Tuesday, June 19, 2012

malabi




ulicami Ramallah przemykaja dystyngowani panowie w srednim wieku, w bordowych fezch na glowie, w kremowych sukmanach za kolano. Sukmany i fezy przyozdobione maja zloto-srebrna nicia. Na plecach niosa olbrzymie mosiezne sagany, z ktorych rozlewaja slodki i gestawy napoj, slodki i mleczny, polewaja syropem rozanym koloru malinowego badz posypuja orzechami. Ramallah praktycznie graniczy z Al-Quds, jednak panow sprzedajacych mleczny deser namierzylismy na jerozolimskim starym miescie tylko raz. Stoiska z deserem-napojem natomisat mozna bylo znalezc bez problemu w zarowno palestynskiej, jak i zydowskiej czesci Jerozolimy, nie mialy niestety takiego uroku, jak panowie w fezach i sukmanach.

Malabi (hebrajska nazwa arabskiego mhallabiyeh) to lekki i niekoniecznie gesty mleczny deser, koloru mleka z dodatkiem wody rozanej, mastyksu* i pistacji (czasem tez innych orzechow, ale to juz osobna historia). Deser znany od Syrii po Egipt, w Izraelu i Palestynie bardzo popularny, zazwyczaj sprzedawany na ulicach, w malych kubeczkach, jako slodka przekaska. Ponoc mhallabiyeh ma perskie korzenie, deser wieki temu przeniknal do krajow arabskich, gdzie dawniej przygotowywany byl z migdalowego mleka (notabene migdalowe mleko bylo znane w sredniowieczu i w Europie Srodkowej). Mhallabiyeh jest tez bliskim krewnym tureckiego deseru salep (arab. sahleb) przygotowywanego z maka z bulw storczykow, doprawianego dokladnie tymi samymi przyprawami co malabi, mam wrazenie, ze nazw sahleb i mhallabiyeh uzywa sie czasem wymiennie.

Malabi
aka mhallabiyeh
to bez watpienia moj ulubiony bliskowschodni deser. Spokojnie moze konkurowac nawet z chalwa i baklawa, nie myslalam ze to kiedys przyznam, ale tak, malabi jest w stanie pobic wiekszosc slodkich jak ulepek arabskich czy zydowskich deserow. O mhallabiyeh przypomniala mi kiedys Lula; dopoki mieszkalismy w Izraelu, zajadalismy go czasem na miescie, nie pomyslalm wtedy by przygotowac go w domu. Deser ow jest delikatny, umiarkowanie slodki, rozany, lagodnie drzewny jesli dodac mastyksu. Dodatkow nie nalezy zalowac, smaku i aromatu dodaja malabi wlasnie te nieliczne, a jednak jakze wyraziste przyprawy.
Mocno schlodzony malabi doskonaly na upaly, cieply - wspanialy na chlodne dni, w koncu z latem w Srodkowej Europie nigdy nic nie wiadomo :-) 


Przepis na malabi aka mhallabiyeh (ze wspomnien i wskazowek z Classic Palestinian Cuisine Christiane Nasser):
1/2l mleka
50g cukru
25g skrobi kukurydzianej
1 lyzka wody rozanej
 
5 malych kuleczek (~1/4g) mastyksu*

do przybrania: pistacje i syrop koloru malinowego


Mastyks utrzec w mozdzierzu z lyzeczka cukru, nastepnei wymieszac z pozostalym cukrem i skrobia. 50ml mleka wymieszac z cukrowo-macznym proszkiem. Pozostale 450ml mleka zagotowac, do gotujacego sie mleka wlac skrobie z mlekiem i cukrem, gotowac powoli mieszajac na bardzo malym ogniu 2-3 minuty. Na samym koncu dolac wode rozana. Deser przelozyc do szkalnych pucharkow, przybrac pistacjami lub/i sokiem koloru malinowego. Bliskowschodnie naj.




* mastyks (gr. μαστίχα - masticha) - zoltawe kuleczki na zdjeciach - to zywica uzyskiwana m.in na greckiej wyspie Chios z drzewa Pistacia lentiscus, na Bliskim Wschodzie uzywana jako przyprawa. Mastyks to sekret drzewnego posmaku deseru malabi/mhallabiyeh. Mozna by go probowac "przylblizyc" jakas rodzima zywica czy np. syropem sosnowym, ewentualnie kardamonem, nie wiem jednak na ile bedzie to udolne. Zorientowalam sie wlasnie, ze w PL chyba trudno mastyks nabyc, najlepiej wiec przywiezc go z zaranicznych wakacyjnych podrozy, moge tez chetnym pomoc go zdobyc, prosze dac znac e-mailem badz ponizej :-)

11 comments:

Amber said...

Basiu,
cudowny post!
Przeczytałam jednym tchem.
Deser taki,że chciałabym od razu po niego sięgnąć.
Niestety,nie jadłam nigdy malabi,choć wschodnie podróże namiętnie odbywałam.
Ale jest Twój przepis.
Tylko o magiczne kulki żywicy nieśmiało proszę...
Serdecznie Cię...

pasjonatka said...

znam go pod nazwa schaleb ;)

Antenka said...

kocham wszelkie mleczne napoje, ten też bym na pewno pokochała

Majana said...

Basiu, wyszukujesz tak ciekawe przepisy, o takich kuleczkach pierwszy raz słyszę. Wiem, że jak do Ciebie przyjdę to dowiem się mnóstwo ciekawych rzeczy i tym razem również tak jest.
Dziękuję, buźka Kochana :*

atina said...

Basiu no zakochałam się w tym deserze! tak pięknie go opisałaś i takie śliczne foty zrobiłaś, że od razu ma się ochotę sięgnąć po porcyjkę:) buziaki :*

buruuberii said...

Amber, polecam ten deser w ciemno, mimo prostoty skladnikow to ma w sobie to cos ktore nei pozwala sie od niego oderwac :)) Z przyjemnoscia podesle Ci mastyks, odezwe sie via e-mial!

pasjonatka, tak jak wspomnialam, ten deser ma kilka twarzy i kilkanascie nazw, nawet nazyw arabskie roznia sie w wymowie w zaleznosci od kraju, ale smauje tak samo dobrze wszedzie :)

Antenka, to tylko wystarczysprobowac :D

Majana, bo ja Madzia tymi przepisami zyje, one jakos sa w wspomnieniach, wtedy zawsze mi cos bardziej smakuje, bo przypomina piekne chwile... :*

atina, siegaj i to szybko, mowie Ci w taka pogode jak dzisiaj (a wiem ze mamy tak samo goroco) to balasam dla ciala i duszy :) Buziaki!

ewelajna said...

Basieńko, takie tytuły intrygujące tylko u Ciebie:) Skąd ja wezmę mastyks...? Może siostra w Egipcie znajdzie, może wtedy przywiezie jeśli.. wróci...
Baś, lubię te TWoje wspomnienia, ale to wiesz i panów w sukmanach tez chciaaąbym spotkać:)

Kamila said...

Tajemnicza Twoja opowieść i bardzo smaczna. To i ja uśmiecham się Basiu do Ciebie, może i dla mnie starczy? Ściskam!

Mahalo Nation said...

Co za ciekawy przepis! Doskonały na deser-niespodziankę ;) Przed oficjalnym podaniem spróbuję go przyrządzić z syropem sosnowym. Miejmy nadzieję, że też będzie smaczny.

monika said...

A Ty mi Basia znów w kalendarzu mieszasz :D

Czyli to jest to słynne malabi :) Słyszałam nazwę nie raz, wynalazłam nawet przepis, ale tłumaczenie nazwy jako "budyń mleczny" skutecznie mnie odstraszyło, nawet nie zerknęłam na składniki ;) Ale skoro to to samo co sahleb który lubię bardzo to już nie mam wątpliwości że to był błąd :)))

Basiu, a czy te kulki na zdjęciu to jest ów mastyks?

Uścisków moc, piękne zdjęcia z czerwonym i zielonym :):*

PS. Pyszne jedzenie na ulicy - tego mi strasznie u nas brakuje..
:)))

Monika. L said...

Uwielbiam Cię za to takie smaczki! Takie, o których bladego pojęcia nie mam, a u Ciebie tak pięknie i spokojnie płyną słowo za słowem :)

buziaki
M.