Wednesday, September 05, 2012

dereniówka na miodzie



rozdzial pierwszy: tajemnicze owoce. Deren w Czeskim Krasie w roku 2006 obrodzil wyjatkowo obficie, zreszta rok i cztery lata pozniej tez. Owoce derenia lezaly tu i owdzie na sciezce, wprost pod nogami. Wtedy na brzegu kamieniolomu Solvayovy lomy, w poblizu miejscowosci Svatý Jan pod Skalou, zobaczylam pierwszy raz na wlasne oczy owoce derenia jadalnego (lat. Cornus mas, cz. dřín obecný), ktore wczesniej znalam tylko z opowiesci rodzinnych w stylu "przed wiekami dereniowka sie raczyli". Mialam wrazenie, ze znalazlam owocowy skarb.

Rozdzial drugi: tajemniczy alkohol. Bylam pewna, ze najtrudniejszy etap juz za mna - mialam w garsci derenie z dawnych wspomnien, nic bardziej oczywistego, wystarczy tylko wejsc do pierwszego lepszego sklepu i kupic 95% spirytus. Ale, ale przeciez w Czeskiej Republice pije sie wylacznie piwo jak glosi slawny stereotyp, dodam ze stereotyp w druga strone mowi, ze w Polsce "wali" sie tylko wódę (i to w ogromnych ilosciach:). Co by nie opowiadac, po dzis dzien spirytusu nie widzialam w zadnym czeskim sklepie, no moze poza 100ml skażonego :D

Rozdzial trzeci: tajemniczy pan. Razu pewnego dostalam bardzo przyjemny e-mail od zuplenie nieznanego mi Marka, ktory zaciekawiony moimi wywodami nt. dereniowki postanowil przyslac mi zdjecie niewiarygodnej aleji dereniowej w samym sercu Polski, w pelni kwietnienia - zlote kwiaty - cos niewobrazalnego! Od tamtej pory zauwazam krzewy derenia niemal wszedzie, gdy kwitna w poczatku kwietnia. W tym roku mimo bujnego kwitnienia deren obrodzil kiepsko, jesli tendencja znizkujaca sie utrzyma, to lepiej nie myslec co bedzie za rok.

Rozdzial czwarty: dlaczego nie miod? Jesli wziasc pod uwage, ze cukier do XVw. byl uzywany w Europie jako lekarstwo badz przyprawa, to uzycie miodu w nalewkach ktorych historia siega co najmniej sredniowiecza zdaje sie byc dobrze historycznie uzasadnione (mimo, ze praktycznie w nalewkach miodowych powstaje wiecej osadu i owe nalewki moga sie dluzej klarowac niz nalewki na bazie cukru), nie pozostaje nic innego jak sprobowac - nalewki na miodzie maja przynajmniej dwie zalety - dojrzewaja szybciej od swych cukrowych wersji, ponadto obdarzone sa delikatnym miodowym aromatem. Jesli jednak ktos nie lubi miodu, to na klasyczna dereniowke zaprasza dzisiaj Monika! A potem zyli dlugo i szczesliwie ;-)


Przepis na miodową nalewkę z derenia aka dereniówkę na miodzie:

1kg bardzo dojrzalych owocow derenia
1/2l wodki
1/2l spirytusu
1/2kg miodu



Owoce derenia wrzucam do 3-litrowego szklanego sloja i zalewam mieszanka spirytusu i wodki (w proporcji 1:1, moc takiego alkoholu to ~67%). Po 14 dniach zlewam cala ciecz znad owocow, a pozostale owoce derenia zalewam miodem. Od tego momentu potrzasam butla 1-2 razy dziennie, az do rozpuszczenia sie miodu (4-5 dni). Gdy miod sie rozpusci zlewam syrop (przez poczwornie zlozona gaze) i lacze z uzyskanym wczesniej nalewem alkoholowym. Nalewke wlewam do duzej butli, odstawiam na pol roku w ciemne miejsce (przed konsumpcja zlewam nalewke znad osadu do mniejszych butelek). Powiadaja, ze to nalewka nalewek.

PS. Moniazo - dziekuje za wyroznienie i Twe slowa, ktore sprawily mi wielka przyjemnosc :-)
PS. 2. I jeszcze jesli ktos ma ochote czytac to podlinkuje poprzednie odcinki dereniowych przygod: 2006, 2009, 2010, 2011.

22 comments:

Kamila said...

Jesteś niesamowita Dziewczyna, pióro masz świetne (uwielbiam czytać Twoje wpisy), zdjęcia cudne (jak Ty ułożyłaś ten owoce, że tak pięknie wyglądają?) i jak zawsze zaskakujesz! Marzy mi się taka dereniówka, alkohol wysokoprocentowy to nie problem, jak tu jednak znaleźć właściwe owoce, ta ściąga zdjęciowa by się przydała! Pozdrawiam serdecznie!

buruuberii said...

Kamila, dzieki :)) Wiesz, historie ta powtarzam czy opowiadam tak czesto, ze chyba potrafie o neij pisac na 100 sposobow i ciesze sie, ze dobrze sie to czyta.
A deren sam: najlatwiej znalezc gdy kwitnie, a teraz po prostu po owocach (glog jest wyraznie inny), parki, parki przydworskie, ponoc w Polsce nie rosnie tak dziko jak w Czechch... Pozdrawiam i ja!

PS. Podpowiedzialas mi i podlinkowalam poprzednie dereniowe wpisy, troche sie to powtarza, ale lubie ta histore, szczegolnei tutejszy deficyt spirytusu...

monika said...

Basia, nie wiem ile razy już słyszałam/czytałam o dereniu, o tym czy Basia jeszcze żyje po spróbowaniu owocka i o skażonym spirytusie, ale mam nadzieję słyszeć jeszcze nie raz :))) Uwielbiam tą historię - chyba tak samo jak samą dereniówkę :)))

A dereniowe krzaczki już czasem dostrzegam i w PL, jak kwitnie właśnie, ale w tak samo "szczęśliwych" miejscach jak to krakowskie :D Podobno w Bieszczadach gdzieś rośnie kilka krzaków, trza by chyba ustalić gdzie konkretnie ;)

Basia, raz jeszcze wielkie wielkie dzięki za wspólne dereniowanie i za sam dereń też :*

ewelajna said...

Basiunia, Ty znów z dereniem:). I do Twarzy Ci z nim:).
U nas nie zakwitł nawet, a zakupiła go mamcik już dwa lata temu, więc o owocach nie ma co marzyć...:(
Uściski, Basiunia!

buruuberii said...

Monika, a idze nie dosc ze to pokrzyka wilcza jagodoa ponoc mial byc, to jeszcze chcialam go zalac skazonym spirytusem, ale bym sie dostala :))) I ja Ci dzieuje za dereniowanie, bo pewnei bez Ciebei by moj ulubuony cykl wzial w leb... :*

Ewelinka, tak mi wstyd z tym dereniem, ze chyba zapakuje butelczyne i wysle, co Ty na to?? A z owocowaniem derenia to nei wiem jak do konca jest (zagadne specjaliste przy najblizszej okazji) ale ten rok jest wybitnie niedereniowy, u nas owocow z 5 razy mneij niz normalnie... A mojejmu tacie deren zaczal owocowac chyba po dobrych 5 latach od posadzenia :( Ale buziak wielki sle!

ewelajna said...

Basia, a jaki wstyd, hę...??? Co Ty mi tu...!!! Ja myślę, że w zależności od płci to może chłopa, lub baby trza...;). Musze poczytać...

Majana said...

Niesamowity jest dereń! nigdy go nie widziałam na żywo, a dopiero nalewkę pić! Ach, marzenie.
Kochana, cudnie piszesz, a zdjęcie cud miód - takie basine, śliczne.
Buziaczkuję:*

margot said...

aj jaj, dereniówka , na miodzie na dokładkę . Basia ty jesteś jak kolumb co dla świata Amerykę odkrywał. Ja jak tu zaglądam to wiem , jestem pewna , będę się dziwić , będę podziwiać , będę piec , gotować
a derenia naocznie chyba nie widziałam , w każdym razie jeszcze nic z nim nie robiłam ,a dereniówka na miodzie brzmi pięknie , dumnie , staropolsko

Agata said...

Dereń kojarzy mi się głównie z pierwszą częścią egzaminu z botaniki ;) Miałam rozpoznawać różne rośliny i je nazywać - derenia kojarzyłam z widzenia, ale nie mogłam sobie przypomnieć jego nazwy. Za to legendę o nim jak najbardziej. Wprawdzie nie była to zaskakująca i trzymająca w napięciu opowieść, ale derenia zaliczyłam ;)

buruuberii said...

ewelajna, hmm mi sie wydaje ze derenei jednak jednopienne...

Majana, juz Ci Monika doniosla, ze w i Gda sie da, wiec polecam Madzia wiossene chocby kwiatow ogladanie!

margot, Ty mi wierz Alusie, ze jak pierwszy raz zobaczylam te owoce i oznaczylam to troce sie czulam jak Kolumb, jakkolwiek to brzmi, to wszystkie opowiesci stanely mi przed oczami, cieszylam sie jak dziecko, o ile dziecko moze cieszyc sie na widok owocow :))

Agata, a ze ja lekcje z botaniki pobieralam u dosc wyrozumialej Mamy, to widzisz jak skonczylam :))

Pozdrawiam Was cieplo!

magda said...

bardzo trafna historyczna uwaga dotycząca miodu w nalewkach! myślę, że jak będę robić znowu nalewke to z miodem właśnie! pzdr

Brookselka said...

Swietne! Czekam na zime i naleweczki!!

Ania Włodarczyk (aka vespertine) said...

Przegapiłam w tym roku, jak co roku, mirabelki, mam mocne postanowienie poprawy co do rokitnika, w dereń chyba też mi koło nosa przeszedł...

Słusznie piszesz o miodzie! Tylko mi zawsze - wiem, to glupie - żal. Miód jest dla mnie tak szlachetnym skłądnikiem, że nie lubię go dodawać do wypieków (no, poza piernikiem) ani innych rzeczy. Np. teraz mam cenny słój spadziowego z gór i podjadam go łyżeczką jak konfiturę z regału babci ;)

SPokojnej nocy...

Bea said...

Basiu, swietnie sie Ciebie czyta! To raz.
Dwa - dzieki Twojemu zdjeciu zrozumialam, iz tydzien temu na targu pewna starsza pani sprzedawala owoce derenia!!! I oczywiscie nie kupilam :/
Trzy - kwitnaca na zloto aleja dereniowa z pewnoscia pieknie wyglada...
Cztery - i ja jakis czas temu robilam nalewke (oczywiscie moje nie maja wiele wspolnego z Twoimi, bardzo profesjonalnymi...) z dodatkiem miodu i faktycznie jest chyba (byla ;)) nieco mniej klarowna niz taka 'cukrowa'. Ale degustujacym ponoc to nie przeszkadzalo ;)

Pozdrawiam serdecznie!

PS. Zapomnialam - tutaj spirytus musze kupowac... w aptece! :)

buruuberii said...

magda, ciesze sie, ze moje domorosle historyczne podejscie ma sens... moze to dzieki lekturze madrych ksiazek :)

Brookselka, to tak jak i ja :)))

Ania Włodarczyk, a ja mam jakies kiepskie doswiadczenai z morelowka (malo smaczna IMO) ale mzoe mirableki to by bylo cos, hmm?
Aniu i mnei dlugo miod kojarzyl sie ze zbednym dodatkiem w nalewce, ale jednak nalewki to tez nei sa taka tylko wóda i owoce (szczegolnei element dlugiego czekanai dodaje im uroku mysle), wiec mozna ja jeszcze bardziej "podciagnac" :))

Bea: jeden - bardzo dziekuje! To moze jeszcze ta pani bedzie maila deren, bo naprawde warto sprobowac, chocby dlatego ze dereniowka to taki klasych (choc dla mnei porzeczkowka i tak bedzie nr 1). A jak pisze o alkoholu, to u nas prohibicja i trzeba baedzie dokonac zakupow w ojczyznie... Sciskam Cie serdecznie!

Bea said...

Basiu, wczoraj chyba widzialam deren w ogrodku (chyba) tej pani (bylismy na spacerze tam 'na wsi' gdzie mieszka; zrobilam zdjecie, przesle Ci moze dzis mailowo bys potwierdzila. No i zerkne dzis na targu, czy przywiozla kolejna partie owocow.
Problem natomiast w tym, ze... ze ja / my nalewek nie pijamy :/ Robie ich calkiem sporo, ale albo rozdaje pozniej, albo stoja w szafce i czekaja nie wiem na co :/ Dlatego bardziej sklanialam sie ku jakiemus dzemowi... No zobaczymy :)

Pozdrawiam serdecznie!

smaklick said...

Proste i ładne zdjęcia. Dla mnie z dużym ładunkiem nostalgii. Dobry blog!

smaklick said...
This comment has been removed by the author.
buruuberii said...

Bea, ciekawa jestem Bea czy udalo Ci sie go zdobuc i co zrobilas? A ja zapewne jutro wezme do reki nowego Ottolenghi, dam znac jak najszybciej wtedy :))

smaklick, dziekuje za mile slowa - czasem dzialaja na moja proznosc, ale zazwyczaj sa potwierdzeniem, ze warto sie trzymac rzeczy prostych, takimi jakimi sie je widzi :) Pozdrawiam cieplo choc jesien!

Bea said...

Nieee! Niestety :( W srode pani na targu nie bylo, gdyz nie przychodzi w mocno deszczowe dni, a w sobote mnie trudno jest tam dojechac niestety :( Ale to nic, wiem teraz, ze bede mogla u niej go kupic w przyszlym roku :))

Ottolenghi wertowalam niedawno w ksiegarni; mnie sie podoba, no ale wolalabym znac zdanie specjalistki na ten temat :)

Pozdrawiam!

gjp said...

Bardzo dobry przepis, świetnie napisane historie. Zrobiłam dereniówkę - mam na działce duże drzewko dereniowe i owoców było bardzo dużo w tym roku. Nie wiedziałam, że to jest dereń. Myślałam, że to piękny ozdobny krzew, ale przypadkowy gość rozpoznał. I zrobiłam nalewkę wg. tego przepisu. Owoców było dużo więcej i chyba niezbyt dobrze zachowałam proporcje. Wyszła bardzo dobra, ale bardzo gęsta, słodka i piekielnie mocna (sama rozrabiałam spirytus). Czy w tej chwili jeszcze można ją rozcieńczyć. A jeśli to jak? Wodą, przegotowaną? W temacie nalewek jestem nowicjuszem ale nalewka z kwiatów czarnego bzu wyszła mi świetnie.

buruuberii said...

GJP, dziekuje za pochwaly, milo sie czyta :-)
Widze historia naszych dereni podobna! Odnosnie rozcienczania, to bez najmniejszego problemu mozna dolac wody (tak, wystarczy przegotowana), mozna rowniez nalewke nieco doslodzic jesli po zrobieniu okaze sie za wytrawna. Zdarza mi sie to czasem jesli chce sprezentowac nalewke komus kto wiem, ze nei lubi trunkow bardzo mocnych.
Pozdrawiam i zycze powodzenia w swiecie nalewek!