Monday, December 21, 2009

o lukrze


dobrych Swiat,
lukrowanych
i
pelnych bliskich
B i L

spedzalam kiedys Swieta z babcia ktora piekla pierniczki, lukrowala je tez, ale Swieta tamte nie kojarza mi sie ze szczegolnie lukrowanymi. Druga Babcia piernikow nie piekla, nie robila lukru, nigdy nie byla z nami na Swieta. Teraz bedzie pierwszy raz, pierwszy po kilkudziesiaciu latach.

Wiem, ze w wigilijny ranek ukrece lukier i powiem: Babciu maluj ze mna pierniki, wiem ze Ona na to powie: wnuniu kochana lukruj se sama, rece juz nie te, oczy juz nie te. Bede lukrowac, a Ona bedzie patrzec i liczyc zapewne te pierniczki, tak jak ponoc liczyla dawniej nitki makaronu do rosolu :-)

Moze bedzie tak jak chcialam cale zycie by bylo? Mowia, lepiej pozno niz wcale... Coraz czesciej czuje ze czas ucieka, coraz bardziej to czuje, boje sie ze moze go byc coraz mniej, ze mozemy nie miec okazji... Polukrujmy sobie Swieta poki czas, niech bedzie slodko i dobrze po prostu!

Przepis na lukier do pierniczkow, taki lukier co odpowiednio polukruje Swieta:
1 srednie bialko
200g cukru pudru
1 lyzka soku z cytryny

Cukier przesiac kilkukrotnie (ze 2-3 razy) przez geste sitko. Wymieszac z bialkiem i sokiem z cytryny, a nastepnie:
- ukrecac przy pomocy drewnianej palki (dobre 10 minut)
- ubic przy pomocy miksera, okolo 2 minut
Wykonac probe lukru - cienka nitka ktora pomalujemy piernik nie powinna sie rozlewac. Wtedy juz mozemy malowac pierniki, badz to przy uzyciu pedzelka (moze byc i z sobolego wlosia:), badz worka cukierniczego zaopatrzonego w koncowke 1mm. Lukru nie zalujmy, nie w tym roku!

Monday, December 14, 2009

speculaas


jakos w polowie wrzesnia Ala napisala mi o swoich foremkowych poszukiwaniach, stwierdziala, ze procz pewnej czeskiej foremki podoba sie Jej jeszcze holenderski wiatrak na speculaas, ktory widziala rok temu u Agnieszki. Ozyly wtedy i moje zarzucone dawno temu plany i powiedzialam: Alu, my jakos te foremki zdobedziemy!

Znalezienie sklepu ktory sprzedaje formy na speculaas i zechce je dodatkowo wyslac do Srodkowej Europy zajelo chwilke (kilka dni znaczy sie), ale przetarlam szlak. Na stronie Dille & Kamille Zwolle znalazlam zdjecie form, postanowilam zaryzykowac i napisac czy przypadkiem foremek tych nie sprzedaja. Szalenie mila pani Heleen stwierdzila, ze owszem sprzedaja i ze z wielka przyjemnoscia wysle foremki (nie spytala jednoczesnie, po co komu w Pradze 5 zestawow foremek na holenderskie speculaas ;-).

Foremki rozeslalam czterem szalonym foremko-maniaczkom i wiem, ze z sukcesem zostaly uzyte. Tych ktorzy foremek nie maja, chcialam pocieszyc, ze nie tyle te formy sa swietne, co raczej swietny jest ponizszy przepis na holenderskie pierniki z dodatkiem migdalow. Kilka lat temu zarzucilam plan pieczenia speculaas, bo nie mialam odpowiedniej foremki. A ja jestem prefekcjonistka, co tu duzo mowic. Wtedy przepisu nie wyprobowalam. Dzisiaj na szczescie juz wiem, ze z ciasta na speculaas wychodza tez doskonale piernikowe serduszka, ponizsze pierniczkowe ciasto na speculaas, to ewidentnie przeboj.


Przepis na speculaas (wersja 2011):

250g maki  

pol lyzeczki mielonej kawy 
pol lyzeczki bialego pieprzu  
skorka starta z calej cytryny  
100g masla  
125g cukru "light brown sugar
1 male jajko  
50g mielonych orzechow pekan


Make wymieszac z przyprawami. Maslo utrzec z cukrem, wetrzec jajko, skorke z cytryny, na koncu orzechy. Do maslanej masy dodawac porcjami przyprawiona make, ciasto uformowac w kule i schowac na dzien badz dluzej w chlodne miejsce (lodowka). Nastepnie formowac przy pomocy drewnianych foremek speculaas. Piec 25 minut w temperaturze 150st.C, po 10 minutach temperature zmniejszyc na 125st.C. Korzenne!


Przepis na speculaas (za Konemman, Kuchnie Europy, z malymi modyfikacjami):

250g maki
1/2 lyzeczki proszku do pieczenia
po pol lyzeczki: cynamonu, gozdzikow, kardamonu, galki, imbiru, mielonej kawy i bialego pieprzu
100g masla
125g cukru demerara
1 jajko
skorka starta z calej cytryny
50g mielonych migdalow

Make wymieszac z proszkiem, przyprawami. Maslo utrzec z cukrem, wetrzec jajko, skorke z cytryny, na koncu migdaly. Do maslanej masy dodawac porcjami przyprawiona make, ciasto uformowac w kule i schowac na dzien badz dluzej w chlodnym miejscu. Nastepnie formowac, badz wykrawac pierniki, piec 30 minut w 150st (lub 45 minut w 125 stopniach).




Monday, December 07, 2009

basler brunsli


Na kirschwasser polowalam od dluzszego czasu, w Izraelu oczywiscie nie ma szans go nabyc, mozna nabyc jakies inne tzw. wisniowe brandy, ale to nie to samo. Jak ostatnio to dosadnie ujela An-na, tez nie uznaje kompromisow - jesli przepis stanowi, ze nalezy dodac kirsch, to ma byc
kirsch. Niewazne, ze prawie nie-do-zdobycia, ze niemal snil mi sie po nocach. Po dosc dlugim czasie staran, po proszeniu kilku osob o przywiezienie go, uparlam sie i przy okazji lotu na drugi kraniec swiata wreszczie zdobylam ow kirsch, dokladnie kirschwasser firmy Schwarzwälder. Moglabym powiedziec, ze szwajcarski bylby lepszy, ale ten niemiecki ma piekna butelke w zwierzatka, wiec mowie sobie stop ;-)

Kirsch bowiem jest sekretnym skladnikiem szwajcarskich bozonarodzeniowych ciasteczek basler brunsli (brązowe ciasteczka z Bazylei w wolnym tlumaczeniu). Przepisow na owe ciasteczka jest conajmniej kilka, na pewno powinny zawierac mielone migdaly, czekolade i ow kirsch, ktory jest po prostu wisniowa wodka i sam w sobie nie jest dla mnie jakims cudem nieziemskim, ale dodany do ciasteczek znacznie zyskuje na smaku.

Basler brunsli odkrylam dzieki Kuidaore, zauroczyly mnie swa cisteczkowa forma, krysztalkami cukru, ktore je oblepialy. Od poczatku mialam wrazenie, ze basler brunsli najpiekniej prezentuja sie w wersji krzyzyk i serduszko, czy ksztalt ma smak - wydaje mi sie ze tak ;-)
Gdy znalazlam przepis, a w nim kirsch, wiedzialam ze nie musza byc nawet dobre, a upieke je na 100%. Upieklam kilka razy - sa wysmienite, przynajmniej w moim mniemaniu, no dobrze i tych ktorzy je zezarli tez!

Przepis na basler brunsli (luzno na podstawie przepisu z about.ch):
125g cukru
200g migdalow
1/3 lyzeczki cynamonu
9 utluczonych gozdzikow
2 lyzki "z kopka" ciemnego kakao
1 lyzka maki
1 bialko sredniej wielkosci
100g czarnej gorzkiej czekolady
3-4 lyzki prawdziwego kirschu

Cukier wymieszalam z migdalami, cynamonem, gozdzikami, kakao, maka. Dodalam bialko i stopiona w kapieli wodnej czekolade, kirsch, dobrze wymieszalam, na gladka, malo lepiaca sie mase. Jesli masa nie chce sie lepic badz kruszy sie za bardzo, nalezy dodac dodatkowa lyzke kirschu (ewentualnie miodu). Nastepnie ciasto walkowalam na grubosc 7-10mm, wykrawalam cisteczka, ktorych brzegi obtaczalam w cukrze krysztale. Ukladalam na blasze wylozonej papierem do pieczenia i tak pozostawilam na kilka godzin. Nastepnie pieklam ciasteczka 4-6 minut w T=220st.

Przygotowywalam basler brunsli na kilka sposobow, z wersja dwu-bialkowa, wersja kompletnie weganska (czyli bez bialek, za to z odrobina miodu). Ostatecznie wersja ktora zamieszczam powyzej, ulubiona, nie kruszy sie, a kirschowej nuty jest w ciasteczkach w sam raz.

PS. Dziekuje Antoniemu za urocze, chlewikowe polecenie :-)

Monday, November 30, 2009

z rumem


pewna ciocia, o imieniu ktore nijak nie odzwierciedlalo jej prawdziwego imienia, o imieniu ktore nijak nie pasowalo do jej posady, biegla do pobliskiej lodziarni, jednej z trzech w 30-sto tysiecznym miescie poludniowo-wschodniej Polski. Biegla, gdy odwiedzlal ja w wakacje ktos z bliskich. Byly to czasy gdy lodzianie otwierano z nadejsciem wiosennego ciepla, a zamykano gdzies na wysokosci wrzesnia. Ciocia biegla po waniliowe lody - po dwie galki dla kazdego z dzieci i po trzy galki dla kazdego z doroslych. Doroslym podawala lody posypane rodzynkami i polane rumem, a dzieciom, tutaj nastepowal prawdziwy dramat, lody jedynie posypane rodzynkami.

U tej pani zwanej ciocia, bywlam srednio raz na rok, wlasnie w okresie gdy podawala doroslym lody z rodzynkami i rumem, rumem Havana Club, prosto z Pewexu zapewne. Potem podobna butelka przesladowala mnie w domu rodzicow, nie pamietam teraz czy marzylam by go sprobowac, niewatpliwie jednak wzbudzal wielka ciekawosc. Co tu duzo mowic, z powodu tamtych lodow butelka rumu Havana Club kojarzy mi sie z mega-swietem.

Rodzynki macerowane w rumie, w dobrym rumie podkreslam, to niezastapiony dodatek do wielkanocnej baby, zaraz obok wanilii i startej skorki z cytryny. Teraz gdy na praskim rynku stanelo bozonarodzeniowe drzewko, czas zabrac sie za wypiekanie ciasteczek, ciasteczek z korzennymi przyprawami, wanilia, skorka cytrynowa, miodem, orzechami; dobrej jakosci dodatkow nalezy nie szczedzic, nie mozna szczedzic po prostu.

Na polce pewnej wielkiej ksiegarni stala dumnie ksiazka Martha Stewart's Cookies
. Slodkosci Marth'y uwielbiam, nie oparlam sie ksiazce, pomyslalam ze lepsza pamiatka jest owa ksiazka niz pekata walizka Dunkin' Donuts. Gdy tylko wzielam ja do reki, na tylnej okladce przykluly moja uwage pewne jakby omaczone ciasteczka, potem je odnalazlam w przepisach, to ciasteczka z rumem - marzenie!

Przepis na rozplywajace sie w ustach rumowe ciasteczka maslane, na podstawie buttered rum meltaways Marthy Stewart:

1 3/4 szkl maki
2 lyzki skrobi kukurydzianej
1 lyzeczka cynamonu
1 lyzeczka swiezo startej galki muszkatolowej
1/4 lyzeczki utluczonych gozdzikow
1/4 lyzeczki soli
100-150g masla
1/2 szkl jasnobrazowego
cukru trzcinowego
1/4 szklanki ciemnego rumu (
uzylam Havana Club Añejo Reserva)
1 lyzeczka cukru pudru z prawdziwa wanilia
1/2 szkl cukru pudru (do obtoczenia ciasteczek)

Make wymieszac ze skrobia, przyprawami, sola (w amarykanskich przepisach ciasteczkowych za duzo dla mnie soli, zwykle dodaje szczypte w miejsce polowy lyzeczki). Maslo utrzec z cukrem trzcinowym, nastepnie partiami wcierac w owa mase rum, na koncu dodac cukier z wanilia.
Z ciasta uformowac za pomoca rak wlasnych i papieru do pieczenia ciastkowy walec ktory nastepnie bedziemy w stanie wepchnac w katronowy rulon jakis (uzywam rulonu ktory pozostaje z papierowych recznikow). Zrolowane ciasto umieszczone w kartonowej formie schlodzic w lodowce przez dobre kilka godzin. Nastepnie ciasto wyjac z rulonu, pokroic w 5mm plasterki, ulorzyc na blasze i piec 12-15 minut w 175st.
Podczas pieczenia ciasteczek wokol piekarnika, i wogole w calej kuchni, unosi sie przyjemny zapach rumu, niestety niewiele pozostaje go w ciasteczkach, ale przynajmniej ta swiadomosc... A gdy upieczone na zloto ciasteczka nieco przestygna nalezy obtoczyc je w cukrze pudrze, niestety moje Swiat nie doczekaja :-)

PS. Wcale nie-najmniej-wazne: Arkowi ogromnie dziekuje za, jak to sam pieknie ujal, medal - kontynuujac wyroznienia dziekuje niezmiernie wszystkim Wam za odwiedziny!

Monday, November 23, 2009

pasternak, z miodem



to wszystko przez Gosie!

Po pierwsze zarazila mnie kremowym miodem z Tasmanii, zarazila mnie do tego stopnia, ze mam go pod reka od 4 lat, odkad go tylko poznalam, a biedna Gosia musi dowozic go co jakis czas z Wyspy... Sistars zna go bodajze dzieki Helen, ktora zawsze miala w domu obowiazkowo sloik ciemnego i sloik jasnego miodu. Ow jasny miod Leatherwood jest ziolowo-kwiatowy, bogaty, umiarkowanie slodki, duzo by mowic, amatorzy miodow po prostu niech sprobuja!

Po drugie zarazila mnie pasternakiem, przemycam w walizkach, namawiam do jego uprawiania, planuje wydzierzawic grzadke by posadzic i pasternak i prawdziwa pietruszke w Pradze (chociaz z pietruszka to calkiem inna bajka). Z kolei w Beskidzie Niskim pasternak ma sie swietnie, zreszta popatrzcie na zdjecia ponizej, Mami wyhodowala w tym roku prawdziwe giganty, niektore okazy wazyly chyba z pol kilograma, smakowaly wysmienicie.

Po trzecie Gosia przygotowuje karmelizowany miodem pasternak.

Nim zaczne wypiekac tony piernikow, nastal czas na wpis sentymentalny, po zlocie rodzinnym tydzien temu. Tak szybko minal, dzisiaj
znow wszyscy daleko od siebie... Ale wszyscy mozemy otworzyc sloik tego samego aromatycznego miodu i juz jest jakos blizej :-)


Przepis na pasternak z miodem wg Gosi i Jona (parsnips with honey go nazywaja):

6 srednich korzeni pasternaku
2-3 lyzki oleju
2 lyzki dobrego jasnego miodu
sol, pieprz czarny swiezo mielony

Pasternak obieram, jesli przypadkiem srodek jest trwardy i lykowaty, nalezy go odrzucic, nastepnie kroje w paseczki (prostopadlosciany :) wielkosci frytek, moga tez spokojnie byc nieco ciensze. Na patelni rozgrzewam olej i na malym ogniu smaze pasternak do miekkosci, Gosia przysmaza go na brazowo (jesli komus sie bardzo spieszy, to moze przez kilka minut podgrzac "frytki" kuchence mikrofalowej). Gdy pasternakowe frytki sa niemal miekkie obie polewamy je miodem i karmelizujemy. Na koniec tylko pieprz i odrobina soli. Takie pasternkakowe chipsy mozna zajadac jako przekaske badz dodatek do pieczonych mies.

Jeszcze duzymi literami chcialam zdementowac pogloski, iz pasternak duza pietruszka jest. Nie jest, nie smakuje i nawet nie do konca wyglada jak pietruszka, jest zdecydowanie kremowy, gladszy, jesli juz z czyms go porownywac to smakiem z selerem, slodycza z marchewka, cos z ziemniaka tez ma, ale pietruchy naprawde malo! Oj wyobraznia...









PS. Klaniam sie nisko i dziekuje pieknie Peggy i wegetariance za wyroznienia, rumienimy sie i ja i makagigi!

Monday, November 16, 2009

z masłem orzechowym


maslo orzechowe, lekko slone, lekko slodkie...

Syrop klonowy, bardzo slodki. Gdy o nim mysle, przypomina mi sie wypowiedz Bobika Maklowicza sprzed kilku lat. Zapytany podczas internetowego czatu na gazeta.pl: "co przyrzadza z pysznym syropem klonowym?" odrzekl: "syrop klonowy wcale nie jest pyszny", bardzo slodka to wypowiedz :-)

W epoce malo blogowej, dobre piec lat temu, wertowalam flickr.com i wyszukiwalam zdjecia ciasteczek z przepisami, dawalo mi to pewnosc ze ciasteczka zostaly wykonane na podstawie zamieszczonego receptu. Znalazlam wtedy przepis na ciasteczka z "kratka" odcisnieta przy pomocy widelca, a
z maslem orzechowym w skladzie - spodobaly mi sie bardzo, kilka lat dojrzewalam do tego by wyprobowac przepis...

Tamtego przepisu jednak teraz nie odnalazlam, przegladalam wiec ostatnio
flickr.com chyba z pare godzin, az znalazlam niemal pozadane ciasteczka, nie znalazlam jednak odpowiedniego widelca. Ciasteczka sa i tak swietne, lekko slone, lekko slodkie... Lukasz, uczulony na wszelkie niemal orzechy stwierdzil: gdybym jadl orzechy, to bardzo by mi te ciasteczka smakowaly!

Przepis na ciasteczka z maslem orzechowym za The Kitchen Sink Recipes, a wlasciwie z 101cookbooks, na okolo 35 sztuk:

1 szklana maki
1/2 lyzeczki sody oczyszczonej
duza szczypta soli
1/2 szklanki masla orzechowego
1/2 szklanki syropu klonowego
pol lyzeczki cukru z wanilia
lyzka szarej soli gruboziarnistej do posypania ciasteczek

Wymieszalam make z soda, sola, w drugim naczyniu utarlam maslo orzechowe z syropem klonowym i cukrem z wanilia, do orzechowyej masy dodawalam stopniowo maczna mieszanke. Z masy nabieralam lyzeczka porcje ciasta, ukladalam na blasze wylozonej papierem, odcisnelam "kratke" przy pomocy widecla, posypalam sola gruboziarnista, kilka ciasteczek na probe posyplama cukrem krysztalem. Pieklam w T=175st przez 7-8 minut. Z piekarnika wyjechala bradzo ciekawa kombinacja smakowa.

PS.1. Co prawda wpis publikuje dzien po terminie, ale ciastka pieklam tydzien temu, wiec osmielam sie jednak zamiescic przepis w ramach Orzechowego Tygodnia Eli, prowadzonego przez Pole :-)
PS.2. Na koniec jeszcze dodam, ze wlasnie przecedzam nalewki w ramch dorocznego zjazdu rodzinnego w Beskidzie Niskim. Pozdrawiam cieplo!

Monday, November 09, 2009

ukraiński kożuszek


wyprawe na Sniezke podjelismy juz po raz trzeci, raz zakonczylismy ja wizyta w polskiej restauracji pod Obserwatorium (w ktorej Polacy mowiac po polsku nie moga placic czeskimi koronami), raz siedzac po zawietrznej pod kaplica sw. Wawrzynca. W 2005 owego biegu na Sniezke nie zakonczylismy na szczycie, bo po wizycie w chacie Jelenka, kilka kilometrow od szczytu, zajadajac tvarohové knedlíky s meruňkami postanowilismy nie udowadniac naszym kolegom, ze jednak lubimy biegac na biegowkach i po prostu sobie wrocilismy...

Tak od tamtego czasu wzbudzamy istna sensacje! Otwarcie potrafimy powiedziec, ze nie lubimy czegos co lubia wszyscy, nielada wyczyn, nieprawdaz? W tym roku, ku naszej wielkiej radosci nie bylo wystrczajaca duzo sniegu, by na biegowki sie wybierac, ale i tak nie ustawaly pytania dlaczego nas to nie bawi, a w zasadzie pytania o to, jak nas moze nie bawic cos, co bawi wszystkich, czyli dlaczego nie miescimy sie w normie? Bo tak to w Czechach zazwyczaj jest - nie nalezy odbiegac od sredniej, najlepiej byc takim jak inni i nie zwracac na siebie za bardzo uwagi.

Przezylam miniony weekend, doroczny weekend w Karkonoszach, z gwozdziem programu: wyprawa na Sniezke. Na koniec owej wyprawy, zjadlwszy kynuté borůvkové knedlíky w chacie Růžohorky, zabladzilismy w lesie, w nocy, we mgle, bez latarek, po kostki w mokrym sniegu... Nauczlo mnie to bladzenie, ze nalezy mowic glosno iz idziemy zla droga, niewazne ze 7 osob wie lepiej, a moja postawa odbiega od sredniej...

Przepis na slatake z buraczkami absolutnie zwraca na siebie uwage, ponoc to jest przepis o ukrainskich korzeniach, wiec jemu wolno :-) Przepis wygrzebala Ivka, milosniczka czerwonych buraczkow, ktore srednio sa w Czeachach popularne. Ivka wyprobowuje kazdy przepis na buraczki, jedynie do barszczu nie moge Jej przekonac...

Przepis na salatke "ukrainski kozuszek" (oryg. šuba neboli ukrajincův kožíšek, z ksiazeczki Chytrá kuchařka, Kájina Šponarová, 6-8 porcji):
30dag matjasow, odsaczonych z oleju
1 cebula
3 ugotwowane marchewki
3 duze ugotowane ziemniaki
3 srednie ugotowane buraczki
150ml majonezu
150ml gestego jogurtu naturalnego
sol, pieprz czarny swiezo mielony


Ugotowane w mundurkach warzywa (buraczki nalezy ugotowac osobno) studze, a nastepnie obieram. Na dnie salateki ukladam pokrojone w 7mm paseczki matjasy (1 warstwa), posypuje drobniutko posiekana cebulka, nan scieram na tarce (na grubych oczkach) marchewki, sole, pieprze, rozsmarowuje polowe majonezu wymieszna z polowa jagurtu, posypuje startymi ziemniakiami, znow sole, pieprze, nastepnie tre buraczki. Calosc na koniec przykrywam warstwa majonezu wymieszanego z jogurtem. Pakuje do lodowki na dobre 24 godziny. Wyjmuje z lodowki 2 godziny przed podaniem. Absolutny hit, wszyscy mysla ze to ciasto z wisniami :-)

PS. Nie zeby znowu w Czeskiej Republice bylo tak zle, jest po prostu inaczej, na tyle inaczej ze czasem daje sie to zauwazyc :-)

Monday, November 02, 2009

jibneh



 

nigdy nie bedzie takiego lata
nigdy nie bedzie takiego lata
nigdy policja nie bedzie taka uprzejna, nigdy
(...)
nigdy nie bedzie tak pysznych ciastek...

Finlandia, Swietliki i Linda, Las putas melancólicas 

W sobote ciemno, w niedziele ciemno, w poniedzialek jeszcze dolaczyl deszcz. Ponoc w Skandynawii pocieszaja sie alkoholem? A tu jeszcze nie srodek zimy, to dopiero jesien, chociaz to ponoc ona najbardziej przygnebiajaca pora roku jest? Gdy decydowalam sie na dwuletni pobyt w Izraelu, to nie zdawalam sobie sprawy, ze pierwsza jesien po powrocie bedzie taka... taka ciemna :-) nigdy nie bedzie takiego lata... slonce nie bedzie nigdy juz tak cudnie wschodzic, zachodzic...

Wiec gdy juz wspominam Izrael, a w zasadzie Wschodnia Jerozolime, to jako seroholik uswiadamiam sobie, ze powinnam poswiecic byla niemaly wpis tamtejszym serom. Ach, ale jak to u mnie z planowaniem jest to sami dobrze wiecie.



W miejsce przepisu:
Pierwsze miejsce wsrod bliskowschodnich serow zajmuje bez watpienia labneh, za nim suszony jogurt (o ktorym za kilka tygodni, niech polezy sobie w lodowce), a zaraz za nimi jibneh (czyt. dżibni).
Jibneh, to bialy, zwarty solony twarog, ma wiele wspolnego z dobra, twarda feta i wg. mnie jest conajmniej tak slony jak feta. Jibneh z owczego mleka ma przyjemna "skrzypiaca" strukture. Najwieksza ciekawostka sa ziarenka czarnuszki, ktorymi zazwyczaj jest posypany. W Srodkowej Europie zapewne z lekka niedostepny, ale wszystkim (sobie rowniez) polecam na pocieszenie kupic dobry kawalek fety i:
1. posypac ziarnami czarnuszki
2. pokroic w kostke, panierowac (maka, jajko, bulka tarta) i usmazyc
nastepnie zajadac ze smakiem!
Alez dzisiaj sie wysililam :-)


PS. W zasadzie to przy kazdym moim wpisie moglabym dodawac de gustibus non est disputandum; uwielbiam Bogusia Linde, zwlaszcza tego z Przypadku Kieslowskiego... I co, znow chce powiedziec nigdy?

Monday, October 26, 2009

z dynia i cytryna


wlasnie mialam okazje sprawdzic, w stanach Ilinois i Indiana dynie juz sa wszedzie! W hotelach, w ksiegarniach, na uniwersytetach... O przystrojonych domach, sklepach nie ma co wspominac, tylko na polach kukurydza. Nawet w Pradze w naszej ulubionej kawiarni Café Louvre specjalne dyniowe menu.

Jak tu sie oprzec dyniowemu Festiwalowi ktory proponuje Bea - ani mysle sie wzdrydac, z przyjemnoscia sprobuje dolaczyc! Oczywiscie pomyslalam o pieczonej dyni z jogurtem i mieta, mialam jednak ochote napisac o czyms co jeszcze tutaj nie zagoscilo, o zupie-kremie z dyni aka cytryny nie zalowac. Nazwa zupy sama sie komentuje, cytryna to sekretny skladnik, az niezrecznie przyznac ze chyba wazniejszy od dynii...

"Zupa-krem z dynii czyli cytryny nie zalowac":
pierwowzorem byl przepis na zupe-krem z batatow z niebieskim serem wg.
Midgelet

1kg dyni, pozbawionej nasion i skorki
1 cebula
1 marchewka
bulion, wywar warzywny...
sok z 1/2 cytryny (gdybym gotowala tylko dla siebie dalabym dwa razy wiecej!)
sol, czarny pieprz

Cebule drobno kroje i podsmazam na lekko zloto na oliwie, pod koniec smazenia dorzucam starta na tarce marchewke i podsmazam razem z minute. Nastepnie zalewam warzywa 4-ma szklankami bulionu badz wody (wtedy wrzucam jakas kostke rosolowa), dodaje pokrojona w kostke dynie. Gotuje 20 minut, po czym zupe miksuje, dodaje sok z cytryny, swiezo mielony pieprz i sol. Zupe podaje w jednym z dwu wariantow:

wersja 1 (amerykanska?)
kwasna smietana
pokrojony w kosteczke niebieski ser plesniowy
prazone orzechy wloskie

wersja 2 (bliskowschodnia)
gesty jogurt naturalny
drobno posiekana mieta
drobno posiekana papryczka chili

PS. Na koniec dodam jedynie, ze w ramach niefotografowanego Festiwalu Dynii do chleba dalam prawie podwojna porcje ziaren dynii :-)

http://www.beawkuchni.com/wp-content/festivaldynibanner09.jpg

Monday, October 19, 2009

podpłomyk


czyli skradziona opowiesc. Tak, ten wpis powinien byc zatytuowany skradziona opowiesc... Lukasz opowiada/opowiadal zawsze tak samo: wiesz, najlepszy z chlebow jest podplomyk, Babcia (Rozia, ta od rożków) piecze go ze dwa razy do roku, no moze czasem trzy, chyba z tego samego ciasta co chleb. Ciasto przygotowyje wieczorem, potem wyrabia nad ranem, a w tym czasie Dziadziu rozpala w piecu, i chodzi dagladac czy od tej wysokiej temperatury nic dookola sie nie zapalilo... Potem jako pierwszy pieka podplomyk, potem chleb... Podplomyk jest najlepszy na swiecie!

I rzeczywiscie jeszcze nie tak dawno na granicy Beskidzu Niskiego i Pogorza podplomyki z ciasta chlebowego pieklo sie (moze i jeszcze gdzies piecze?) w piecu przed wlasciwym chlebem, podobno by sprawdzic czy piec jest dobrze nagrzany... Lukasza Dziadkowie piekli podplomyk dla wnukow i gosci, raz
dostalam jeszcze cieply kawaleczek, pamietam smak jak przez mgle, ale wiem jak ma smakowac :-)

Przepis na podplomyk Babci Rózi (1/4 porcji):
1/2kg maki przennej chlebowej (najlepiej od Bembna z Moszczenicy:)
szklanka wody
12.5g drozdzy
lyzeczka soli

Wieczorem rozczynic 250g maki z drozdzami i woda, zostawic na dobre 12-scie godzin. Nastepnego dnia rano dodac do zaczynu reszte maki i sol. Dobrze wyrobic, tak z 10 minut powiedzmy. Ciasto podzielic na dwie czesci i zostawic na chwilke do podrosniecia. Uformowac kule i nastepnie rozciagnac lub rozwalkowac na placki jednocentymetrowej grubosci, okolo 20-sto centymetrowej srednicy. Piec w 220st. przez 15minut (w oryginale w chlebowym piecu, tuz przed wlozeniem don chleba). Ten ze zdjecia pieklam na lisciu chrzanu, ktory ma po upieczeniu lekko kapusciany smak.
Podplomyk zajadac cieply, najlepiej tylko z maslem.

Podplomyk pieczony z powyzszego przepisu nie ma idealnego smaku podplomyka z opowisci i wspomnien Lukasza, moze dlatego ze piekarnik to jednak nie piec opalany drewnem... Znacznie blizszy oryginalowi podplomyk osiagnelam z przepisu Jima Laheya z New York Times'a (u mnie tutaj); podplomyk z ciasta Jima Lahey'a polecam w ciemno, to smak wspomnien, brakuje tylko odrobiny popiolu na skorce!

! Dapisane 10 pazdziernika 2010: podplomyk z przepisu Babci udaje sie idealnie jesli dodac 1 1/2 szklanki wody i dobra make chlebowa! Odwoluje oficjanie co powiedzlalm powyzej :-)



PS. Troszke niesmialo, bo to pierwszy makagigowy wystep w Swiatowym Dniu Chleba. Wpis co prawda publikuje sie sam w pozniejszym terminie, ale pieklam i pisalam 16-go pazdziernika. Wszytko dzieki Eli, ktora piekla do 3-ciej w nocy, pomyslalam: nie ma mowy, musze, a co! Rozczynilam ciasto z samego rana, poszlam do pracy, a po powrocie w przerwie miedzy pakowaniem i wkladaniem czekoladowego powidla do sloikow pieklam ow podplomyku, pychota, ale na sniadanie smakuje lepiej :-)

[dzień+chleba.jpg]

Monday, October 12, 2009

jabłka w fartuszkach


jabłek w fartuszkach, czyli jablek z konfitura otoczonych maslanym ciastem i zapieczonch, nie jadlam chyba wieki, wieki czyli dobre kilkanascie lat. Nie jadlam, bo sa to slodkosci z serii slodkosci idealnych - troche pracochlonne, ale cudnie wygladaja i
znakomicie smakuja. Prawda jest, ze nigdy wczesniej ich nie pieklam. Zamarzyly mi sie jednak ostatnio - dzisiaj wcale sie nie dziwie, ze jedlismy je raz na 100 lat, upieczenie 8-miu takich jabkluszek sprawia przyjemnosc, ale pieczenie tuzinow juz niekoniecznie.

Zagadnelam Mame jak to z tymi jablkami w fatruszkach bylo? Stwierdziala, ze
byl to jakis stary galicyjski przepis i ze jablka w kruchym ciescie piekla jeszcze wtedy gdy ja jablek nie jadlam, a byla to syzyfowa praca, ciasto pekalo, rozlewalo sie i wogole same tragedie.

Pewnego razu jednak w jakims
czasopismie jakos na poczatku lat 80-tych, wybor jest niewielki, pewnie byla to Przyjaciolka, znalazla Mami inny przepis zatytulowany jablka w fatruszkach, przepis idealny, niewazne ze na 5 szklanek maki nalezalo dodac 0.5kg masla... Wszystko co niezdrowe smakuje najlepiej. A w koncu jablka to owoce, kto by tam patrzyl na ciasto :D nie ma znaczenia co w tym ciescie bylo, zdaniem nas dzieci, Mama piekla jablka w fatruszkach zdecydowanie za rzadko!

Przepis na jablka w fartuszkach mojej Mamy (polowa porcji):
2,5 szkl. maki
25dag chlodnego masla
1 jajko
2 zoltka
1 lyzka kwasniej smietany
1 lyzeczka cukru
szczypta soli

16 malych jablek, maksymalnie 120g kazde (obrac, przekroic w 1/3 wysokosci, pozbawic gniazd nasiennych, podstawe jabkla napelnic plaska
lyzecza konfitury rozanej, kto woli wisniowej lub rodzynkami)

Schlodzone maslo posiekac z maka (potwarzajac za Nela: "siekac tak dlugo, az oba skladniki nabiora konsystencji grubego ryzu"), nastepnie zarobic z jajkiem, zoltkami, smietana, cukrem i sola. Ciasto schlodzic w lodowce - przez dobre 24 godziny. Podzielic na dwie czesci, cienko rozwalkowac (nieco grubiej niz ciasto na pierogi) i oblepic jabkla ciastem - technika dowolna, ja robie to nastepujaco:
ciasto kroje na kwadraty, na kazdy kwadrat klade uprzednio przygotowane jablko, rogi ciasta zakladam w strone ogonka, brzegi zlepiam, ciasto 'przyklejam' do jablka, wystajace brzegi ciasta obcinam, formuje gladka skorke. Tak postepuje do wykorzystania calego ciasta, oczywiscie listki wycinam nim ciasto sie skonczy!
Jablka piec "na zloto" w nagrzanym do 220st.C piekarniku, po 2-3 minutache temperature zmniejszyc do 200 stopni (pieczenie zajmuje 20 minut). Lekko przestudzone posypac cukrem pudrem i zajadac.

Lukasz podsumowal: na szczescie jablka sa caly rok!

PS. Mam tez kilka, jak nie nawet kilkanascie, zaleglych przepisow z Weekendowych Piekarni, ale po minionym weekendzie jest ich o cale dwa mniej. Zrobilam wreszcie rustykalny chleb z gruszkami Ali (przepraszam za zdjecie "przed" ale "po" bylo ciemno, planowalam zrobic wiec zdjecie rano, ale rano nie bylo juz czego forografowac :D):


i bajgle Tatter, z polowy porcji zniknely w pare godzin, z braku maku i sezamu uzylam za'atar i szara kamienna sol z Wieliczki - te z sola byly obledne (tak sie przejelema faktem by zrobic wielkie dziurki, ze zrobilam dziurki giganty, to nauczka na nastepny raz):


oba przepisy doskonale, nic dodac tylko piec!

Weekendowej Piekarni, obchodzacej wlasnie pierwsze urodziny, zycze 100 lat i z okazji tej 'przesylam' jej jablka w fartuszkach :*

i PS. Makagigi bardzo dziekuje Olasz za wyroznienia w 20-stej Foodelkowej edycji!
foodelek: przepisy tygodnia


Monday, October 05, 2009

ziemniaki z ogniska


wydaje mi sie ze wpis ten odpowiedniejszy bylby na poczatek wrzesnia, gdy na czasie ziemniakow kopanie, a temperatury wieczorem nadal na tyle wysokie by sobie z przyjemnoscia usiasc na polu/dworze. Ale co tam, na ostatniego Sylwestra Agnieszka Kreglicka polecala piknik zimowy (PS.1), wiec moze popoludniowe ognisko poczatkiem pazdziernika to nie taki durny pomysl?

Zaproponuje wiec ogniska jesienne - nadszedl czas by wygrabic liscie w ogrodzie/ogrodku, na dzialce/podworku, a po zakonczonej pracy polowej rozpalic chocby male ognisko. Jestem bowiem milosnikiem ognisk! Nie, nie zadowala mnie dym z butelki o zapachu ogniska, nie zadowalaja mnie spalone wczesniej wegle, ogien ma byc zywy i musi plonac.
Od zawsze zreszta slyszalam ze dzieci ktore bawia sie ogniem beda sikac w nocy i zupelnie nie wiem dlaczego nadal to slysze? :-)

A ziemniaki z ogniska? Jeszcze kilkanascie lat temu w Beskidzie Niskim powszechne i niemal obawiazkowe bylo pieczenie ziemniakow na zakonczenie wykopkow czyli ziemniakow kopania, sama wykopki pamietam z dziecinstwa spedzonego na beskidziej wsi. Ziemniaki pieklo sie wprost w zarze, tak by ich skorka lekko sie zwęgliła (skorke taka mozna zjadac bez obaw, to wegiel w czystej postaci - carbo medicinalis).

I znow w tym roku nie moglam odmowic sobie przyjemosci parukrotnego zrobienia
ziemniakow z ogniska, a bliskim watpliwej przyjemnosci smierdzenia dymem. Sprawdzilam jednak: istnieja muzea i gospodarstwa agroturystyczne ktore organizuja odplatne pieczenie ziemniakow, wiec moi drodzy narzekacze pieczenie ziemniakow to nie taka byle jaka atrakcja!

Przepis na pieczone ziemniaki z ogniska:
sredniej wielkosci ziemniaki (okolo 150g jeden)
Dodatki: maslo, sol szara kamienna

Rozpalam ognisko, od jednej zapalki, z kora brzozowa (ostatecznie jakies suche liscie, igliwie), niech plonie z godzine drewno ktore zostawia duzo zaru. Gdy zaru juz jest spora kupka rozgrzebuje go i w sam srodek wrzucam dokladnie umyte ziemniaki i dokladnie przysypuje popiolem, na wierzch dorzucam swiezego drewna, niech jeszcze chwile plonie. Gdy zar jest "dobry" (czyli jest go po prostu duzo) to ziemniaki sa upieczone po okolo 25-30 minutach.
Wygrzebuje z zaru ziemniaki, rozkrawam wzdluz na pol, posypuje sola i rozsmarowuje na nich po odrobinie masla - oj zawsze sie ktos oparzy...

PS.1. Od kilku lat Wysokie Obcasy czytuje z opoznieniem kilkumiesiecznym, stad jestem na czasie z potrawami z minionego grudnia.

PS.2. Przez ostatnie dni kompletnie odmowily mi wspolpracy zmysly wechu i smaku, nie potrafilam poczuc czy zakaws fermentuje, czy gruszki sa slodkie, a czy wegierki to naprawde wegierki. Kulinarne plany sie rozsypaly, ale dzieki temu moge dolaczyc do Ziemniaczanego Sezonu u Olgi! Mowia, ze co sie odwlecze... Mam nadzieje tylko, ze nie podziele na dobre losow pana Duchemin :-)

i PS.3. Makagigi sie bardzo cieszy z wyroznienia w 20-stej Foodelkowej edycji!
foodelek: przepisy tygodnia

Monday, September 28, 2009

z śliwkami i makiem


z moich dotychczasowych doswiadczen (strasznie bogatych, bo az dwuletnich :) wynika, ze jesli w Czechach ktos powie nam, ze ma ciasto ze sliwkami, czyli švestkový koláč, to zazwyczaj ciasto owe bedzie rowniez z makiem... To tak jak w Polsce prawie kazde ciasto z jablkami bedzie z cynamonem...

Drozdzowe to moje ulubione, drozdzowe to bodaj najlepsze ciasto jakie ludzkosc wymyslila! Nie moglam wiec odmowic sobie jesiennego drozdzowego z wegierkami, by mialo czeska nute posypalam owym makiem i uslyszalam "ten mak nijak do tych sliwek nie pasuje, ale bardzo dobrze to smakuje"!

I gdybym tak napisala: jak moja babcia piekla drozdzowe to... Ale piekla Mama, ta Babcia bardziej ulubiona drozdzowego nigdy nie piekla, a ta ktora piekla, szkoda gęby drzeć* :-) Znalazlam sobie wiec inna drozdzowa babcie - to Marja Disslowa, jej przepis na bulke bardzo dobra jest doskonaly i nawet zarazilam nim Mame, ktora drozdzowym mnie zarazila. Uparta jestem strasznie i na razie innych przepisow na drozdzowe chwilowo nie wyprobowuje, mam ideal, moj ideal oczywiscie :-)

Przepis na ciasto drożdżowe z śliwkami i makiem (na blache
25x35cm):
ciasto:
250g maki
12.5g drozdzy
1/2 szkl. mleka
1 zoltko
2 lyzki cukru
2 lyzki masla
szczypta soli cytrynowa skorka (w tym ciescie spokojnie mozna pominac)

* 1/2kg wegierek

* grudki makowe:
75g zapazonego i zmielonego maku wymieszanego z
3 duzymi lyzkami miodu

* kruszonka:
2 lyzki masla
2 lyzki cukru
4 lyzki maki

Wyrobione ciasto rozwalkowalam, przenioslam na blache wylozona papierem, poczekalam az dobrze podrosnie (ale nie za bardzo), nastepnie ulozylam na nim polowki wegierek, posypalam grudkami masy makowej, kruszonka. Pieklam 18 minut, poczatkowo w 200st.C z termoobiegiem, po 3 minutach temperature zmniejszylam na 175st.C. I gotowe!
Z ta temperatura pieczenia drozdzowego mam tak, ze lubie ciast niezbyt wiorowate, pieke wiec dobrze wyrosniete ciasto raczej krotko, ta kwestia jest oczywiscie dyskusyjna i spokojnie moze podlegac modyfikacjom :-)

PS. Oczywiscie smazylam tez przez ostatnie dni powidla, klasyczne, dobrze wysmazone - podsumowac to moge tak: z 5kg wegierek po pozbyciu sie pestek zostalo mi 4.5kg sliwek, a po wysmazeniu 1.5kg powidla - uwielbiam ich zapach, nawet nie musze ich jesc.

* cytat z Jozefa Tischnera

Monday, September 21, 2009

granat


uwielbiam granaty i wogole nie potrafie powiedziec dlaczego? Fascynowaly mnie na dlugo przed wyjazdem do Jerozolimy, nawet podjelam sie produkcji syropu z granatow na domowa skale, przyznam jednak ze wszyszedl pieronsko slodki i z kwasnym, jedynie lekko slodkawym syropem nie mial nic wspolnego, z dalszych prob zrezygnowalam.

Nie trudno jednak zgadnac, ze w Izraelu pierwszym owocem ktory zwrocil moja uwage byl wlasnie granat (o wdziecznej herbrajskiej nazwie rimon). Gdy pierwszy raz bylam na zydowskim targu akurat bylo kilka dni po swecie Rosh Hashana i targ zalegaly ogromne karminowo-czerwone granaty... Te izraelskie niewiele maja wspolnego z tymi ktore mozna kupic w Srodkowej Europie - izraelskie granaty bowiem sa 2 razy lepsze, 3 razy wieksze i 4 razy tansze. Nawet mimo tych roznic warto sprobowac!

Uwielbiam granaty i wogole nie potrafie powiedziec dlaczego? Nie mialam przez dlugi czas pojecia co z nimi robic, wspaniale byly po prostu jako owoce. Nie dawalo mi jednak spokoju czy nie maja jakiegos dodatkowego zastosowania w kuchni (oprocz wspomnianego syropu)? W Izraelu granat jest symbolem dobrobytu, pomyslnosci, wiec swiezymi ziarenkami granatu mozna posypac praktycznie cokolwiek, bedzie odswietnie i wykwintnie... na przyklad jogurt, a wiec:

Przepis na jogurt z ziarenkami granatu:
kubeczek naturalnego jogurtu wymieszac z
lyzka miodu akacjowego, dodac
2-3 lyzki platkow z dodatkiem otrab (polecam Sante) i posypac
2-3 lyzkami ziaren granatu

Jogurt ten polecam na leniwy niedzielny brunch, oczywiscie oprocz tego musi byc jakas slodka buleczka, drozdzowa najlepiej! ewentualnie kawaleczek kuchego ciasteczka :)

PS.1. W ubiegly piatek rozpoczal sie kolejny zydowski Nowy Rok, z tej wlasnie okazji polecam granaty i miodowe ciasto lekach - shana tova!
PS.2. Na koniec pobytu w Jerozolimie, po godzinach spedzonych na zakupach z Kasia, nabylam dwa ceramiczne granaty naturalnych izraelskich rozmiarow (czyli wielkosci duzego grejpfruta), a to po to by pamietac jak wyglada prawdziwy granat.

Monday, September 14, 2009

ma'amoul


w ubieglym roku z okazji Ramadanu w Jerozolimie wspomnialam drozdzowe nalesniki qatayef (arab. قطايف), ktore Palestynczycy raczej rzadko przyzadzaja w domu, czesciej kupuja je w postaci juz usmazonych drozdzowych nalesnikow, w domach zas zazwyczaj samodzielnie wypelniaja nadzieniem i ponownie smaza. Qatayef jest wszedobylski, nie da sie nie zauwazyc kolejek do sklepikow sprzedajacych owe nalesniki, zwykle po 10, 20 sztuk.

Zupelnie inaczej ma sie sprawa z ciasteczkami
ma'amoul (arab. معمول‎), ktore sa na ulicach czy w sklepikach praktycznie niezauwazalne. Wiekszosc naszych znajomych mowila, ze ramadanowy posilek, ten tuz po zachodzie slonca, wiencza obowiazkowo nalesniki qatayef i/lub ciasteczka ma'amoul. Ciasteczka owe rzadko spotyka sie w sklepach, bo zwykle pieczone sa w domu, wedlug domowych receptur.

Ciasteczkami ma'amoul przygotowuje sie przy uzyciu specjalnych drewnianych foremek, niektore, jak ta na zdjeciu, wykonane sa z orzechowego drewna, lecz w Jerozolimie bez problemu mozna spotkac ludzi ktorzy foremek nie uzywaja, a jedynie formuja ciasteczka rekoma. Agnieszka zachecila mnie chwile dluzsza temu do zakupu drewnianych foremek, foremki lezaly sobie na kuchennym blacie, ale 3 tygodnie temu pomyslalam: jest Ramadan, mam foremki, wreszcie trzeba zabrac sie za cisteczka samemu! Wtedy bylam jeszcze w Jerozolimie.

Ma'amoul (czyt. mamoul) to ciasteczka nadziewane daktylami, orzechami wloskimi, pistacjami, jako deser na iftar podaje sie te z daktylami. Ksiazki kucharskie twierdza, ze ciasto na ma'amoul przyzadza z semoliny badz z semoliny wymieszanej z maka. Jednak kazdy we Wschodniej Jerozolimie kogo zapytalam o przepis wspomninal, ze ma'amoul pieczone wylacznie z semoliny nie sa czesto spotykane i dyktowal przepis w stylu "wymieszaj maka z semolina". Wybralam wiec przepis syryjskich Zydow, ktory zawiera i make i semoline. Lubie takie kombinacje: arabskie ciastka ramadanowe wedlug przepisu na purimowe ciastka bliskowschodnich Zydow z Aleppo.

Przepis na ciasteczka ma'amoul (na podstawie Poopa Dweck’s Blog):
Ciasto:
2 szkl maki
1 szkl semoliny badz grysiku
2 lyzeczki ziarenek mahlab
200g miekkiego masla
1/2 szkl cieplej wody
2 lyzeczki wody rozanej

Make wymieszalam z semolina i drobno utluczonym mahlab'em, dodalam maslo, przemieszalam i dolalam wode, po czym wymieszalam dokladnie i wyrobilam, az ciasto osiagnelo gladka konsystencje (jesli byloby wyraznie twarde, nalezy dodac odrobine wiecej wody).

Nadzienie:
500g daktylowej pasty badz drobno posiekanych daktyli
5*
utluczonych godzikow
3* zmielone ziarna czarnego pieprzu (opcjonalnie)
lyzeczka wody z kwiatu pomaranczy (opcjonalnie)
2 lyzki oliwy/oleju

Skladniki nadzienia wymieszalam dokladnie i wyrobilam, dzieki dodatkowi oleju masa powinna byc plastyczna i raczej nie bedzie sie lepic (no dobrze, zawsze lepi sie odrobine).

Ciasto podzielilam na 4 czesci (3 z nich przykrylam), odrywalam od niego kawalki wielkosc niewielkiego wloskiego orzecha i rozplaszczalam do 4-5mm grubosci (w sumie teraz przyszlo mi do glowy, ze cala porcje ciasta moznaby spokojnie rozwalkowac i placuszki wykroic). Placuszek z ciasta umieszczalam w foremce, ukladalam nan kulke daktylowego nadzienia i zalepialam. Operacje ta mozna wykonac rownie dobrze lepiac kulke w rekach, nastepnie nalezy ja tylko splaszczyc. Ma'amoul pieklam w temp. 17
0°C 12-15 minut, az delikatnie sie zaumienily. Ostudzilam, oproszylam cukrem pudrem. Pyszne byly!

* Ciekawa jestem czy Wam tez sie to zdarza? Od dluzszego czasu jako przyprawe dodaje nieparzysta liczbe jakichkolwiek ziarenek (czy to pieprzu, jalowca czy gozdzikow), to samo tyczy sie lisci laurowych czy lisci limetki no i lasek wanilii takze... To jest taka moja, tlumacze sobie ze mala, paranoja :-)

Monday, September 07, 2009

dereniówka


w poprzednim wpisie donosilam, ze moje pierwsze i ostatnie zdjecia z Jerozolimy to zdjecia Shuk'u-targu. Ogromne bylo moje zdziwienie gdy kilka dni temu wrocialm do Pragi, a Ivka zapytala mnie czy pojedziemy na dřínky [pol. dere
ń jadalny, cz. dřín obecný, Cornus mas L.], bo w lot przypomnialam sobie, ze na koniec naszego poprzedniego dwuletniego pobytu w Pradze jechalismy w Czeski Kras, nad krawedz kamieniolomu, gdzies miedzy Svatym Janem pod Skalou a Bubovicami zbierac owoce derenia... Jak napisala mi Ania zatoczylam kolo, teraz widze ze kolejne... A pierwsze spotkanie z 'jadowitym' dereniem opisalam tutaj.

Przez dlugie lata robilam nalewki, ale nie bylam swiadoma ze jest to iscie polski trunek, ze nalewy owocowe robi sie malo gdzie. Wiadomosc ta dotarla do mnie w 100% gdy przyjechalam przed 4-ma laty do Pragi i odkrylam, ze w Republice Czeskiej nie da sie kupic spirytusu, a znajomi pytani o alkohol mocniejszy niz wodka wybaluszali oczy (z rzadka wspominajac absint) i dziwili sie ogromnie po coz mi cos silnější než vodka?

Zastanawialm sie dluzsza chwile od kiedy robie nalewki? Od lat, od dawna. Uczylam sie na podstawie przeroznych receptow, probowalam wielu rodzajow owocow, chyba jedynie nie wyprobowalam tarniny. Po tych wszystkich latach wiem, ze najlepsze nalewki powstaja z 1kg owocow i 1l 70% alkoholu, cukier wedle uznania, w zaleznosci czy nalewka ma byc slodka, czy wytrawna. Pamietac trzeba, i to jest zasada numer jeden, ze nalewka musi lezakowac przynajmniej 3 miesiace - ale powiedzmy
po roku lezakowania smak jest niewyobrazalnie lepszy!

Zerwalysmy w tym roku 4kg owocow derenia, z tego Ivka cale 2kg, tym samym znow beda powstawac w Pradze pravé polské nalewki. Czesc derenia wyladowla jednak w zamrazalniku, nie jestem zaskoczona - przeciez nalezy dowiezc spirytus :-)

Przepis na moja dereniowke:

1 kg owocow derenia
0.5l spirytusu
0.5l zytniej wodki
0.5kg cukru (mozna dodac i odrobine mniej)

Owoce derenia nakluwam (choc z czasem dochodze do wniosku ze ten etap nei jest wcale konieczny), wrzucam do wielkiego sloja i zalewam mieszanka spirytusu i wodki (1:1). Po mniej wiecej 10-ciu dniach ciecz znad owocow zlewam, a pozostaly deren zasypie cukrem. Slojem potrzasam co kilka dni. Po kolejnych kilkunastu dniach zlewam syrop i lacze z uzyskanym wczesniej nalewem alkoholowym, odstawiam do piwnicy na dobre pol roku.
Pozostale owoce zaleje jeszcze wodka i odstawie na miesiac - drugi nalew jest prawie tak dobry jak pierwszy.

PS.1. Polecam tez orzechowke, lecz najlepsza nalewka jaka pilam byla nalewka z czarnych porzeczek sporzadzana j.w. i dojrzewajaca 2 lata, miala delikatny smak przypominajacy Tokaji Aszú 5-cio putonowy.
PS.2. W Pradze jest odrobine cieplej, sadze wiec ze w Polsce wciaz dobry czas na deren, ponoc pojawia sie na targach?Na taki targ moglabym isc z moim ulubionym koszykiem z korzenia sosny (na zdjeciu).

Monday, August 31, 2009

shuk


mango, mango maja!
nectarina sheva shekel...
wrzeszcza, krzycza jak najglosniej sprzedawcy na jerozolimskim Shuk'u

sprawdzilam dzisiaj, pierwsze trzy zdjecia ktore zrobilam w Jerozolimie, to zdjecia z Shuk'u. Dzisiaj tez wiem, ze ostatnie jerozolimskie zdjecia sa rowniez z
Shuk'u (zanim tu wroce, a na dzien dzisiejszy jest to blizej nieokreslona i zapewne odlegla przyszlosc). Obiecywalam te zdjecia, blisko dwa lata temu, a nie zrobilam ich, bo albo sie wybiera pomidory, albo robi fotografie, tak przynajmniej bylo w moim przypadku :-D

Co to wogole jest
Shuk? Dlaczego nie pisze po prostu ze jest to targ i to targ z malej litery? Przeciez slowo shuk [hebr. שוק] w rzeczy samej oznacza targ, targ pod otwartym niebem. Jerozolimski targ w zydowskiej dzielnicy Mahane Yehuda nazywany jest oficjlnie 'targiem Mahane Yehuda', nazwa ta pojawia sie jednak jedynie w prasie czy telewizji, tak naprawde wszyscy mowia Shuk i kazdy wie o co chodzi (jest jeszcze suk arabski na Starym Miescie lecz suk i shuk sie nikomu nie myla).

W miejsce przepisu:
Dla mnie ow jerozolimski
Shuk byl, nie liczac moze archeologii (dodam, ze archeologiem nie jestem:), jednym z ciekawszych doswiadczen izraelskich. Kazdemu polecam! Jestem zdania i powiem to bardzo zdecydowanie, ze jesli chce sie zobaczyc jak zyje sie w Jerozolimie to nalezy byc na Shuk'u, trzeba byc jako fotograf, ale nade wszystko jako uczestnik calego wydarzenia, jako kupujacy trzeba tam byc koniecznie! To jest zjawisko-instytucja, to nie jest taki sobie targ...













PS. Mialam duzy dylemat czy zamiescic 1 zdjecie jak zazwyczaj, czy moze 3 jak w szczegolnych przypadkach? Postanowilam ze bedzie to 13, trzynastka jest bowiem dla mnie dobra liczba...

Sunday, August 23, 2009

lody


ponoc Europe zalewaja upaly, Izrael zreszta tez, jak co roku o tej porze, tyle ze tutaj jest to zupelnie normalne. Od blisko cztrech miesiecy nie spadla w Jerozolimie ani kropla deszczu, temperatury w dzien to min. 30 stopni (tak, tak Celsjusza), czasem mysle ze to nawet nudne tak budzic sie co rana, biec do kuchni i zanim wyjrzy sie przez okno krzyczec "oczywiscie slonce" :) Nie znudzilo mi sie to i zapewne nie znudziloby sie... Dzisiaj jednak ze spokojnym sumieniem moge powiedziec, ze tutejsze lato zaczynajace sie w kwietniu, a konczace w pazdzierniku jest cudowne, codziennie pogoda na wypad nad morze do ktorego, niewazne czy na wschod, czy zachod jechac to tylko 30-40 minut drogi... Ale wszystko co dobre sie konczy, 2 lata mijaja niesamowicie szybko i powrot do Srodkowej Europy zbliza sie wielkimi krokami, krokami mierzomymi na dni juz.

Na pocieszenie i oslode zafundowalam sobie wysmienite lody Ali aka Margot, lody dla ochlody rzecz jasna. Lodow nie trzeba jakos szczegolnie opisywac, zreszta nie chce mi sie specjalnie nic wiecej wymyslac. Jedyne co przychodzi mi na mysl to fakt, ze przez ostatnie dwa lata bawilam sie lodem siedzac przed monitorem komputera kazdego dnia w pracy, a teraz wezme miseczke lodow i pojde upajac sie ostatnimi promieniami slonca, ktore dwa miesiace temu bylo niemal w zenicie...

Domowe lody waniliowe i stracciatella (w oryginale to lody domowe bez maszynki wg Ali):
2 duże jajka
12 dag cukru (w tym w lyzki cukru z wanilia)
300 ml śmietanki
kremówki 36%
1 łyżka przegotowanej ciepłej wody
w wersji stracciatella: 100g dobrej czanej czekolady

Za Ala: ubić białka, dodać połowę cukru, ubić. W innej misce ubić śmietankę . W trzeciej misce ubić żółtka z wodą ,dodać cukier i ew. cukier waniliowy aż zbieleją jajka. Zmieszać delikatnie zawartość trzech misek, nakryć dokładnie folią lub przełożyć do plastykowej z pokrywką. Włożyć do zamrażalnika W oryginale na 24 godziny, ale moje zrobione wieczorem są dobre rano.
Do jednej porcji lodow starlam na grubych oczkach 100g czarnej czekolady z chili - pychota :-)

Z znow PS. I nagrody... Jeszcze raz dziekuje pieknie Tili, An-nie i Viridiance za wyroznienia (i wylosowanie, w ostatnim przypadku :)!
Co moge o sobie napisac? Przeciez ten caly blog to moje jedno wielkie ja, co lubie, co pieke, co wspominam i tego nie zamierzam przestac robic... Dodam tylko, ze probuje realizowac w praktyce powiedznie life is good... Kogo moge wyroznic, skazac tym samym na pisanie czegos o sobie? Wszyscy Ci ktorych odwiedzam zasluguja na nie, mysle ze gdy pisze wiecej niz pyszne ciasto, to juz ta gwiazdka wyroznienia, wymigam sie bezczelnie, wybaczcie, zonk!

Sunday, August 16, 2009

pomidorowa


- zupy zdjedz talerz goracej, pomidorowa, przynajmniej dobra
- mamo, nie chce zupy na listy, chce z mama porozmawiac
- na listy, mozesz rozmawiac i jesc
Dzien Swira (2002), 25. minuta 25. sekunda

Ilekroc slysze czy mysle o dobrej pomidorowej, zawsze przed oczami mam scene z Dnia Swira, scene, w ktorej Adas przychodzi do mamy i mowi o skrzynce, a mama podaje zupe zastanawiajac sie nad zgubnym wplywem pieprzu na nerki, a Adas dalej o skrzynce... Dlaczego zupa jest czasem wazniejsza niz bliscy? Im dluzej nad tym mysle, tym bardziej chce by tak nie bylo... Dlatego obok zupy laduje jakas opowiastka, ktos sie pojawia, cos sie dzieje i znow problem, by nie gadac za dlugo, by umiec sluchac...

Nie przepadalam za pomidorowa w dziecinstwie. Nie przepadalam chyba dlatego, ze moja Mama, milosniczka natki pietruszki (i lawendy), dodawala do pomidorowej garsc owej natki i fakt ow powodowal, ze zupa byla bardzo dobra, ale nie wysmienita. Wiem ze niekiedy tak jest, iz do pewnych smakow przekonujemy sie z czasem, dorastamy do nich? Widocznie doroslam do natki pietruszki - teraz garsciami i do wszystkiego - uwielbam ją (nie, nie, z arbuzem sie nie da, to juz wiem :-)

Babcia Rozia, babcia ktora byla najlepsza Babcia na swiecie, zawsze mowiala o niesfornej corce Niusi, ze gdyby nie rodzila w domu, to nie uwierzylaby ze to Jej wlasne dziecko i na pewno Niusie ktos podrzucil :-) Gdyby nie odziedziczona po Lukaszu Babcia Rozia i jego Mama Niusia, to zapewne nie docenialabym smaku podplomykow, zapewne nie robilabym pomidorowej z lanym ciastem...

Przepis na zupe ze swiezych pomidorow z kluseczkami z lanego ciasta wg Niusi (4-6 porcji):
8 duzych pomidorow (1kg)
pol szklanki jarzynki
szklanka gestej, kwasniej smietany
2 lyzki cukru
sol do smaku
lyzka drobnoposiekanej natki pietruszki (tak, dla mnie moze byc pol garstki, ale wtedy bedzie bunt na pokladzie:)

Niusia nakazala mi pomidory pokroic w cwiartki, wrzucic do gara, zalac szklanka wody i gotowac kilkanascie minut (gotowalam pol godziny). Nastepnie pomidory przetarlam przez sitko, dodalam zmiksowana jarzynke (marchewka, pietruszka, seler, por, lisc wloskiej kapusty gotowane "na kostce", a nastepnie zmiksowane), smietane wymieszana z sola, 2-3 szklanki wody. Zagotowalam powoli, dodalam cukier i natke pietruszki, a na gotujaca zupe wlalam malutkie lane kluseczki z:
3 jajek
6 czubatych lyzek mąki

Zagotowalam i nie moglam sie doczekac, az zupa ostygnie...

PS.1. Na zdjeciu pomidorowej towarzysza placki na sodzie z przepisu An-ny, to tez moj smak dziecinstwa, jeden z ulubionych...
PS.2. Kilkanascie dni temu po powrocie z zakupow z siatka pelna pieknych pomidorow w skrzynce mailowej zastalam e-mail od Olgi ze Smaku Imprezy zaparszajacy do pomidorowej zabawy. W takiej sytuacji zupie pomidorowej nie moglam sie oprzec - dolaczylam niniejszym do akcji Olgi i nawet panzanella o ktorej dyskutowalysmy z Ania poszla w odstawke.
PS.3. Ogromnie dziekuje Tili z Kuchni Szczescia i An-nie z Waniliowo za wyroznienie Makagigi i tym samym mnie, jest mi bardzo milo i oczywiscie sie rumienie ;) Obiecuje napisac jeszcze w tej sprawie, ale dajcie mi prosze chwilke!