Monday, May 26, 2014

różany, ryż na mleku



po powrocie z Izraela wiekszość deserów miałam ochotę przyrządzać z dodatkiem kardamonu lub wody różanej, płatków róży, czy różanej konfitury. Najczęściej w wydaniu dwa w jednym: i z kardamonem, i z różą. Czegoż to nie spróbowałam zrobić: brownies różano-kardamonowe, czekoladę kardamonowo-różaną, kardamonowo-różane lody, labneh z różą i kardamonem, szarlotkę z różą i kardamonem, różano-kardamonowych makaroniki, planowałam w końcu chałkę rożano-kardamonową.

Ale po paru latach mi przeszło i połaczenie róża-kardamon przestało mnie fascynować, do tego stopnia, że gdy raz przygotowałam ryż na mleku z kardamonem i wodą różaną (na długo przed książką Jerusalem) orzekłam, że "to nic specjalnego" i już nigdy więcej takiego ryżu nie zrobiłam. Aż przeglądając sobie Jerusalem, piękne zdjęcie przypomniało mi o moim dawnym uwielbieniu. Tyle, że zamieniłam kardamon na mastyks, ewentualnie na mastyks i różę. 

Ryż na mleku, danie zazwyczaj śniadaniowe, kochane przez zwolenników mlecznych zup i, domyślam się, znienawidzone przez ich przeciwników. Akurat ja mleko zawsze lubiłam, a wakacyjny widok ukochanego Dziadka nad talerzem zupy mlecznej pozostał mi przed oczami na zawsze. Stąd do dziś zupy mleczne darze dużą estymą. Chociaż akurat ja najczęściej przygotowuje ryż na mleku jako deser lub jako deser na zakończenie sniadania, zawsze na słodko. Z sentymentu do wspomnień i z miłości do mlecznych słodkości :-)


Przepis na na mleku z różaną nuta (wersja różana ryżu cytrynowego):

1l mleka 
1 szklanka wody 
1/2 szklanki słodkiej śmietanki 
1 szklanka ryżu krótkoziarnistego 
100g cukru 
szczypta soli 
laska wanilii
7 małych kuleczek mastyksu* (opcjonalnie)
1 swieży listek laurowy (opcjonalnie)

do podania: konfitura rożana, płatki róży

Ryż przepłukuję zimną woda, odcedzam i zalewam szklanką wody i szklanką mleka, delikatnie solę, zagotowuje. Do zagotowanego ryżu dolewam pozostałe 3 szklanki mleka, dodaję mastyks, listek laurowy, wanilię, gotuję na średnim ogniu około 20 minut. Następnie dodaje smietankę, słodzę. Gotuję dalsze, mniej wiecej, 5 miunut. Wcinać na ciepło lub na bardzo zimno (chłodzę w małych pojemniczkach w lodówce) podane z łyżeczką konfitury różanej. Mleczne i różane.

 

* zdecydowanie polecam dodatek mastyksu do deserów mlecznych, w moim ulubionym bliskowschodnim malabi sprawdza się idealnie. Ryż na mleku z mastyksem, nawet bez róży czy różanej wody, to też moim zdaniem wspaniała sprawa.

Thursday, May 15, 2014

mejadra, czyli soczewica z ryżem



ulica Yoel Solomon to moim zdaniem najurokliwsza ulica Nowej Jerozolimy (nie najczystsza czy najpiękniejsza, ale urokliwa). Nowej, czyli tej poza murami Starej. Nowej, czyli tej w pełni izraelskiej. Ulica, choć właściwie lepiej nazwać ją uliczką, bo jest szeroka na 5-6 metrów i długa na nie więcej niż 150 metrów. Taka mała ulica, a można na niej znaleźć ze 4 sklepiki z ceramiką, kolejne 5 z pamiątkami, kilka z biżuterią, antykwariat książkowy, sklepik z napojami i gazetami, kilka resteuracjo-barów i jedną kawiarnię, moim zdaniem najurokliwszą kawiarnię w Jerozolimie.

Tmol Shilshom to kawiarnia, kawiarenka raczej, o ciepłym wnetrzu, kolorowym i przyjemnym. W pięknym starym budynku z białego kamienia, z biało-kremowymi elementami starych ścian i bardzo jerozolimskimi okuciami z zielono-niebiesko pomalowanego metalu. A dwa stoliki na balkonie są dopełnieniem ideału (zresztą chyba zawsze są zajęte). Można przyjść poczytać książkę, poroznawiać. Można wpaść na lemoniadę, można na wspaniałą shakshukę i niezły creme brulee... Chyba tutaj pierwszy raz w Izaelu jedliśmy mejadrę, albo przynajmniej zapamiętaliśmy że tam.

Mejadra (aka mujaddara, m'jaddara) to potrawa składająca się z soczewicy i ryżu, niemal zawsze posypana smażoną cebulą, doprawiona głównie kminem. Podawana z jogurtem z miętą jako samodzielne danie lub jako dodatek do kebabów. Jest to podobno potrawa o antycznym rodowodzie, o korzeniach w Persji lub Indiach, dziś popularna w całym świecie arabskim (i widzać żydowskim też;), popularna potrawa wycieczkowa i piknkowa (co wspomina Sami Tamimi w książce Jerusalem). Spokojnie może stanowić samodzielne wegańskie danie, a z jogurtem wegetarianskie. A z jogurtem z miętą to jest dopiero to!


Przepis na mejadrę zwaną tez mujaddara (ze wspomnień i wskazówek z Classic Palestinian Cuisine Christiane Nasser):

1 szklanka brązowej soczewicy
1 szklanka ryżu basmati
3 cebule
oliwa
1/2 - 1 łyżeczka kminu
kawałek kory cynamonowej
3 ziarenka kardamonu
woda
sól, pieprz

do podania: jogurt z miętą 

Soczewicę zalać dwoma szklankami wody i moczyć przez 15 minut, następnie wodę odlać, nalać świeżej i gotować soczewicę 15-20 minut, prawie do miękkości. W międzyczasie obrać cebulę i podsmażyć na oliwie. Zrumienić. Z soczewicy odlać wodę i dodać do niej usmażoną cebulę. Na patelnię wlać 1-2 łyżki oliwy, wrzucić ryż i przyprawy (kmin wcześniej utłuc w moździerzu), podsmażyć przez około 1-2 minuty na średnim ogniu. Następnie wlać 2 szklanki wody i ryż gotować prawie do miękkości. Popieprzyć, posolić. Gdy ryż jest prawie gotowy - wymieszać z soczewicą z cebulą, podsmażyc razem przez 1-2 minuty. I gotowe. Podawać z jogurtem z miętą i z cytrynowa lemoniadą.

PS. Wpis dedykuje Adze, która mi ostatnio o soczewicy z ryżem przypomniała :-)

Monday, May 05, 2014

z syropem sosnowym, placuszki twarogowe



kilka lat temu na drewnianej werandzie u pana Szczepkowskiego zwróciłam uwagę na maleńką ceramiczną czarkę, a na niej fioletowy zasuszony kwiatuszek. Ale to nic dziwnego, przecież do Jurka Szczepkowskiego jeździ się po ceramikę! Po cudowną japońską ceramikę (taką, taką lub taką), ten kwiatuszek to był tylko taki drobny szczegół. Rok później zachwyciłam się wielką butlą z nalewką wiśniową, stała w izbie, w której byłam przed laty blisko dwudziestu, gdy mieszkał tu jeszcze znany beskidzki pisarz. Ale to jeszcze nic dziwnego, przecież wielu robi nalewki. 

Przed niespełna rokiem, robiąc zdjecia tej cudownej ceramiki podczas rutynowego wyjazdu "na ceramikę", wypatrzyłam w oknie słoiki i słoje z zasypanymi cukrem pędami sosny i zasypanymi cukrem borówkami, wyglądały jak kiedyś u mojej babci. Widać, że istnieją na świecie miejsca, w których dobre rzeczy nigdy nie ustąpią mejsca "lepszym".

A to wszystko w Beskidzie Niskim, w Czarnem, w jednej jedynej w Czarnem zagrodzie, zresztą od nazwy miejscowości tej nazwę wzięło znane wydawnictwo. Ale Stasiuka czytam w domu, w serce Beskidu jeżdże po ciszę, po widoki i po... ceramikę.

Syrop sosnowy czy dokładniej syrop z pędów sosny, to jak sama nazwa głosi syrop o smaku sosnowym przygotowywany poprzez zasypanie pędów sosnowych cukrem. Pędy sosnowe zbierało się w Beskidzie zazwyczaj początkiem maja (choć w Pradze można już od połowy kwietnia), potem macerowało w cukrze, zlewało syrop i przechowywało "na wszelki wypadek". Mnie to "na później" nie zadowala i dodaję syrop sosnowy do sałatek owocowych, lodów i placuszków-racuszków, po co czekać "na poźniej"?


Przepis na placuszki twarogowe z syropem sosnowym (czyli moja wersja "pancakes"):

200g płatków owsianych (2 szklanki)
250ml mleka
250g mielonego twarogu*
2 łyżki miodu
2 jajka
szczypta soli
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
duża szczypta sody oczyszczonej
100g mąki

do podania: syrop sosnowy, jogurt naturalny, dżem lub swieże owoce

Płatki owsiane zalać mlekiem i odstawić na 15 minut by napęczniały. Potem dodać twarożek, miód, sól. Mąkę wymieszać z proszkiem, sodą i porcjami dodawać do twarogowej masy. Wymieszać, odstawić na 5 minut. Następnie placuszki smażyć porcjami na suchej patelni (bez tłuszczu). Podawać polane syropem sosnowym, z jogurtem naturalnym i ulubionym dżemem lub swieżymi owocami. Na śniadanie jak znalazł!

 

* z powodzeniem może to być miękki twarożek lub serek homogenizowany

Monday, April 28, 2014

granola z patelni



ostatni raz widzieliśmy Viki 5 lat temu, na początku maja. Byliśmy u Niej w mieszkaniu w jerozolimskiej dzielnicy Beit HaKerem, jakies 700m w lini prostej od kampusu Givat Ram, ale co z tego, jak mówiła Viki, że mieszkam tak blisko uniwersytetu, gdy te 700 metrów pokonuje się "wertykalnie" i jeździła do pracy swoim zdezelowanym samochodem, który zawsze naprawiali Jej znajomi Palestyńczycy.

Było to nasze ostatnie spotkanie. Spotkanie, które było, chciałoby się powiedzieć, takie zwykłe. Siostra Viki, Nina, organizowała kolację dla kilku przyjaciół, na którą podawała włoski makaron, sery (ze wspaniałym manchego) i ulubione lody Viki z gelateriana italina, których nie powinna była nigdy jeść - pamiętam dobrze, że Nina wspominała o tym nawet wtedy, gdy sama dała Jej maleńką łyżeczkę, bo przecież "nie powinna". Przypomniała mi się niedawno ta sytuacja przy okazji lektury artykułu o ostatnich marzeniach chorych na nowotwór; uświadomiłam sobie, że Viktoria wtedy te zakazy skwitowała słowami "przecież nic mi już nie zaszkodzi, na pewno nie gałka lodów"!

Granolę głównie właśnie dzięki Viki. Nie jadała śniadań, ale w okolicach południa zawsze zamawiała granolę, jak i wtedy, gdy była z nami pierwszy raz na shuku i w Lehem Erez. Nigdy nie wiemy z czym się nam ktoś będzie kojarzył, nie wiem, czy mamy na to wpływ, myślę o Viki zawsze, gdy otwieram słoik z granolą, myśle o jej uporze, bezpośredniości i tym, że po ostatnie chwile życia mówiła, że mimo tego, ze życie bywa okrutne to warto żyć.



Granola to potrawa zazwyczaj śniadaniowa, składająca się z płatków owsianych pieczoych w miodzie lub syropie, niemal zawsze z dodatkiem orzechów i suszonych owoców. Podawana z zimnym mlekiem lub jogurtem. Sposób na granolę "z patelni" jest szybki i łatwy do przygotowania w niewielkich porcajach, w smaku na jaki akurat w danym tygodniu mam ochotę, bez potrzeby rozgrzewania piekarnika. To nasza wresja ulubiona, często zwana przez nasz pieszczotliwie granule*.


Przepis na granolę z patelni (czyli moja wersja granoli):

125g miodu lub syropu**
25ml łagodnej oliwy
szczypta soli
200g płatków owsianych
50-100 g orzechów
50-100 g bananów suszonych
suszone owoce (np. daktyle, borówki, truskawki)


Na patelnię wlać miód i syrop (u mnie najczęściej syrop cukrowy i miód 1:1) oraz oliwę, zagotować i gotowaę na małym ogniu 1 minutę. Następnie do syropu wrzucić płatki, grubo mielone orzechy, suszone banany, wymieszać. Smażyć całość na małym ogniu przez około 5-7 minut. Dodać pozostałe ulubione suszone owoce, pozostawić na patelni do całkowitego wystygnięcia. Potem zamknać w szczelnym słoiku i czekać, aż trzeba będzie przygotować kolejna porcje.

 

* granule to po czesku karma dla zwierzat ;-)
** może to być sam miód, może też to być syrop cukrowy (np. golden syrup czy schenkstroop), syrop klonowy czy syrop daktylowy, co kto lubi.

Monday, April 14, 2014

mazurek kruszonkowy



święta Wielkanocne 2008 spędziliśmy w Jerozolimie. Nie wiem dlaczego, ale nie piekłam wtedy mazurków tylko hamantaschen, które jedliśmy w drugi dzień świąt i babki drożdżowe (z rodzynkami w rumie), które jedliśmy ze swieżymi truskawkami, z upraw miejscowych, na koniec wielkanocnego śniadania.

A na spacer po tym śniadaniu postanowiliśmy pójść na Górę Oliwną. Był 23. marca i słoneczny dzień, bardzo słoneczny dzień. Przed nami było do przejścia jakieś 3 kilometry, jak to w Jerozolimie, większość z tego pod górę, no ale w końcu na Górę mieliśmy iść. Połowa wycieczki "wymiękła" po jednej trzeciej drogi, w parku Tabachnika. Za połową drogi, przy punkcie widokowym na Pustynię Judzką, postanowili wrócić do domów kolejni. Chyba nie spodziewali się temperatury 30-stu stopni Celsjusza w drugiej połowie marca.

Jednak my z Ewa podjęliśmy wyzwanie i na Górę Oliwną z Mount Scopus doszliśmy na nogach. Szliśmy dość niedzielnie wystrojeni, niektórzy z nas w korale. I doszliśmy mimo tego, że po drodze zagadywała nas zaciekawiona palestyńska młodzież pytaniami "po co w taki upał idziecie?" jakby imputując, że nie ma po co. Zapytałam dla pewności wczoraj Łukasza - co tam wtedy robiliśmy, a Łukasz, jak zwykle ze stoickim spokojem odrzekł "parzyliśmy na Święte Miasto".

Z najmłodszych lat dzieciństwa pamiętam, że babcia Hela piekła na Święta przyjamniej ze dwa mazurki. Zasięgnęłam języka u Mamy i okazuje się, że najczęściej babcia robiła najprostsze kruche mazurki przekładane konfiturą i chyba z kruszonką albo kratką z kruchego ciasta (w sumie nie tak dalekie od tych wspomnianych hamantaschen, czyli kruchych ciasteczek z konfiturą). Postanowiłam w tym roku nie myśleć wiele i upiec taki "podstawowy" mazurek, choć wiem, że za parę dni jeszcze upiekę mój ulubiony mazurek z koglem-moglem. Słodkich Świąt!


Przepis na mazurek kruszonkowy (próba odtworzenia tego, co dawne):

300g mąki
150g masła
75g cukru
2 żółtka
200g dobrej konfitury lub powidła

kruszonka: 50g masła, 50g cukru, 75g mąki

Masło utrzeć z cukrem, dodać żółtka i znów utrzeć. Do maślanej masy stopniowo dodawać mąkę i ucierać na gładką masę. Ciasto rozłożyć cienką warstą na dużej blasze, wyrównać (można i rozwałkować), na wierzchu rozsmarować konfiturę (u mnie wiśniowe powidło), posypać grudkami kruszonki zagniconej z wymienionych wyżej składników. Piec 25 miunut w temp. 175st. aż delikatnie się zrumieni. Kruszonkowy.


PS. Mazurki piekłam w doborowym towarzystwie mazurkowych bab, czyli Anitki, Alinki, Majanki i Moniki, dzieki dziewczyny za wspólne szaleństwa!

Tuesday, April 01, 2014

kruche ciasteczka, koglowo-moglowe



wszystkie dzieci wnet przybiegły,
Białe, czarne albo śniade,
I wołały: - "Daj nam ciastko,
Daj nam małpko, czekoladę!"
strona 22, Kornel Makuszyński “Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki"."

Nie piekłam jako dziecko. Ani nie gotowałam lalkom. Nie lubiłam lalek. Moim ulubionym bohaterem była Małpka Fiki-Miki, o której do kołyski czytała mi Mama. Z późniejszego dzieciństwa pamiętam, jak Mama mówiła często "tak perfekcyjnie Basiu jak Ty, to nikt tego nie zrobi", a że jestem dokładna i uparta (i żądna pochwał), to robiłam wszystko najprecyzyjniej jak umiałam. I tak na przykład pierniczki zaczynałam lukrować na wysokości nauki rachunków. Pieczenie to była jednak wyższa sztuka. Pierwsze ciasto upiekłam samodzielnie bodajże w ósmej klasie podstawówki i było to ciasto z magazynu, co tu dużo mówić, Popcorn, i nie ma co dziś owijać w bawełnę - była to jedna wielka klapa (choć przynajmniej słodka). 

Po paru latach przerwy (znaczy się ciągłego pomagania Mamie) sprobowałyśmy same wraz z Siostrą upiec babkę ucieraną, wyjęłyśmy z piekarnika piękny zakalec, jak z Krygu do Gorlic ;) Później, na drugim roku studiów, piekłam Łukaszowi na urodziny murzynek, ale ze słynnego przyjęcia w Nawojce wszyscy zapamiętali fakt, że robiliśmy sobie korale, krawaty, zapaski z... z papieru toaletowego, tamtego zwykłego czekoladowego ciasta chyba nie zapamiętał nikt.

W kierunku prawdziwej sztuki cukierniczej zaczęłam podążać w chwili gdy zaczęłam piec kruche maślane, koglowo-moglowe ciasteczka. Minęło kilka lat od sławetnej akademikowej imprezy, a w moim kajeciku z szarego papieru zagościły jedne z pierwszych samodzielnie wymyślonych ciasteczek, najprostsze, najsłodsze. Mam ogromny sentyment do tych ciasteczek, do ciasteczek o smaku mojego ukochanego deseru, o smaku kogla-mogla (o czym tutaj donosiłam szeptem), o smaku pierwszych poważniejszych piekarniczych prób. Moje ulubione, w miejsce tortu na 8. urodziny* makagigi. 


Przepis na kruche ciasteczka, koglowo-moglowe (na podstawie poprzedneigo przepisu):

100g masła  
150g cukru (w tym łyżka cukru z wanilią)
2 żółtka
200g mąki  
skórka otarta z 1/2 cytryny
szczypta soli

Masło utrzeć z połową cukru, żółtka utrzeć z pozostałą połową cukru na kogel-mogel, dodać cukier z wanilią (można też utrzeć masło z cukrem, a dopiero potem dodać żółtka i wanilię). Kogel-mogel połaczyć z masą maślaną, dodać skórkę otartą z cytryny, sól, a następnie do masy dodawać stopniowo mąkę, zarobić gładkie ciasto. Uformować z ciasta sześcienny blok, zawinąć w folię i schłodzić 30 minut w lodówce. Następnie ciasto pokroić na plasterki grubości 1/2cm, ciasteczka układać na blasze, piec w temp. 175st aż będą lekko złote (max.10 minut). Najlepsze z kremem mascarpone. Moje.
 

PS. Mogłabym napisać, że nie spodziewałam się, gdy pierwszy raz napisałam tutaj o Małpce Fiki-Miki, że blog ten będę pisała osiem lat, po paru latach pisania już było dla mnie jasne, że nie będzie mi łatwo przerwać, wiem powtarzam się: nadal jestem dokładna, uparta i żądna pochwał :-)

Tuesday, March 25, 2014

drożdżowe, z marakują



zazwyczaj dobrze pamietam sny, aż za dobrze. Sny śnią mi się często, może nawet aż za często. Śnią mi się rzeczy dobre i złe. Śnią się i w większości je szybko zapominam. Oczywiście mam serie snów, w których np. śnią mi się nieistniejące ulice Krakowa, a ciągle pojawiają się w snach i zlokalizowane są w tych samych miejscach (jak choćby idąc Karmelicką  w stronę Rynku często trafiam na tajemnicze zaułki po prawej), snią mi się małe okienka, przez które boję się przejść, śni mi się, że chodzę do ogólniaka i jutro mam sprawdzian z matmy i oczywiście tabula rasa, czyli nie mam pojęcia co było zadane na ową klasówkę*.

Z kolei jak przystalo na blogera jedzeniowego: jedzenie nie śni mi się nigdy! Więc jak już raz jedyny przed dwoma laty przyśniło mi sie ciasto koloru pomarańczowego (stałam  na ganku domu babci, trzymalam ciasto w rękach i opisywałam je Ivce jako "ciasto z marakują"), to musiałam je na długo zapamietać!

Wyśnione ciasto, a właściwie drożdżowa bułka, miała kolor miąższu marakuji i czarne ziarenka marakuji zatopione w cieście, które wyglądły trochę jak małe rodzynki w babce. W smaku ciasto było lekko kwaskowate, umiarkowanie słodkie, ale miało z pół centymetra lukru. I takie też upiekłam. Nienajgorsze te ciasta ze snów są ;-)


Przepis na drożdżowe ciasto z marakują (passiflorą) (ze snu):

500g mąki
100ml mleka
25g swieżych drożdży
200g miąższu z maracuji (z 5 dużych owoców)
100g cukru
50g miekkiego masła 
2 żółtka
szczypta soli

lukier: 3 łyżki mleka, 1 łyżka masła, 150g cukru pudru

Owoce marakuji przekroić na połówki i wydrążyć z nich miąższ (razem z ziarenkami!). Z 50g mąki, mleka, drożdży i łyżki cukru zrobić zaczyn, pozostawić do wyrośnięcia, na 10-15 minut. Następnie nasypać do miski mąkę, dodać dróżdżowy zaczyn, miąższ z marakuji, cukier utarty z żółtkami, masło, sól. Wymieszać i wyrabiać 10 minut. Pozostawić do wyrosnięcia. Keksową blaszkę 10x25cm wyłożyć papierem do pieczenia (lub natłuścić masłem). Z ciasta uformować bułkę i pozostawić w formie na 20 minut do wyrośnięcia. Piec 25 min. w temp. 175st.C. Gdy ciasto przestygnie, przygotować lukier (mleko zagotować z masłem, a następnie wetrzeć weń cukier). Przestudzoną bułkę polać dokładnie ze wszech stron lukrem. Kwaskowate, owocowe i drożdżowe.


* tym, którzy lubią sny analizować, dodam dla ułatwienia, że w ogólniaku uczęszczałam na tzw. mat.-fiz. i akurat matematyka należała do moich ulubionych przedmiotów, zaraz po technice i plastyce :-)

Wednesday, March 12, 2014

scones, lekkie i miękkie

 

podjęłam próbę wypieku scones, jedną, potem drugą. Wyszły w smaku idealne, ale w wyglądzie albo oklapnięte, albo krzywe, albo nie rosły dostatecznie, albo nie pękały w połowie. Przeczytałam chyba setki porad co zrobić, by scones były takie, jak mają być. Aż kupiłam angielska self-rising flour i udały się idealnie.

Sekretów idealnych scones jest kilka: szybko zarobić masło z mąką i następnie szybko z mlekiem (czy maślanką) wymieszanym z cukrem. Ciasta nie miętosić, nie wyrabiać, luźno zebrać w jedna całość. Następnie ciasteczka wykrajać szybko, nie obkręcając foremki. Ciasto powinno byc wyższe, na około 4cm. Scones na blasze układać dość blisko siebie, piec krótko. To porady idealne. Ale przede wszystkim należy do ciasta dodać dość dużo środka spulchniającego!

Scones to oryginalnie szkockie, ale popularne w całej Anglii i Stanach Zjedoczonych, bułeczko-ciasteczka pieczone na sodzie (lub mieszance sody i proszku do pieczenia). Najczęściej okrągłe, jakby pęknięte w połowie. Podawane z masłem lub bardzo gęstą śmietaną zwaną clotted cream i dżemem, ponoć klasyk to truskawkowy, choć u mnie wygrywa do scones dżem pomarańczowy
Nie lubię opinii, że scones sa suche i tłuste. Scones mają być lekkie i miękkie. I takie właśnie są z poniższego przepisu.


Przepis na scones, miękkie i lekkie
(na podstawie przepisu Briana Turnera):

500g mąki*
3 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
300ml chłodnej maślanki
125g zimnego masła
125g cukru
szczypta soli

Mąkę wsypać do misy, wymieszać z solą, proszkiem i sodą. Masło pokroić w kawałeczki, posiekać z mąką, a następnie szybko rozkruszyć grudki masła w mące. Cukier rozpuścić w maślance i wlać do ciasta, zarobić szybko (jak pisze Turner: "szybkość jest kluczowa przy robieniu scones"), gdyby się bardzo lepiło dodać 2-3 łyżki mąki. Ciasto uformować w prostokąt o 4 cm wysokości, posmarować maślanką. Wycinać z ciasta ciasteczka (foremka o średnicy kilku centymetrów, np. 5 cm), układać na blasze w odległości 3-4 cm od siebie. Piec w temp. 175stC 12 minut, mają się zezłocić. Miękkie i lekkie.




* w oryginalnym przepisie Brian Turner używa tzw. self-rising flour (gotowa mieszaknka mąki i proszku do pieczenia), z takiej mąki scones są rzeczywiscie świetne, ale wystarczy sowita ilość proszu i sody i też się udają nie zgorsze :-)

PS. Scones piekłam zmotywowana pytaniem Moniki o scones idealne ;-)

Monday, March 03, 2014

miękkie ciasteczka czekoladowe, mocno czekoladowe



motto makagigi łączy badania naukowe i czekoladę. Jest żartem oczywiście, ale prace naukowe dotyczące czekolady wcale żartem nie są, czesto są aż za bardzo poważne, jak na przykład praca, która poszukuje korelacji między spożyciem czekolady w danym kraju, a liczbą nagród Nobla. Wniosek: kawałek dobrej czekolady i naukowcom nie zaszkodzi.

Miękkie czekoladowe ciasteczka znam dzięki Conssoni, z kawałkami białej czekolady, duże, słodkie. Zapomniałam o nich na kilka lat. Przed laty w Akcce, w restauracji Uri Buri, która z słynie z owoców morza, zakochałam się nie w małżach w sosie lemonkowym, ale w lodach daktylowych. Z kolei jesienią w londynskiej restauracji OTTOLENGHI Nothing Hill zachwycił nas nie tylko wspaniały smażony bakłażan, ale przede wszystkim ciasteczka mocno czekoladowe, musiłam spróbowac takie upiec :-)


Przepis na miękkie mocno czekoladowe ciasteczka (próba odtworzenia idealnych smaków):

100g masła
100g brązowego trzcinowego cukru
100g cukru
1 jajko
75g ciemnego kakao
100g mąki
szczypta soli
duża szczypta proszku do pieczenia
100g białej czekolady (opcjonalnie)

Masło utrzeć z cukrem (trzcinowym i białym), dodać jajko, sól. Mąkę wymieszać z kakao i proszkiem do pieczenia. Mączną mieszankę wsypywać porcjami do masła z cukrem. Ciasto zarobić, dodać posiekaną białą czekoladę. Podzielić na 15-20 porcji, uformować z nich kuleczki, spłaszczać i układać na blasze do pieczenia. Piec 7 minut w temp. 170st.C. Mocno czekoladowe, co tu więcej mówić.


PS. Mocno czekoladowe miekkie ciasteczka to moje spóźnione dwa grosze do Czekoladowego Tygodnia Bei ;-)

Tuesday, February 18, 2014

bigos



tak, ma to zabrzmieć dziecinnie, ale taka jest prawda - jedno z niewielu wspomnień z dzieciństwa, gdy pamiętam, że coś jem, to wspomnienie gdy jem bigos i myślę sobie, że chciałabym być, jak nazywałam to w myślach, "bigosowym królem" i móc jeść bigos jak często chcę :-)

Od tamtego czasu minęły dziesiątki lat, chciałabym powiedzieć, że ugotowałam dziesiątki bigosów (to chyba będzie jednak prawda), choć zazwyczaj bigos gotuję dwa razy do roku, zorganizowalam kilka przyjęć z bigosem (i wódką) w roli głównej, dla gości z różnych krajów świata, wśród nich takich którzy zaklinali się, że nie tkną się kiszonej kapusty i muszę powiedzieć, że my Polacy nie mamy się czego wstydzić - nasz dobrze ugotowany bigos jest wspaniały!

Bigos to, jak każdy wie, narodowa polska potrawa, jak mówi Lukasz nawet rosyjska Wikipedia nie przypisuje żadnej innej nacji praw do bigosu! Bigos to długo gotowana potrawa jednogarnkowa składająca się z kapusty, mięsa i przypraw. To kompozycja, którą każdy gotujący musi odkryć sam. Mój ulubiony bigos jest leśny i wędzony - z wędzonymi śliwkami i gruszkami i z wyraźną nutą jałowca i kawałkiem dziczyzny (ciągle na wypróbowanie czeka wersja z nalewką sosnową). 


Przepis na bigos (ze wspomnień, za radami Mamy i Neli):

1 kg kiszonej kapusty
1 kg słodkiej kapusty
1/2 kg boczku
1/2 kg wiejskiej kiełbasy
1/4 suchej kiełbasy jałowcowej
1/4 kg jeleniej szynki
1/2 kg karkówki 
3 duże cebule 
2 małe winne jabłka
1 garść wędzonych śliwek
3 wędzone gruszki
garść suszonych prawdziwków
7 listków laurowych
21 kulek ziela angielskiego
21 kulek jałowca
1/2 łyżeczki majeranku 
1/2 łyżeczki kminku  (w wersji nieortodoksyjenej dodaję oregano)
czarny pieprz swieżo mielony
sól 
1 mała puszka koncentratu pomidorowego
2 kieliszki śliwowicy

Kiszoną kapustę odciskam ("soku spod kapusty" nie wylewam) i siekam. Kapustę kroję na ćwiartki i drobno siekam. Obie kapusty wrzucam do garnka, dodaję pokrojoną w większe kawałki karkówkę i dziczyznę i zaczynam gotować na małym ogniu. Dorzucam przyprawy (jałowiec można rozkruszyć), wędzone śliwki przecięte na połówki, pokrojone wędzone śliwki i namoczone prawdzwki. Po kilku minutach dorzucam pokrojony boczek, drobno pokrojone jabłka i cebulę. Gotuję około 20 minut, aż mięso jest prawie miękkie. Następnie dodaję koncentrat i pokrojone kiełbasy i gotuję kolejne 5 minut, na końcu wlewam śliwowice, gotuję minutę, zestawiam z ognia i odstawiam w chłodne miejsce na 2 dni (można w międzyczasie raz bigos odgrzać). Podawać z kromką żytniego chleba.  Nasz bigos.


PS. 1. Największym bigosowym rozczarowaniem jakiego doznałam jest książka Anne Appelbaum, a w niej przepis na bigos z dodatkiem mąki, gdy takie przepisy czytam, to jedna myśl nie może mnie opuścić "powinniśmy robić i pisać o tym, co umiemy najlepiej" :)
 
PS. 2. Dowodem na to, że bigos to nasze narodowe danie jest to, że bigos był obowiązkową pozycją w menu wszelkich barów i warsów w minionym ustroju. Podkreślić jednak należy, że tamten bigos z domowym bigosem ma niewiele wspólnego!

PS.3. Byłabym zapomniała, że do napisania o bigosie zmobilizowała Ewelinę i mnie Monika :)