Monday, November 09, 2009

ukraiński kożuszek


wyprawe na Sniezke podjelismy juz po raz trzeci, raz zakonczylismy ja wizyta w polskiej restauracji pod Obserwatorium (w ktorej Polacy mowiac po polsku nie moga placic czeskimi koronami), raz siedzac po zawietrznej pod kaplica sw. Wawrzynca. W 2005 owego biegu na Sniezke nie zakonczylismy na szczycie, bo po wizycie w chacie Jelenka, kilka kilometrow od szczytu, zajadajac tvarohové knedlíky s meruňkami postanowilismy nie udowadniac naszym kolegom, ze jednak lubimy biegac na biegowkach i po prostu sobie wrocilismy...

Tak od tamtego czasu wzbudzamy istna sensacje! Otwarcie potrafimy powiedziec, ze nie lubimy czegos co lubia wszyscy, nielada wyczyn, nieprawdaz? W tym roku, ku naszej wielkiej radosci nie bylo wystrczajaca duzo sniegu, by na biegowki sie wybierac, ale i tak nie ustawaly pytania dlaczego nas to nie bawi, a w zasadzie pytania o to, jak nas moze nie bawic cos, co bawi wszystkich, czyli dlaczego nie miescimy sie w normie? Bo tak to w Czechach zazwyczaj jest - nie nalezy odbiegac od sredniej, najlepiej byc takim jak inni i nie zwracac na siebie za bardzo uwagi.

Przezylam miniony weekend, doroczny weekend w Karkonoszach, z gwozdziem programu: wyprawa na Sniezke. Na koniec owej wyprawy, zjadlwszy kynuté borůvkové knedlíky w chacie Růžohorky, zabladzilismy w lesie, w nocy, we mgle, bez latarek, po kostki w mokrym sniegu... Nauczlo mnie to bladzenie, ze nalezy mowic glosno iz idziemy zla droga, niewazne ze 7 osob wie lepiej, a moja postawa odbiega od sredniej...

Przepis na slatake z buraczkami absolutnie zwraca na siebie uwage, ponoc to jest przepis o ukrainskich korzeniach, wiec jemu wolno :-) Przepis wygrzebala Ivka, milosniczka czerwonych buraczkow, ktore srednio sa w Czeachach popularne. Ivka wyprobowuje kazdy przepis na buraczki, jedynie do barszczu nie moge Jej przekonac...

Przepis na salatke "ukrainski kozuszek" (oryg. šuba neboli ukrajincův kožíšek, z ksiazeczki Chytrá kuchařka, Kájina Šponarová, 6-8 porcji):
30dag matjasow, odsaczonych z oleju
1 cebula
3 ugotwowane marchewki
3 duze ugotowane ziemniaki
3 srednie ugotowane buraczki
150ml majonezu
150ml gestego jogurtu naturalnego
sol, pieprz czarny swiezo mielony


Ugotowane w mundurkach warzywa (buraczki nalezy ugotowac osobno) studze, a nastepnie obieram. Na dnie salateki ukladam pokrojone w 7mm paseczki matjasy (1 warstwa), posypuje drobniutko posiekana cebulka, nan scieram na tarce (na grubych oczkach) marchewki, sole, pieprze, rozsmarowuje polowe majonezu wymieszna z polowa jagurtu, posypuje startymi ziemniakiami, znow sole, pieprze, nastepnie tre buraczki. Calosc na koniec przykrywam warstwa majonezu wymieszanego z jogurtem. Pakuje do lodowki na dobre 24 godziny. Wyjmuje z lodowki 2 godziny przed podaniem. Absolutny hit, wszyscy mysla ze to ciasto z wisniami :-)

PS. Nie zeby znowu w Czeskiej Republice bylo tak zle, jest po prostu inaczej, na tyle inaczej ze czasem daje sie to zauwazyc :-)

Monday, November 02, 2009

jibneh


nigdy nie bedzie takiego lata
nigdy nie bedzie takiego lata
nigdy policja nie bedzie taka uprzejna, nigdy
(...)
nigdy nie bedzie tak pysznych ciastek...


Finlandia, Swietliki i Linda, Las putas melancólicas (tutaj Finlandia bez teledysku, ale za to w lepszej jakosci dzwieku)

W sobote ciemno, w niedziele ciemno, w poniedzialek jeszcze dolaczyl deszcz. Ponoc w Skandynawii pocieszaja sie alkoholem? A tu jeszcze nie srodek zimy, to dopiero jesien, chociaz to ponoc ona najbardziej przygnebiajaca pora roku jest? Gdy decydowalam sie na dwuletni pobyt w Izraelu, to nie zdawalam sobie sprawy, ze pierwsza jesien po powrocie bedzie taka... taka ciemna :-) nigdy nie bedzie takiego lata... slonce nie bedzie nigdy juz tak cudnie wschodzic, zachodzic...

Wiec gdy juz wspominam Izrael, a w zasadzie Wschodnia Jerozolime, to jako seroholik uswiadamiam sobie, ze powinnam poswiecic byla niemaly wpis tamtejszym serom. Ach, ale jak to u mnie z planowaniem jest to sami dobrze wiecie.


W miejsce przepisu:

Pierwsze miejsce wsrod bliskowschodnich serow zajmuje bez watpienia labneh, za nim suszony jogurt (o ktorym za kilka tygodni, niech polezy sobie w lodowce), a zaraz za nimi jibneh (czyt. dżibni).
Jibneh, to bialy, zwarty solony twarog, ma wiele wspolnego z dobra, twarda feta i wg. mnie jest conajmniej tak slony jak feta. Jibneh z owczego mleka ma przyjemna "skrzypiaca" strukture. Najwieksza ciekawostka sa ziarenka czarnuszki, ktorymi zazwyczaj jest posypany. W Srodkowej Europie zapewne z lekka niedostepny, ale wszystkim (sobie rowniez) polecam na pocieszenie kupic dobry kawalek fety i:
1. posypac ziarnami czarnuszki
2. pokroic w kostke, panierowac (maka, jajko, bulka tarta) i usmazyc
nastepnie zajadac ze smakiem!
Alez dzisiaj sie wysililam :-)

PS. W zasadzie to przy kazdym moim wpisie moglabym dodawac de gustibus non est disputandum; uwielbiam Bogusia Linde, zwlaszcza tego z Przypadku Kieslowskiego... I co, znow chce powiedziec nigdy?

Monday, October 26, 2009

z dynia i cytryna


wlasnie mialam okazje sprawdzic, w stanach Ilinois i Indiana dynie juz sa wszedzie! W hotelach, w ksiegarniach, na uniwersytetach... O przystrojonych domach, sklepach nie ma co wspominac, tylko na polach kukurydza. Nawet w Pradze w naszej ulubionej kawiarni Café Louvre specjalne dyniowe menu.

Jak tu sie oprzec dyniowemu Festiwalowi ktory proponuje Bea - ani mysle sie wzdrydac, z przyjemnoscia sprobuje dolaczyc! Oczywiscie pomyslalam o pieczonej dyni z jogurtem i mieta, mialam jednak ochote napisac o czyms co jeszcze tutaj nie zagoscilo, o zupie-kremie z dyni aka cytryny nie zalowac. Nazwa zupy sama sie komentuje, cytryna to sekretny skladnik, az niezrecznie przyznac ze chyba wazniejszy od dynii...

"Zupa-krem z dynii czyli cytryny nie zalowac":
pierwowzorem byl przepis na zupe-krem z batatow z niebieskim serem wg.
Midgelet

1kg dyni, pozbawionej nasion i skorki
1 cebula
1 marchewka
bulion, wywar warzywny...
sok z 1/2 cytryny (gdybym gotowala tylko dla siebie dalabym dwa razy wiecej!)
sol, czarny pieprz

Cebule drobno kroje i podsmazam na lekko zloto na oliwie, pod koniec smazenia dorzucam starta na tarce marchewke i podsmazam razem z minute. Nastepnie zalewam warzywa 4-ma szklankami bulionu badz wody (wtedy wrzucam jakas kostke rosolowa), dodaje pokrojona w kostke dynie. Gotuje 20 minut, po czym zupe miksuje, dodaje sok z cytryny, swiezo mielony pieprz i sol. Zupe podaje w jednym z dwu wariantow:

wersja 1 (amerykanska?)
kwasna smietana
pokrojony w kosteczke niebieski ser plesniowy
prazone orzechy wloskie

wersja 2 (bliskowschodnia)
gesty jogurt naturalny
drobno posiekana mieta
drobno posiekana papryczka chili

PS. Na koniec dodam jedynie, ze w ramach niefotografowanego Festiwalu Dynii do chleba dalam prawie podwojna porcje ziaren dynii :-)

http://www.beawkuchni.com/wp-content/festivaldynibanner09.jpg

Monday, October 19, 2009

podpłomyk


czyli skradziona opowiesc. Tak, ten wpis powinien byc zatytuowany skradziona opowiesc... Lukasz opowiada/opowiadal zawsze tak samo: wiesz, najlepszy z chlebow jest podplomyk, Babcia (Rozia, ta od rozkow) piecze go ze dwa razy do roku, no moze czasem trzy, chyba z tego samego ciasta co chleb. Ciasto przygotowyje wieczorem, potem wyrabia nad ranem, a w tym czasie Dziadziu rozpala w piecu, i chodzi dagladac czy od tej wysokiej temperatury nic dookola sie nie zapalilo... Potem jako pierwszy pieka podplomyk, potem chleb... Podplomyk jest najlepszy na swiecie!

I rzeczywiscie jeszcze nie tak dawno na granicy Beskidzu Niskiego i Pogorza podplomyki z ciasta chlebowego pieklo sie (moze i jeszcze gdzies piecze?) w piecu przed wlasciwym chlebem, podobno by sprawdzic czy piec jest dobrze nagrzany... Lukasza Dziadkowie na pewno piekli podplomyk dla wnukow i gosci, raz
dostalam jeszcze cieply kawaleczek, pamietam smak jak przez mgle, ale wiem jak ma smakowac :-)

Przepis na podplomyk Babci Rozi (1/4 porcji):
0.5kg maki przennej chlebowej (najlepiej od Bembna z Moszczenicy:)
szklanka wody
12.5g drozdzy
lyzeczka soli

wieczorem rozczynic 250g maki z drozdzami i woda, zostawic na dobre 12-scie godzin. Nastepnego dnia rano dodac do zaczynu reszte maki i sol. Dobrze wyrobic, tak z 10 minut powiedzmy. Ciasto podzielic na dwie czesci i zostawic na chwilke do podrosniecia. Uformowac kule i nastepnie rozciagnac lub rozwalkowac na placki jednocentymetrowej grubosci, okolo 20-sto centymetrowej srednicy. Piec w 220st. przez 15minut (w oryginale w chlebowym piecu, tuz przed wlozeniem don chleba). Ten ze zdjecia pieklam na lisciu chrzanu, ktory smakuje jak kapusta.
Podplomyk zajadac cieply, najlepiej tylko z maslem.

Niestety podplomyk pieczony z powyzszego przepisu nie ma smaku podplomyka z opowisci i wspomnien, moze dlatego ze piekarnik to jednak nie piec opalany drewnem... Idealny podplomyk osiagnelam jednak z przepisu Jima Laheya z New York Times'a, a u mnie tutaj - tak pieczony podplomyk polecam w ciemno, to tamten smak Lukasza wspomnien, brakuje tylko odrobiny popiolu na skorce!



PS. Troszke niesmialo, bo to pierwszy makagigowy wystep w Swiatowym Dniu Chleba. Wpis co prawda publikuje sie sam w pozniejszym terminie, ale pieklam i pisalam 16-go pazdziernika. Wszytko dzieki Eli, ktora piekla do 3-ciej w nocy, pomyslalam: nie ma mowy, musze, a co! Rozczynilam ciasto z samego rana, poszlam do pracy, a po powrocie w przerwie miedzy pakowaniem i wkladaniem czekoladowego powidla do sloikow pieklam ow podplomyku, pychota, ale na sniadanie smakuje lepiej :-)

[dzień+chleba.jpg]

Monday, October 12, 2009

jabłka w fartuszkach


jabłek w fartuszkach, czyli jablek z konfitura otoczonych maslanym ciastem i zapieczonch, nie jadlam chyba wieki, wieki czyli dobre kilkanascie lat. Nie jadlam, bo sa to slodkosci z serii slodkosci idealnych - troche pracochlonne, ale cudnie wygladaja i
znakomicie smakuja. Prawda jest, ze nigdy wczesniej ich nie pieklam. Zamarzyly mi sie jednak ostatnio - dzisiaj wcale sie nie dziwie, ze jedlismy je raz na 100 lat, upieczenie 8-miu takich jabkluszek sprawia przyjemnosc, ale pieczenie tuzinow juz niekoniecznie.

Zagadnelam Mame jak to z tymi jablkami w fatruszkach bylo? Stwierdziala, ze
byl to jakis stary galicyjski przepis i ze jablka w kruchym ciescie piekla jeszcze wtedy gdy ja jablek nie jadlam, a byla to syzyfowa praca, ciasto pekalo, rozlewalo sie i wogole same tragedie.

Pewnego razu jednak w jakims
czasopismie jakos na poczatku lat 80-tych, wybor jest niewielki, pewnie byla to Przyjaciolka, znalazla Mami inny przepis zatytulowany jablka w fatruszkach, przepis idealny, niewazne ze na 5 szklanek maki nalezalo dodac 0.5kg masla... Wszystko co niezdrowe smakuje najlepiej. A w koncu jablka to owoce, kto by tam patrzyl na ciasto :D nie ma znaczenia co w tym ciescie bylo, zdaniem nas dzieci, Mama piekla jablka w fatruszkach zdecydowanie za rzadko!

Przepis na jablka w fartuszkach mojej Mamy (polowa porcji):
2,5 szkl. maki
25dag chlodnego masla
1 jajko
2 zoltka
1 lyzka kwasniej smietany
1 lyzeczka cukru
szczypta soli

16 malych jablek, maksymalnie 120g kazde (obrac, przekroic w 1/3 wysokosci, pozbawic gniazd nasiennych, podstawe jabkla napelnic plaska
lyzecza konfitury rozanej, kto woli wisniowej lub rodzynkami)

Schlodzone maslo posiekac z maka (potwarzajac za Nela: "siekac tak dlugo, az oba skladniki nabiora konsystencji grubego ryzu"), nastepnie zarobic z jajkiem, zoltkami, smietana, cukrem i sola. Ciasto schlodzic w lodowce - przez dobre 24 godziny. Podzielic na dwie czesci, cienko rozwalkowac (nieco grubiej niz ciasto na pierogi) i oblepic jabkla ciastem - technika dowolna, ja robie to nastepujaco:
ciasto kroje na kwadraty, na kazdy kwadrat klade uprzednio przygotowane jablko, rogi ciasta zakladam w strone ogonka, brzegi zlepiam, ciasto 'przyklejam' do jablka, wystajace brzegi ciasta obcinam, formuje gladka skorke. Tak postepuje do wykorzystania calego ciasta, oczywiscie listki wycinam nim ciasto sie skonczy!
Jablka piec "na zloto" w nagrzanym do 220st.C piekarniku, po 2-3 minutache temperature zmniejszyc do 200 stopni (pieczenie zajmuje 20 minut). Lekko przestudzone posypac cukrem pudrem i zajadac.

Lukasz podsumowal: na szczescie jablka sa caly rok!

PS. Mam tez kilka, jak nie nawet kilkanascie, zaleglych przepisow z Weekendowych Piekarni, ale po minionym weekendzie jest ich o cale dwa mniej. Zrobilam wreszcie rustykalny chleb z gruszkami Ali (przepraszam za zdjecie "przed" ale "po" bylo ciemno, planowalam zrobic wiec zdjecie rano, ale rano nie bylo juz czego forografowac :D):


i bajgle Tatter, z polowy porcji zniknely w pare godzin, z braku maku i sezamu uzylam za'atar i szara kamienna sol z Wieliczki - te z sola byly obledne (tak sie przejelema faktem by zrobic wielkie dziurki, ze zrobilam dziurki giganty, to nauczka na nastepny raz):


oba przepisy doskonale, nic dodac tylko piec!

Weekendowej Piekarni, obchodzacej wlasnie pierwsze urodziny, zycze 100 lat i z okazji tej 'przesylam' jej jablka w fartuszkach :*

i PS. Makagigi bardzo dziekuje Olasz za wyroznienia w 20-stej Foodelkowej edycji!
foodelek: przepisy tygodnia


Monday, October 05, 2009

ziemniaki z ogniska


wydaje mi sie ze wpis ten odpowiedniejszy bylby na poczatek wrzesnia, gdy na czasie ziemniakow kopanie, a temperatury wieczorem nadal na tyle wysokie by sobie z przyjemnoscia usiasc na polu/dworze. Ale co tam, na ostatniego Sylwestra Agnieszka Kreglicka polecala piknik zimowy (PS.1), wiec moze popoludniowe ognisko poczatkiem pazdziernika to nie taki durny pomysl?

Zaproponuje wiec ogniska jesienne - nadszedl czas by wygrabic liscie w ogrodzie/ogrodku, na dzialce/podworku, a po zakonczonej pracy polowej rozpalic chocby male ognisko. Jestem bowiem milosnikiem ognisk! Nie, nie zadowala mnie dym z butelki o zapachu ogniska, nie zadowalaja mnie spalone wczesniej wegle, ogien ma byc zywy i musi plonac.
Od zawsze zreszta slyszalam ze dzieci ktore bawia sie ogniem beda sikac w nocy i zupelnie nie wiem dlaczego nadal to slysze? :-)

A ziemniaki z ogniska? Jeszcze kilkanascie lat temu w Beskidzie Niskim powszechne i niemal obawiazkowe bylo pieczenie ziemniakow na zakonczenie kopania ziemniakow. Ziemniaki pieklo sie wprost w zarze, tak by ich skorka lekko sie zweglila (skorke taka mozna zjadac bez obaw, to wegiel w czystej postaci - carbo medicinalis).
I znow w tym roku nie moglam odmowic sobie przyjemosci parukrotnego ich zrobienia, a bliskim watpliwej przyjemnosci smierdzenia dymem. Sprawdzilam jednak: istnieja muzea i gospodarstwa agroturystyczne ktore organizuja odplatne pieczenie ziemniakow, wiec moi drodzy narzekacze pieczenie ziemniakow to nie taka byle jaka atrakcja!

Przepis na pieczone ziemniaki z ogniska:
sredniej wielkosci ziemniaki (okolo 150g jeden)
Dodatki:
maslo, sol szara kamienna

Rozpalam ognisko, od jednej zapalki, z kora brzozowa (ostatecznie jakies suche liscie, igliwie), niech plonie z godzine drewno ktore zostawia duzo zaru. Gdy zaru juz jest spora kupka rozgrzebuje go i w sam srodek wrzucam dokladnie umyte ziemniaki i dokladnie przysypuje popiolem, na wierzch dorzucam swiezego drewna, niech jeszcze chwile plonie. Gdy zar jest "dobry" (czyli jest go po prostu duzo) to ziemniaki sa upieczone po okolo 25-30 minutach.
Wygrzebuje z zaru ziemniaki, rozkrawam wzdluz na pol, posypuje sola i rozsmarowuje na nich po odrobinie masla - oj zawsze sie ktos oparzy...

PS.1. Od kilku lat Wysokie Obcasy czytuje z opoznieniem kilkumiesiecznym, stad jestem na czasie z potrawami z minionego grudnia.
PS.2. Przez ostatnie dni kompletnie odmowily mi wspolpracy zmysly wechu i smaku, nie potrafilam poczuc czy zakaws fermentuje, czy gruszki sa slodkie, a czy wegierki to naprawde wegierki. Kulinarne plany sie rozsypaly, ale dzieki temu moge dolaczyc do Ziemniaczanego Sezonu u Olgi!
Mowia, ze co sie odwlecze... Mam nadzieje tylko, ze nie podziele na dobre losow pana Duchemin :-)

i PS.3. Makagigi sie bardzo cieszy z wyroznienia w 20-stej Foodelkowej edycji!
foodelek: przepisy tygodnia

Monday, September 28, 2009

z śliwkami i makiem


z moich dotychczasowych doswiadczen (strasznie bogatych, bo az dwuletnich :) wynika, ze jesli w Czechach ktos powie nam, ze ma ciasto ze sliwkami, czyli švestkový koláč, to zazwyczaj ciasto owe bedzie rowniez z makiem... To tak jak w Polsce prawie kazde ciasto z jablkami bedzie z cynamonem...

Drozdzowe to moje ulubione, bo jak pisala ostatnio Polka drozdzowe to najlepsze ciasto jakie ludzkosc wymyslila! Nie moglam wiec odmowic sobie jesiennego drozdzowego z wegierkami, by mialo czeska nute posypalam owym makiem i uslyszalam "ten mak nijak do tych sliwek nie pasuje, ale bardzo dobrze to smakuje"!

I gdybym tak napisala: jak moja babcia piekla drozdzowe to... Ale piekla Mama, ta babcia bardziej ulubiona drozdzowego nigdy nie piekla, a ta ktora piekla, szkoda geby drzec :-) Znalazlam sobie wiec inna drozdzowa babcie - to Marja Disslowa, jej przepis na bulke bardzo dobra jest doskonaly i nawet zarazilam nim Mame, ktora drozdzowym mnie zarazila. Uparta jestem strasznie i na razie innych przepisow na drozdzowe chwilowo nie wyprobowuje, mam ideal, moj ideal oczywiscie :-)

Przepis na ciasto drozdzowe z sliwkami i makiem:
* spod ciasta (wg. przepisu bulka bardzo dobra z "Jak gotowac" Marii Diesslowej, na 1 duza blache)
2 szklanki maki
1.5dag drozdzy
2 lyzki cukru
2 lyzki masla
1 zoltko
1/2 szkl. mleka
duza szczypta soli
cytrynowa skorka (w tym ciescie spokojnie mozna pominac)

wykonanie jak kazde dobre drozdzowe lub tutaj, a do tego:

* 0.5kg wegierek

* grudki makowe:
75g zapazonego i zmielonego maku wymieszanego z
3 duzymi lyzkami miodu

* kruszonka:
2 lyzki masla
2 lyzki cukru
4 lyzki maki

Wyrobione ciasto rozwalkowalam, przenioslam na blache wylozona papierem, poczekalam az dobrze podrosnie (ale nie za bardzo), nastepnie ulozylam na nim polowki wegierek, posypalam grudkami masy makowej, kruszonka. Pieklam 18 minut, poczatkowo w 200st.C z termoobiegiem, po 3 minutach temperature zmniejszylam na 175st.C. I gotowe!
Z ta temperatura pieczenia drozdzowego mam tak, ze lubie ciast niezbyt wiorowate, pieke wiec dobrze wyrosniete ciasto raczej krotko, ta kwestia jest oczywiscie dyskusyjna i spokojnie moze podlegac modyfikacjom :-)

PS.1. Wiem Aniu, to nieladnie, ale na podstawie bulki bardzo dobrej Disslowej stworzylam bulke jeszcze lepsza, to przepis na drozdzowe nieco slodsze, ciezsze i zoltsze.
PS.2. Oczywiscie smazylam tez przez ostatnie dni powidla, klasyczne, dobrze wysmazone - podsumowac to moge tak: z 5kg wegierek po pozbyciu sie pestek zostalo mi 4.5kg sliwek, a po wysmazeniu 1.5kg powidla - uwielbiam ich zapach, nawet nie musze ich jesc.

Monday, September 21, 2009

granat


uwielbiam granaty i wogole nie potrafie powiedziec dlaczego? Fascynowaly mnie na dlugo przed wyjazdem do Jerozolimy, nawet podjelam sie produkcji syropu z granatow na domowa skale, przyznam jednak ze wszyszedl pieronsko slodki i z kwasnym, jedynie lekko slodkawym syropem nie mial nic wspolnego, z dalszych prob zrezygnowalam.

Nie trudno jednak zgadnac, ze w Izraelu pierwszym owocem ktory zwrocil moja uwage byl wlasnie granat (o wdziecznej herbrajskiej nazwie rimon). Gdy pierwszy raz bylam na zydowskim targu akurat bylo kilka dni po swecie Rosh Hashana i targ zalegaly ogromne karminowo-czerwone granaty... Te izraelskie niewiele maja wspolnego z tymi ktore mozna kupic w Srodkowej Europie - izraelskie granaty bowiem sa 2 razy lepsze, 3 razy wieksze i 4 razy tansze. Nawet mimo tych roznic warto sprobowac!

Uwielbiam granaty i wogole nie potrafie powiedziec dlaczego? Nie mialam przez dlugi czas pojecia co z nimi robic, wspaniale byly po prostu jako owoce. Nie dawalo mi jednak spokoju czy nie maja jakiegos dodatkowego zastosowania w kuchni (oprocz wspomnianego syropu)? W Izraelu granat jest symbolem dobrobytu, pomyslnosci, wiec swiezymi ziarenkami granatu mozna posypac praktycznie cokolwiek, bedzie odswietnie i wykwintnie... na przyklad jogurt, a wiec:

Przepis na jogurt z ziarenkami granatu:
kubeczek naturalnego jogurtu wymieszac z
lyzka miodu akacjowego, dodac
2-3 lyzki platkow z dodatkiem otrab (absolutnie najlepsze sa Sante) i posypac
2-3 lyzkami ziaren granatu

Jogurt ten polecam na leniwy niedzielny brunch, oczywiscie oprocz tego musi byc jakas slodka buleczka, drozdzowa najlepiej! ewentualnie kawaleczek kuchego ciasteczka :)

PS.1. W ubiegly piatek rozpoczal sie kolejny zydowski Nowy Rok, z tej wlasnie okazji polecam granaty i miodowe ciasto lekach - shana tova!
PS.2. Na koniec pobytu w Jerozolimie, po godzinach spedzonych na zakupach z Kasia, nabylam dwa ceramiczne granaty naturalnych izraelskich rozmiarow (czyli wielkosci duzego grejpfruta), a to po to by pamietac jak wyglada prawdziwy granat.

Monday, September 14, 2009

ma'amoul


w ubieglym roku z okazji Ramadanu w Jerozolimie wspomnialam drozdzowe nalesniki qatayef (arab. قطايف), ktore Palestynczycy raczej rzadko przyzadzaja w domu, czesciej kupuja je w postaci juz usmazonych drozdzowych nalesnikow, w domach zas zazwyczaj samodzielnie wypelniaja nadzieniem i ponownie smaza. Qatayef jest wszedobylski, nie da sie nie zauwazyc kolejek do sklepikow sprzedajacych owe nalesniki, zwykle po 10, 20 sztuk...

Zupelnie inaczej ma sie sprawa z nadziewanymi ciasteczkami ma'amoul (arab. معمول‎), ktore
sa na ulicach czy w sklepikach praktycznie niezauwazalne. Wiekszosc naszych znajomych mowila, ze ramadanowy posilek, ten tuz po zachodzie slonca, wiencza obowiazkowo nalesniki qatayef i/lub ciasteczka ma'amoul. Ciasteczka rzadko spotyka sie w sklepach, bo zwykle pieczone sa w domu, wedlug domowych receptur. Czasem ciasto na ma'amoul przyzadza sie z grysiku, czesciej zas z grysiku wymieszanego z maka. Nadzieniem moga byc orzechy, ale jako deser na iftar poodaje sie te z daktylami.

Ciasteczkami ma'amoul zazwyczaj przygotowuje sie przy uzyciu specjalnych drewnianych foremek, niektore jak ta na zdjeciu wykonane sa z orzechowego drewna, lecz nawet w Jerozolimie mozna spotkac ludzi ktorzy foremek nie uzywaja. Kiedys nt. owych foremek rozmawialam mailowo z Agnieszka z Kuchni nad Atlantykiem, ktora do ich uzycia nieco mnie zachecila - pomyslalam sobie: jest Ramadan, mam foremki, wreszcie trzeba zabrac sie za cisteczka samemu! Dla porzadku, bylo to 3 tygodnie temu, gdy bylam jeszcze w Jerozolimie...

W przyszla sobote konczy sie Ramadan, wydaje sie ze to dobry moment by o ma'amoul napisac, a tym samym zamiescic kolejny przepis na slodkosci do wypieku ktorych mozna wykorzystac mahlab. Pozostaje jeszcze problem z przepisem - wszystkie arabskie jakie znalazlam zawieraly sam grysik, kazdy moj rozmowca wspomninal, ze ma'amoul tylko z grysiku sa reczej rzadko spotykane i dyktowal przepis w stylu "wymieszaj maka z grysikiem" :) Z kolei w kazdej mojej ksiazce nt. izraelskiej kuchni sa ma'amoul tylko z maki, wybralam wiec przepis syryjskich Zydow. Bedzie to odwazna kombinacja: arabskie ciastka ramadanowe wedlug przepisu na purimowe ciastka bliskowschodnich Zydow z Aleppo :-)

Przepis na
ma'amoul na podstawie Poopa Dweck’s Blog plus moje trzy grosze:
Ciasto:
2 szkl maki
1 szkl grysiku
1-2 lyzeczki drobno utluczonych pestek mahlab
200g miekkiego masla
1/2 szkl cieplej wody

Make wymieszalam z grysikiem i mahlab'em, dodalam maslo, przemieszalam i dolalam wode, po czy wymieszalam dokladnie i wyrobilam, az ciasto osiagnelo gladka konsystencje (jesli byloby wyraznie twarde, nalezy dodac odrobine wiecej wody).

Nadzienie:
500g daktylowej pasty badz drobno posiekanych daktyli
5*
utluczonych godzikow
3* zmielone ziarna czarnego pieprzu (opcjonalnie)
lyzeczka wody z kwiatu pomaranczy (opcjonalnie)
2 lyzki oliwy/oleju

Skladniki nadzienia wymieszalam dokladnie i wyrobilam, dzieki dodatkowi oleju masa powinna byc plastyczna i raczej nie bedzie sie lepic (no dobrze, zawsze lepi sie odrobine).

Ciasto podzielilam na 4 czesci (3 z nich przykrylam), odrywalam od niego kawalki wielkosc niewielkiego wloskiego orzecha i rozplaszczalam do 4-5mm grubosci (w sumie teraz przyszlo mi do glowy, ze cala porcje ciasta moznaby spokojnie rozwalkowac i placuszki wykroic). Placuszek z ciasta umieszczalam w foremce, ukladalam nan kulke daktylowego nadzienia i zalepialam. Operacje ta mozna wykonac rownie dobrze lepiac kulke w rekach, nastepnie nalezy ja tylko splaszczyc. Ma'amoul pieklam w temp. 17
0°C 12-15 minut, az delikatnie sie zaumienily. Ostudzilam, oproszylam cukrem pudrem. Pyszne byly!

* Ciekawa jestem czy Wam tez sie to zdarza? Od dluzszego czasu jako przyprawe dodaje nieparzysta liczbe jakichkolwiek ziarenek (czy to pieprzu, jalowca czy gozdzikow), to samo tyczy sie lisci laurowych czy lisci limetki no i lasek wanilii takze... To jest taka moja, tlumacze sobie ze mala, paranoja :-)

Monday, September 07, 2009

dereniówka


w poprzednim wpisie donosilam, ze moje pierwsze i ostatnie zdjecia z Jerozolimy to zdjecia Shuk'u-targu. Ogromne bylo moje zdziwienie gdy kilka dni temu wrocialm do Pragi, a Ivka zapytala mnie czy pojedziemy na dřínky [pol. dere
ń jadalny, cz. dřín obecný, Cornus mas L.], bo w lot przypomnialam sobie, ze na koniec naszego poprzedniego dwuletniego pobytu w Pradze jechalismy w Czeski Kras, nad krawedz kamieniolomu, gdzies miedzy Svatym Janem pod Skalou a Bubovicami zbierac owoce derenia... Jak napisala mi Ania zatoczylam kolo, teraz widze ze kolejne... A pierwsze spotkanie z 'jadowitym' dereniem opisalam tutaj.

Przez dlugie lata robilam nalewki, ale nie bylam swiadoma ze jest to iscie polski trunek, ze nalewy owocowe robi sie malo gdzie. Wiadomosc ta dotarla do mnie w 100% gdy przyjechalam przed 4-ma laty do Pragi i odkrylam, ze w Republice Czeskiej nie da sie kupic spirytusu, a znajomi pytani o alkohol mocniejszy niz wodka wybaluszali oczy (z rzadka wspominajac absint) i dziwili sie ogromnie po coz mi cos silnější než vodka?

Zastanawialm sie dluzsza chwile od kiedy robie nalewki? Od lat, od dawna. Uczylam sie na podstawie przeroznych receptow, probowalam wielu rodzajow owocow, chyba jedynie nie wyprobowalam tarniny. Po tych wszystkich latach wiem, ze najlepsze nalewki powstaja z 1kg owocow i 1l 70% alkoholu, cukier wedle uznania, w zaleznosci czy nalewka ma byc slodka, czy wytrawna. Pamietac trzeba, i to jest zasada numer jeden, ze nalewka musi lezakowac przynajmniej 3 miesiace - ale powiedzmy
po roku lezakowania smak jest niewyobrazalnie lepszy!

Zerwalysmy w tym roku 3.5kg owocow derenia, z tego Ivka cale 2kg, tym samym znow beda powstawac w Pradze pravé polské nalewki. Czesc derenia wyladowla jednak w zamrazalniku, nie jestem zaskoczona - przeciez nalezy dowiezc spirytus :-)

Przepis:
1 kg owocow derenia
0.5l spirytusu
0.5l zytniej wodki
0.5-1kg cukru
Owocki derenie naklulam, wrzucilam do wielkiego sloja (no dobrze do dwoch:) i zalalam mieszanka spirytusu i wodki. Po mniej wiecej 10-ciu dniach zleje cala ciecz, a pozostaly deren zasypie cukrem, wydaje mi sie ze bedzie to 0.5kg, chce nalewki wytawnej. Po kolejnych kilkunastu dniach zleje syrop i polacze z uzyskanym wczesniej tzw. pierwszym nalewem. Pozostale owocki zaleje wodka i zapewe dam komus w prezencie, a nalewka bedzie czekac do zimy w ciemnym miejscu. Polko od razu przepraszam za brak zdjecia produktu finalnego, toz to wpis w poczatku produkcji :-)

PS.1.
Polecam tez orzechowke, lecz najlepsza nalewka jaka pilam byla nalewka z czarnych porzeczek sporzadzana j.w. i dojrzewajaca 2 lata, miala delikatny smak przypominajacy Tokaji Aszú 5-cio putonowy.
PS.2. W Pradze jest odrobine cieplej, sadze wiec ze w Polsce wciaz dobry czas na deren, ponoc pojawia sie na targach?
PS.3. Pobyt w Pradze ma duzy plus - moge robic zdjecia w swoim ulubionym koszyku z korzenia sosny, nie mialam go sily wiezc na Bliski Wschod.