Chyba wtedy odkryłam, ze borówki w połączeniu z malinami smakują wyśmienicie! Spróbowałam nalewki malborówka, czyli malinowo-borówkowej, co roku robię koktajl barówkowo-malinowy, ale nie oświeciło mnie wczesniej by spróbować borówkowo-malinowego dżemu, nie oświeciło mnie aż do momentu gdy...
Na półce finskiego sklepu dostrzegłam dżem o nazwie kuningatarhillo - czyli dżem królewski. Dżem królewski (szwedz. drottningsylt) to dżem, na który przepis pojawił się po raz pierwszy w szwedzkiej książce Hemmets kokbok w roku 1903. i zapewne dość szybko przedyfundował do Finlandii. W oryginale, pół na pół maliny i borówki. Królewski to adekwatny przymiotnik na opisanie borówkowo-malinowego dżemu.


Przepis na dżęm borówkowo-malinowy, jagodowo-mailinowy (inpiracja finskimi dżemami):

1kg borówek (jagód)
1/2kg malin
3/4kg cukru

Borówki i maliny wymieszać w garnku o szerokim dnie, dodać cukier, ponownie wymieszać i pozostawić na około 15 minut by owoce pusćiły sok. Następnie zagotować do wrzenia i gotowac około 15 minut na średnim ogniu, mieszać od czasu do czasu (można ostudzić dżem, sprawdzić czy konsystencja jest odpowiednia i wtedy podgrzać ponownie). Przełożyć do słoiczkow. Królewski dżem, o smaku borówek złamanym kwaśną nutą malin.  






* te słoje notabene przetrwały po dziś dzień, robie w nich nalewki, gdy jestem w Beskidzie.

11 comments:

Kamila said...

Basiu, u mnie w domu po dziś dzień są w spiżarce jagody na dolegliwości, przygotowane w podobny sposób! Taki dżemik też by się przydał :) Pozdrawiam

Around the kitchen table said...

Basiu te palce lekko ubrudzone sokiem z jagód to jest widok bardzo kojący. Chodzenie po lesie, trzask gałązek pod stopami, wielkie mrówki i ten zapach. Małe krzaczki oblepione małymi kuleczkami... Znowu przeniosłaś mnie w czasie :)

margot said...

Basia w eter mi uciekł jeden komentarz pod tym postem, nie wiem jakim cudem:)
a chwaliłam się ,ze znam przepis na jagodziankę co leczy każdą chorobę jelitową
A ja lubię poniedziałki najbardziej dla wpisów tu u ciebie Basiu, opowieść o zbieraniu borówek i dżemie królewskim pachnie tak ,ze warto czekać cały tydzień albo i dwa tygodnie

Majana said...

Basiu, piękne zdjęcia! Te palce fioletowe od jagód wprowadzają wspaniały klimat. Aż mi się zachciało pójść do lasu nazbierać jagód.
U mnie jagód w lesie niewiele, może i dobrze, bo zbierać nie lubię. ;)
Ale jeść to już tak. A taki dżem tym bardziej .
Ściskam:*

D. said...

O tak, te fioletowe palce aż wołają do lasu na jagody! A połączenie jagód z malinami - to musi być wspaniały duet. Pozdrawiam;]

Gospodarna narzeczona said...

U nas też te słoiki jagód na brzuch jakoś znikały. Może dorośli je zjadali? A nazwy Mereszka nie znałam, ale w połączeniu z Moroszką (ze szwedzkich, ale bardzo finskich kryminałów Lackberg) ładnie się komponuje.

Gospodarna narzeczona said...

A nie pomyliłam kryminały (zawsze mi się wszystko kiełbasi), chodziło mi o Larsson, tam ciągle jedzą Moroszki. Ja to się tylko do zbierania jagód nadaję, bo ja lubię: nigdy nie podjadałam, choć żal przewróconego wiadra też mnie dotknął nie raz.

buruuberii said...

Kamila, a u nas wlasnei te borowki sie przestalo w pewnym monecie robic, no moze babcia zasypywala potajemnie sloiczek? Nie wiem... :-)

Around the kitchen table, Polu lubie przenosic i Ciebie i troche siebie w magiczne miejsca :) Choc wiesz, ze dla mnei kazda wyprawa do lasu to jest swieto? :*

margot, a wiesz Alu, ze mailem ten komentarz do mnie doszedl? Nie zma takiej jagodzniaki, to dla mnei istne novum i ciekawostka! Tak Alu lubie Twoje pochwaly, ze brak slow! :))))

Majana, dziekuje!! Sfotografowac te fioletowe rece udalo mi sie w ostatniej chwili, wczesniej skupilama sie na garnuszku :)) I starsznei sie ciesze, bo to rezcywiscie esencja borowek zbierania. :-)

D. mnie ten duet oczarowal i jak patrze na umorusane palce to tez sie zaczelam zachwycac :)))

Gospodarna narzeczona, Kasia czyli i u Ciebie w rodzinie nie rozwiazana to zagadka? U mnie rodzice nie maja pojecia co sie dzialo z tymi borowkami, ktos wymyslil, ze moze zjadala babcia i sie nie przyznawala? :))
Pocieszylas mnei z zalem rozsypanych borowek :))
PS. Rany, Ty mi uswiadomilas, ze ta nazwa "Mereszka" jest tak dzwieczna jak "moroszka", wlasnie.

margot said...

Basia* a to już wiem co się stało, on poszedł do spamu w komentarzach :D głupi ten blogger :D
Mi tez raz na ruski rok takie numery robi:D
a ta jagodzianka to jagody i wódka dobra i nic więcej , leczy jelita i żołądek , wszystko:), to sobie razem stoi i stoi i jak trzeba to się używa
Basia ja to zawsze mam nie te słowa , no braknie mi ich ,żeby wyrazić zachwyt na twoja tu praca blogowa , to jest skarb , złota Basia i diamentowy blog

Moni said...

jagody... jak ja dawno na nich nie byłam, samemu zrywane prosto z krzaczków ... jako dziecko często jeździliśmy je zrywać, ciężko było jednak uzbierać pierwszy kubek bo wszystko do brzucha lądowało, a wtedy nie tylko ręce ale i buzie jagodowe były. oj taki dżem jak u Ciebie mieć w spiżarni ... marzenie :)

Evitaa said...

U nas też borówki :).

Prawdziwie godna nazwa dżemu!