Monday, July 14, 2014

strudel, z wiśniami



jesli ktoś raz skosztował prawdziwego strudla, będzie już zawsze za nim tęsknił.
Ten wiedeńsko-budapesztanski specjał (na Węgrzech zwany rétes), w czasach
gdy Kraków leżał jeszcze w Europie, równie często goscił na galicyjskich sto
łach.
strona 216, Robert Makłowicz, "CK kuchnia".

nie napiszę dzisiaj wiele nowego, wspomniałam już tutaj kiedyś i trudno mi od tego stwierdzenia uciec: tak, popelniłam kiedyś ten błąd, spróbowałam prawdziwy wiedeński strudel. Było to lat temu z dwanaście, w maleńkiej kawiarence zaraz koło Graben w Wiedniu, kawiarence na ulicy Bognergasse, a może Steindlgasse, trzeba by znów jechać i sprawdzić!

Od tamtej pory strudli upiekłam kilkanaście, wypróbowałam ze trzy przepisy na ciasto i kilka wersji nadzienia: nadzienie klasyczne z jabłkami (+ suszone morele w miejsce rodzynek!), nadzienie ze śliwek, nadzienie z moreli i nadzienie z wiśni - które powala na kolana (przynajmniej mnie;) temu nadzieniu od lat nie mogę się oprzeć. 
Tym razem strudlowe wypieki poczyniłyśmy wspólnie z Ptasią, której ogromnie dziękuje za przedstawienie mi rok temu bezbłędnych wiedeńskich przepisów Cioci Herthy (której przepis na ciasto strudlowe jest wyśmienity) i wspólne pieczenie na odległość!


Przepis na strudel z wiśniami: (ciasto według Tante Hertha's Viennese Kitchen, nadzienie ze wspomnień):

ciasto:
250g mąki
szczypta soli
pól szklanki ciepłej wody
1 łyżka miękkiego masła
1 łyżeczka octu winnego
1 jajko

nadzienie:
1.5kg wiśni
200g cukru
100g masła
50g bułki tartej

Mąkę wsypać do misy, zrobić w środku dołek, dodać szczyptę soli, ocet, masło, wlać letnią wodę i
wbić jajko, ciasto zarobić i wyrabiać aż będzie elastyczne i miękkie (wyrabiam 7-10 minut). Następnie ciasto przykryć nagrzaną miseczką i pozostawić na około 30 minut. W tym czasie wiśnie opłukać, wydrylować i zasypać cukrem, delikatnie przemieszać. Odstawić na około 15-30 minut by puściły sok. Ciasto podzielić na 2 części, rozwałkować bardzo cienko na prostokat 40x70cm mniej wiecej (najlepiej całą operację wykonać za pomocą obrusu - poleacam instruktaż Ptasi), rozwałkowane ciasto posmarować obficie roztopionym masłem, posypać bułką tartą, nałożyć nadzienie (bez soku, który wycieknie z wiśni), zwinąć delikatnie, przełożyć na natłuszczoną blachę, posmarować roztopionym masłem, posypać cukrem (w trakcie pieczenia można posmarować dodatkową porcją masła). Piec 45 mniut w temp. 175. st.C. 
Najlepszy jeszcze lekko cieply, można wspominać wiedenskie kawiarenki.

Monday, July 07, 2014

grilowana papryka, z serem



sezon w pełni letni w kuchni zaczynam zazwyczaj botwinką, sałatą z młodymi buraczkami i bundzem, chłodnikami ze swieżych owoców, bobem, i wyczekiwaniem na fasolkę szparagową. Wtedy rozpoczyna się zarazem sezon ogniskowy, grilowy, rozpoczyna się u nas oscypkiem z ogniska i papryką z grila, na ziemniaczki z ogniska przyjdzie jeszcze poczekać.

Pavel jest mistrzem ognisk i grilowania. Znaczy się grilowania nad ogniskiem, to tzw. hlubočepská metoda, nasi prascy przyjaciele w dzielnicy Hlubočepy nie uznają bowiem grila, hołdują prawdziwemu ogniowi i ognisku. Od lat nad rozpalonym ogniskiem ustawiają grilową kratkę i pieką różne cuda, króluje jagnięcina, wątróbka i moja ulubiona u Pavla pieczona-grilowana papryka z serem, niezwykła jak na Czechy, kraj mięsa, a szczególnie wieprzowiny.

Paprykę faszerowaną serem znaleźć też można w kuchni izraelskiej, np. w książce Janny Gur faszerowana mozzarellą papryka figuruje jako serowy kotlet z papryki czyli  Stuffed Pepper Schnitzel. Sam Pavel mówi, że być może pomysł na swoja pieczoną nad ogniskiem paprykę z serem przywiózł z Izraela... Niewżne skąd, ważne, że jest to coś, bez czego trudno mi wyobrazić sobie teraz wakacje, czy ognisko, grilowanie!


Przepis na pieczoną lub grilowaną paprykę z serem (od Pavla, z drobnymi zmianami):

4 podłużne białe (lub zielonkawe) papryki
10dag białego sera (lub sera feta)
10dag oscypka
10-20dag ulubionego żółtego sera
sól
czarny pieprz świeżo mielony
kilka listków mięty

Paprykę pozbawić gniazd nasiennych nacinając jedynie "na górze" wokół ogonków, tak by nie uszkodzić całych papryk. Biały ser (lub fetę) utrzeć w miseczce z solą i pierzem, dodać starty na tarce o grubych oczkach oscypek i żółty ser, dodać miętę, wymieszać. Serową masą napełnić papryki, na końcu w każdą paprykę wetknąć kawałek ośródki z bułki, nawet pół kromeczki (zapobiega wyciekaniu sera). Papryki grilować/piec do miękkości - około 20-30 minut, w zależności od rozgrzania węgli.
Idealna na lato, choć w zimie z patelni grilowej czy piekarnika też nie najgorsza!

.

Thursday, June 26, 2014

żytnie ciasto borówkowe, czyli mustikkakukko



to raj dla lubiących chleby. Szczególnie chleby z mąki pełnoziarnistej, z żytniej mąki zwłaszcza. Chleby okrągłe, płaskie. Chleby tradycyjne, pachnące zakwasem lub słodem. Finlandia.

Ponadto Finlandia to raj dla miłośników borówek*, brusznic, malin, moroszki, jerzyn, poziomek. W Finlandii wszelkie owocowe dary lasu darzy się szczególną estymą.

Finlandia to raj dla lubiących mąki z pełnego przemiału, to szczególnie raj dla lubiących mąki żytnie! Pełnoziarniste, drobno, średnio, grubo mielone. Mąki z kawałkami ziaren, z otrębami. Ach i kilka innych, których nazw nie chciało mi się tłumaczyć, a do tego słód żytni w przynajmniej dwóch wersjach, dostępne w każdym średniej wielkości sklepie. Wróciłam więc w tym roku z Finlandii nie tylko ze zdjęciami sklepowych półek z mąka wszelaką, wróciłam z kilogramem żytniej mąki i kilogramem słodu żytniego, no i paroma fantami z marimekko, ale to juz inna bajka!


Mustikkakukko (fi. mustikka = borówka, kukko = dosłownie kogut, ale prawdopodobnie pochodzi od niemieckiego Kuchen) to fińskie ciasto żytnio-razowe z borówkami*, dokładniej ciasto kruche, słodziutkie, z dużą porcją zapieczonych borówek. Przepis na nie pierwszy raz znalazłam szukając informacji o fińskich żytnich mąkach. Oczywiście, tak jak tradycyjna fińska mąka to mąka żytnia pełnoziarnista, tak i słodkie ciasto borówkowe nie może się bez niej obyć! Warto spróbować. Łukasz pozytywnie zaskoczony smakiem orzekł: przepyszne, smakuje trochę jak chleb, dobry żytni chleb. 


Przepis na żytnie ciasto borówkowe (jagodowe) czyli mustikkakukko (za "Tasty trip to Finland"):

ciasto:
200g masła
100g cukru
300g żytniej pełnoziarnistej mąki

nadzienie:
300-400g borówek*
100g cukru
1-2 łyżki żyniej mąki

Bardzo miękkie masło (można roztopić i ostudzić) utrzeć z cukrem, a następnie porcjami dodawać mąkę. Utrzeć na gładko, na końcu zarobić, zebrać w kulę. Formę o średnicy 24cm wyłóżyć 2/3 powstałego ciasta, tak by powstał 2-3 centymetrowy rant, wyłożyć nań nadzienie, a wierzch przyryć rozwałkowanym kawałkiem pozostałej 1/3 ciasta. Można też upiec małe porcje ciasta w filiżankach - jak to na zdjęciu - z podanej porcji powstaje 8 porcji w filiżance do espresso i 4 w filiżance do cappucino, wieksze ciasto, choć wyglada nieco mniej atrakcyjnie, jest chyba bardziej praktyczne. Ciasto piec w temp. 175st.C 30 minut (małe porcje wystarczy 20 minut). Podawać z lodami waniliowymi, sosem waniliowym lub po prostu słodką śmietanką. Żytnie, borówkowe, fińskie.



borówki (bot. czarna borówka, Vaccinium myrtillus) zwane są poza Małopolską jagodami ;-)
PS. zdjęcie powyższe oczywiście na materiale marimekko, to w moim ulubionym ich wzornictwie, czyli czerwone na czerwonym :-)

Monday, June 16, 2014

crema di mascaropne, czyli krem mascarpone



"nie jestem masowa" jak to mówi moja Mami, znaczy się nie jestem fanką mas, ciast przekładanych masami, tortów, szczególnie biszkoptów z masą. Torty przygotowuje sporadycznie, raz, góra dwa razy do roku, biszkoptów nigdy. Na co dzień królują u mnie drożdżowe, kruche, ciasteczka.

"Gorsze" niż ciasto z masą może być dla mnie tylko biszkopt z galaretką, a najgorszy z masą i galaretką ;) Ale kremy lubię, kremy to nie masy. Kremy robię i zjadam z przyjemnoscią, i to tym większą, jeśli nie są nadzieniem żadnego ciasta, tak na przykład jest z crema di mascaropone.

Pisałam tutaj przed laty wielu, że crema di mascarpone to deser prosty, wręcz banalny w wykonaniu, łączy w sobie łagodny smak mascarpone i pastelowy kolor żółtek, a delikatna nuta rumowa czy winna nie jest konieczna, ale dodaje uroku. W tiramisu smak mascarpone zupełnie się gubi, crema di mascarpone to zupełnie inna bajka, krem mascarpone podkreśla smak samego mascarpone, a do tego jeszcze ulubione kruche ciasteczka zanużone w owym kremie, mmm...  


Przepis na krem mascarpone, czyli crema di mascarpone (na podstawie poprzedneigo przepisu):

250g mascarpone 
50g cukru (w tym łyżeczka cukru z wanilią)
2 żółtka 
kieliszek wina marsala, vin santo lub rumu (25 ml) 

Żółtka ucieram z cukrem na puszystą masę, po odrobinie dodaję alkohol, na końcu delikatnie mieszam z mascarpone, chłodzę długo (min. 2-3 godziny), a gdy krem jest bardzo zimny zajadamy z kruchymi koglowo-moglowymi ciasteczkami. W sezonie można dodać swieżych owoców :-)
 

PS. Krem przygotowywałam wraz z Alą, Anitką, Eweliną, Majanką i Moniką, dziewczyny w formie deseru z owocami, a ja tylko na kremowo" :) Dzieki dziewczyny za wspolną zabawę!
.

Tuesday, June 10, 2014

łazanki, z młodą kapustą




sezon wiosenny w kuchni zaczyna się zazwyczaj rzodkiewką, masłową sałatą, kromką świeżego chleba z masłem posypaną szczypiorkiem (i solą). Potem długo, długo nic, aż pojawia się rabarbar, ale ten zazwyczaj zjada się na słodko, bywa poczatkiem maja, a ja wtedy czekam i czekam na młode ziemniaczki.

W końcu nadchodzi czas na prawie lato, końcem maja kwitnie róża, początkiem czerwca pojawiają się pierwsze truskawki (zawsze kupowane z wątpliwościa czy będą słodkie, aromatyczne?) i pierwsza młoda kapusta - ta zawsze jest dobra, bo rzeczone młode ziemniaczki bywają różne, kapusta jest moim zdaniem zawsze bez rozczarowań, tzw. bezpieczna. I łazanki też :-)

Łazanki to makaron w kształcie małych płaskich kwadratów, czasem prostokątów (około 2x2cm), póki co znany tylko w kuchni polskiej. Makaron łazanki najczęściej przygotowuje się w okresie zimowym z kiszoną kapustą, rzadziej z kapustą tzw. słodką, czyli nie-kiszoną. Niusia przygotowuje wersję wiosenno-letnią z młodą kapustą - wydają się być dość podobne do łazanek z kapusta kiszona, a smakują zupełnie inaczej - warto sprobować!


Przepis na łazanki z młodą kapustą (od Niusi):

1.5kg młodej kapusty (1wielka główka)
3 duże cebule
olej/masło
2 listki laurowe
7 kulek ziela angielskiego
łyżeczka świeżo mielonego czarnego pieprzu
sól
1/2 kg dobrego makaronu łazanki

Cebulę pokroić drobno usmażyć na złoto na maśle/oleju, pod koniec smażenia dorzucić listki laurowe, ziele i pieprz, przesmażyć razem kilka sekund. Młodą kapustę opłukać, pokroić na ćwiartki i obgotować (5 minut gotowania w zupełności wystarczy). Następnie kapustę odcisnąć i dość drobno posiekać, dorzucić do podsmażonej cebuli, dusić razem kilka minut, do miękkości. Ugotować makaron i wymieszać razem z kapustą. To nasze ulubione wiosenno-letnie obiady.

Monday, May 26, 2014

różany, ryż na mleku



po powrocie z Izraela wiekszość deserów miałam ochotę przyrządzać z dodatkiem kardamonu lub wody różanej, płatków róży, czy różanej konfitury. Najczęściej w wydaniu dwa w jednym: i z kardamonem, i z różą. Czegoż to nie spróbowałam zrobić: brownies różano-kardamonowe, czekoladę kardamonowo-różaną, kardamonowo-różane lody, labneh z różą i kardamonem, szarlotkę z różą i kardamonem, różano-kardamonowych makaroniki, planowałam w końcu chałkę rożano-kardamonową.

Ale po paru latach mi przeszło i połaczenie róża-kardamon przestało mnie fascynować, do tego stopnia, że gdy raz przygotowałam ryż na mleku z kardamonem i wodą różaną (na długo przed książką Jerusalem) orzekłam, że "to nic specjalnego" i już nigdy więcej takiego ryżu nie zrobiłam. Aż przeglądając sobie Jerusalem, piękne zdjęcie przypomniało mi o moim dawnym uwielbieniu. Tyle, że zamieniłam kardamon na mastyks, ewentualnie na mastyks i różę. 

Ryż na mleku, danie zazwyczaj śniadaniowe, kochane przez zwolenników mlecznych zup i, domyślam się, znienawidzone przez ich przeciwników. Akurat ja mleko zawsze lubiłam, a wakacyjny widok ukochanego Dziadka nad talerzem zupy mlecznej pozostał mi przed oczami na zawsze. Stąd do dziś zupy mleczne darze dużą estymą. Chociaż akurat ja najczęściej przygotowuje ryż na mleku jako deser lub jako deser na zakończenie sniadania, zawsze na słodko. Z sentymentu do wspomnień i z miłości do mlecznych słodkości :-)


Przepis na na mleku z różaną nuta (wersja różana ryżu cytrynowego):

1l mleka 
1 szklanka wody 
1/2 szklanki słodkiej śmietanki 
1 szklanka ryżu krótkoziarnistego 
100g cukru 
szczypta soli 
laska wanilii
7 małych kuleczek mastyksu* (opcjonalnie)
1 swieży listek laurowy (opcjonalnie)

do podania: konfitura rożana, płatki róży

Ryż przepłukuję zimną woda, odcedzam i zalewam szklanką wody i szklanką mleka, delikatnie solę, zagotowuje. Do zagotowanego ryżu dolewam pozostałe 3 szklanki mleka, dodaję mastyks, listek laurowy, wanilię, gotuję na średnim ogniu około 20 minut. Następnie dodaje smietankę, słodzę. Gotuję dalsze, mniej wiecej, 5 miunut. Wcinać na ciepło lub na bardzo zimno (chłodzę w małych pojemniczkach w lodówce) podane z łyżeczką konfitury różanej. Mleczne i różane.

 

* zdecydowanie polecam dodatek mastyksu do deserów mlecznych, w moim ulubionym bliskowschodnim malabi sprawdza się idealnie. Ryż na mleku z mastyksem, nawet bez róży czy różanej wody, to też moim zdaniem wspaniała sprawa.

Thursday, May 15, 2014

mejadra, czyli soczewica z ryżem



ulica Yoel Solomon to moim zdaniem najurokliwsza ulica Nowej Jerozolimy (nie najczystsza czy najpiękniejsza, ale urokliwa). Nowej, czyli tej poza murami Starej. Nowej, czyli tej w pełni izraelskiej. Ulica, choć właściwie lepiej nazwać ją uliczką, bo jest szeroka na 5-6 metrów i długa na nie więcej niż 150 metrów. Taka mała ulica, a można na niej znaleźć ze 4 sklepiki z ceramiką, kolejne 5 z pamiątkami, kilka z biżuterią, antykwariat książkowy, sklepik z napojami i gazetami, kilka resteuracjo-barów i jedną kawiarnię, moim zdaniem najurokliwszą kawiarnię w Jerozolimie.

Tmol Shilshom to kawiarnia, kawiarenka raczej, o ciepłym wnetrzu, kolorowym i przyjemnym. W pięknym starym budynku z białego kamienia, z biało-kremowymi elementami starych ścian i bardzo jerozolimskimi okuciami z zielono-niebiesko pomalowanego metalu. A dwa stoliki na balkonie są dopełnieniem ideału (zresztą chyba zawsze są zajęte). Można przyjść poczytać książkę, poroznawiać. Można wpaść na lemoniadę, można na wspaniałą shakshukę i niezły creme brulee... Chyba tutaj pierwszy raz w Izaelu jedliśmy mejadrę, albo przynajmniej zapamiętaliśmy że tam.

Mejadra (aka mujaddara, m'jaddara) to potrawa składająca się z soczewicy i ryżu, niemal zawsze posypana smażoną cebulą, doprawiona głównie kminem. Podawana z jogurtem z miętą jako samodzielne danie lub jako dodatek do kebabów. Jest to podobno potrawa o antycznym rodowodzie, o korzeniach w Persji lub Indiach, dziś popularna w całym świecie arabskim (i widzać żydowskim też;), popularna potrawa wycieczkowa i piknkowa (co wspomina Sami Tamimi w książce Jerusalem). Spokojnie może stanowić samodzielne wegańskie danie, a z jogurtem wegetarianskie. A z jogurtem z miętą to jest dopiero to!


Przepis na mejadrę zwaną tez mujaddara (ze wspomnień i wskazówek z Classic Palestinian Cuisine Christiane Nasser):

1 szklanka brązowej soczewicy
1 szklanka ryżu basmati
3 cebule
oliwa
1/2 - 1 łyżeczka kminu
kawałek kory cynamonowej
3 ziarenka kardamonu
woda
sól, pieprz

do podania: jogurt z miętą 

Soczewicę zalać dwoma szklankami wody i moczyć przez 15 minut, następnie wodę odlać, nalać świeżej i gotować soczewicę 15-20 minut, prawie do miękkości. W międzyczasie obrać cebulę i podsmażyć na oliwie. Zrumienić. Z soczewicy odlać wodę i dodać do niej usmażoną cebulę. Na patelnię wlać 1-2 łyżki oliwy, wrzucić ryż i przyprawy (kmin wcześniej utłuc w moździerzu), podsmażyć przez około 1-2 minuty na średnim ogniu. Następnie wlać 2 szklanki wody i ryż gotować prawie do miękkości. Popieprzyć, posolić. Gdy ryż jest prawie gotowy - wymieszać z soczewicą z cebulą, podsmażyc razem przez 1-2 minuty. I gotowe. Podawać z jogurtem z miętą i z cytrynowa lemoniadą.

PS. Wpis dedykuje Adze, która mi ostatnio o soczewicy z ryżem przypomniała :-)

Monday, May 05, 2014

z syropem sosnowym, placuszki twarogowe



kilka lat temu na drewnianej werandzie u pana Szczepkowskiego zwróciłam uwagę na maleńką ceramiczną czarkę, a na niej fioletowy zasuszony kwiatuszek. Ale to nic dziwnego, przecież do Jurka Szczepkowskiego jeździ się po ceramikę! Po cudowną japońską ceramikę (taką, taką lub taką), ten kwiatuszek to był tylko taki drobny szczegół. Rok później zachwyciłam się wielką butlą z nalewką wiśniową, stała w izbie, w której byłam przed laty blisko dwudziestu, gdy mieszkał tu jeszcze znany beskidzki pisarz. Ale to jeszcze nic dziwnego, przecież wielu robi nalewki. 

Przed niespełna rokiem, robiąc zdjecia tej cudownej ceramiki podczas rutynowego wyjazdu "na ceramikę", wypatrzyłam w oknie słoiki i słoje z zasypanymi cukrem pędami sosny i zasypanymi cukrem borówkami, wyglądały jak kiedyś u mojej babci. Widać, że istnieją na świecie miejsca, w których dobre rzeczy nigdy nie ustąpią mejsca "lepszym".

A to wszystko w Beskidzie Niskim, w Czarnem, w jednej jedynej w Czarnem zagrodzie, zresztą od nazwy miejscowości tej nazwę wzięło znane wydawnictwo. Ale Stasiuka czytam w domu, w serce Beskidu jeżdże po ciszę, po widoki i po... ceramikę.

Syrop sosnowy czy dokładniej syrop z pędów sosny, to jak sama nazwa głosi syrop o smaku sosnowym przygotowywany poprzez zasypanie pędów sosnowych cukrem. Pędy sosnowe zbierało się w Beskidzie zazwyczaj początkiem maja (choć w Pradze można już od połowy kwietnia), potem macerowało w cukrze, zlewało syrop i przechowywało "na wszelki wypadek". Mnie to "na później" nie zadowala i dodaję syrop sosnowy do sałatek owocowych, lodów i placuszków-racuszków, po co czekać "na poźniej"?


Przepis na placuszki twarogowe z syropem sosnowym (czyli moja wersja "pancakes"):

200g płatków owsianych (2 szklanki)
250ml mleka
250g mielonego twarogu*
2 łyżki miodu
2 jajka
szczypta soli
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
duża szczypta sody oczyszczonej
100g mąki

do podania: syrop sosnowy, jogurt naturalny, dżem lub swieże owoce

Płatki owsiane zalać mlekiem i odstawić na 15 minut by napęczniały. Potem dodać twarożek, miód, sól. Mąkę wymieszać z proszkiem, sodą i porcjami dodawać do twarogowej masy. Wymieszać, odstawić na 5 minut. Następnie placuszki smażyć porcjami na suchej patelni (bez tłuszczu). Podawać polane syropem sosnowym, z jogurtem naturalnym i ulubionym dżemem lub swieżymi owocami. Na śniadanie jak znalazł!

 

* z powodzeniem może to być miękki twarożek lub serek homogenizowany

Monday, April 28, 2014

granola z patelni



ostatni raz widzieliśmy Viki 5 lat temu, na początku maja. Byliśmy u Niej w mieszkaniu w jerozolimskiej dzielnicy Beit HaKerem, jakies 700m w lini prostej od kampusu Givat Ram, ale co z tego, jak mówiła Viki, że mieszkam tak blisko uniwersytetu, gdy te 700 metrów pokonuje się "wertykalnie" i jeździła do pracy swoim zdezelowanym samochodem, który zawsze naprawiali Jej znajomi Palestyńczycy.

Było to nasze ostatnie spotkanie. Spotkanie, które było, chciałoby się powiedzieć, takie zwykłe. Siostra Viki, Nina, organizowała kolację dla kilku przyjaciół, na którą podawała włoski makaron, sery (ze wspaniałym manchego) i ulubione lody Viki z gelateriana italina, których nie powinna była nigdy jeść - pamiętam dobrze, że Nina wspominała o tym nawet wtedy, gdy sama dała Jej maleńką łyżeczkę, bo przecież "nie powinna". Przypomniała mi się niedawno ta sytuacja przy okazji lektury artykułu o ostatnich marzeniach chorych na nowotwór; uświadomiłam sobie, że Viktoria wtedy te zakazy skwitowała słowami "przecież nic mi już nie zaszkodzi, na pewno nie gałka lodów"!

Granolę głównie właśnie dzięki Viki. Nie jadała śniadań, ale w okolicach południa zawsze zamawiała granolę, jak i wtedy, gdy była z nami pierwszy raz na shuku i w Lehem Erez. Nigdy nie wiemy z czym się nam ktoś będzie kojarzył, nie wiem, czy mamy na to wpływ, myślę o Viki zawsze, gdy otwieram słoik z granolą, myśle o jej uporze, bezpośredniości i tym, że po ostatnie chwile życia mówiła, że mimo tego, ze życie bywa okrutne to warto żyć.



Granola to potrawa zazwyczaj śniadaniowa, składająca się z płatków owsianych pieczoych w miodzie lub syropie, niemal zawsze z dodatkiem orzechów i suszonych owoców. Podawana z zimnym mlekiem lub jogurtem. Sposób na granolę "z patelni" jest szybki i łatwy do przygotowania w niewielkich porcajach, w smaku na jaki akurat w danym tygodniu mam ochotę, bez potrzeby rozgrzewania piekarnika. To nasza wresja ulubiona, często zwana przez nasz pieszczotliwie granule*.


Przepis na granolę z patelni (czyli moja wersja granoli):

125g miodu lub syropu**
25ml łagodnej oliwy
szczypta soli
200g płatków owsianych
50-100 g orzechów
50-100 g bananów suszonych
suszone owoce (np. daktyle, borówki, truskawki)


Na patelnię wlać miód i syrop (u mnie najczęściej syrop cukrowy i miód 1:1) oraz oliwę, zagotować i gotowaę na małym ogniu 1 minutę. Następnie do syropu wrzucić płatki, grubo mielone orzechy, suszone banany, wymieszać. Smażyć całość na małym ogniu przez około 5-7 minut. Dodać pozostałe ulubione suszone owoce, pozostawić na patelni do całkowitego wystygnięcia. Potem zamknać w szczelnym słoiku i czekać, aż trzeba będzie przygotować kolejna porcje.

 

* granule to po czesku karma dla zwierzat ;-)
** może to być sam miód, może też to być syrop cukrowy (np. golden syrup czy schenkstroop), syrop klonowy czy syrop daktylowy, co kto lubi.

Monday, April 14, 2014

mazurek kruszonkowy



święta Wielkanocne 2008 spędziliśmy w Jerozolimie. Nie wiem dlaczego, ale nie piekłam wtedy mazurków tylko hamantaschen, które jedliśmy w drugi dzień świąt i babki drożdżowe (z rodzynkami w rumie), które jedliśmy ze swieżymi truskawkami, z upraw miejscowych, na koniec wielkanocnego śniadania.

A na spacer po tym śniadaniu postanowiliśmy pójść na Górę Oliwną. Był 23. marca i słoneczny dzień, bardzo słoneczny dzień. Przed nami było do przejścia jakieś 3 kilometry, jak to w Jerozolimie, większość z tego pod górę, no ale w końcu na Górę mieliśmy iść. Połowa wycieczki "wymiękła" po jednej trzeciej drogi, w parku Tabachnika. Za połową drogi, przy punkcie widokowym na Pustynię Judzką, postanowili wrócić do domów kolejni. Chyba nie spodziewali się temperatury 30-stu stopni Celsjusza w drugiej połowie marca.

Jednak my z Ewa podjęliśmy wyzwanie i na Górę Oliwną z Mount Scopus doszliśmy na nogach. Szliśmy dość niedzielnie wystrojeni, niektórzy z nas w korale. I doszliśmy mimo tego, że po drodze zagadywała nas zaciekawiona palestyńska młodzież pytaniami "po co w taki upał idziecie?" jakby imputując, że nie ma po co. Zapytałam dla pewności wczoraj Łukasza - co tam wtedy robiliśmy, a Łukasz, jak zwykle ze stoickim spokojem odrzekł "parzyliśmy na Święte Miasto".

Z najmłodszych lat dzieciństwa pamiętam, że babcia Hela piekła na Święta przyjamniej ze dwa mazurki. Zasięgnęłam języka u Mamy i okazuje się, że najczęściej babcia robiła najprostsze kruche mazurki przekładane konfiturą i chyba z kruszonką albo kratką z kruchego ciasta (w sumie nie tak dalekie od tych wspomnianych hamantaschen, czyli kruchych ciasteczek z konfiturą). Postanowiłam w tym roku nie myśleć wiele i upiec taki "podstawowy" mazurek, choć wiem, że za parę dni jeszcze upiekę mój ulubiony mazurek z koglem-moglem. Słodkich Świąt!


Przepis na mazurek kruszonkowy (próba odtworzenia tego, co dawne):

300g mąki
150g masła
75g cukru
2 żółtka
200g dobrej konfitury lub powidła

kruszonka: 50g masła, 50g cukru, 75g mąki

Masło utrzeć z cukrem, dodać żółtka i znów utrzeć. Do maślanej masy stopniowo dodawać mąkę i ucierać na gładką masę. Ciasto rozłożyć cienką warstą na dużej blasze, wyrównać (można i rozwałkować), na wierzchu rozsmarować konfiturę (u mnie wiśniowe powidło), posypać grudkami kruszonki zagniconej z wymienionych wyżej składników. Piec 25 miunut w temp. 175st. aż delikatnie się zrumieni. Kruszonkowy.


PS. Mazurki piekłam w doborowym towarzystwie mazurkowych bab, czyli Anitki, Alinki, Majanki i Moniki, dzieki dziewczyny za wspólne szaleństwa!