Sunday, December 21, 2014

pierniczki 2014, pierniczki nadziewane



dobrych
rodzinnych
Świat życzą
B i Ł + E


w tym roku nie mogłam się doczekać pieczenia pierniczków, nie mogłam doczekać się grudnia (teraz już chyba wiem dlaczego;). W tym roku czekałam na grudzień niecierpliwie. O piernikach marzylam gdy kończyło sie lato. Szukałam argumentów, że wrzesień to już "przed Świętami". Z tej niecierpliwości wymyśliłam sobie, że po 23 września jest jesień, więc to tak jakby grudzień, a wiec 23 września upiekłam pierwsze tegoroczne pierniczki - pierniczki nadziewane*.

Średnio raz na dwa lata odrobinę zmieniam recepturę ulubionych pierniczków. Nadal piekę pierniczki mojej Mamy (z połowy porcji), ale też swoja wersję na pierniczki bez tłuszczu, co roku dodaję trochę innych przypraw - w tym roku tylko czarny pieprz, cytrynę i bimber. 
Dwa lata temu pomyślałam by upiec pierniczki bez karmelu, bez przypraw - wykorzystałam przepis na miodowe ciasto na tort rumuński, a następnie pierniczki przełożyłam powidłem, to był hit. Rok temu jako nadzienia użyłam powidła gruszkowego - to pierniczki luksusowe - na dobre, nadziewane Święta!


Przepis na pierniczki nadziewane/przekładane (taki sobie wymyśliłam):

CIASTO (jak na tort rumuński):
250g mąki 
75g orzechów 
120g cukru 
120g miodu 
1 duże jajko 
1/2 łyżeczki sody

NADZIENIE: słoiczek powidła gruszkowego lub śliwkowego
bądź nadzienie z orzechów

POLEWY: lukier i ciemna czekolada

Jajko utrzeć z cukrem, dodać miód, a następnie mąkę wymieszna z sodą i orzechami (połowa orzechów zmielona grubo, pół bardzo drobno), zagnieść ciasto. Ciasto podzielić na 2 części, wałkować na grubość 4mm, wycinać pierniczki i piec na złoto w 160-170st.C około 12 minut. Po upieczeniu pierniczki przełożyć nadzieniem (moje ulubione z powidłem gruszkowym) i polać ulubioną polewą (polewam na czarno-biało: paseczkami czekolady i lukru). Następnie ciasteczka odłożyć na 1-2 dni by nieco nawilgły. Przekładane, nadziewane to pierniczki!


* właśnie sobie uświadomiłam, że smak nadziewanych pierniczków poznałam początkiem lat 80-tych dzięki uprzejmości pana Emila Karpia, sąsiada z górki ;-)


PS. Pierniczki piekłam w ramach Majanki 8-go Festiwalu Pierniczków
.

Monday, December 01, 2014

barszcz czerwony




zapytałam rano Łukasza, co mogę napisać o barszczu. Nim sama zapytałam czyżby skończyły mi się historyjki? zastanowił się chwilkę i rzekł "napisz, że w Izraelu, w przeciwieństwie do Czech, buraki czerwone są popularne i bardzo lubiane!" I to jest prawda, o ile 9 lat temu kupić czerwone buraki w Pradze, to był nielada wyczyn, to w Jerozolimie nie było z tym większego problemu. Czyżby to dowodziło mojej tezy, że Jerozolima jednak leży w Galicji? Niemniej jednak tak oto przypomniałam sobie, że w Yerushalaim, lat temu 7, nauczyłam się gotować barszcz Niusi.

A nigdy nie byłam szczególną miłośniczką barszczu czerwonego. W moim domu rodzinnym robiło sie bowiem barszcz na zakwasie zabielany śmietaną, nawet na Wigilię, gdy to potrawy miałyby być postne. Aż poznałam Łukasza. Jego mama Niusia robi barszcz czerwony i to zarówno bez zabielacza i bez zakwasu, barszcz słodkawy i bardzo kwaśny za sprawą cytryny, dla mnie idealny. Zamiast cytryny można oczywiście spokojnie dodać zakwasu, ważny jest jednak moim zdaniem ten dodatek odrobiny cukru i jeszcze tych dwóch ząbków czosnku!

Barszcz czerwony to, wydaje mi się, najbardziej polska z zup (choć niektórzy pewnie wybiorą rosół, ale ten tak oryginalny nie jest). Jest to podobno zupa wschodnio-europejska, na pewno bardzo polska i ukraińska, czyżby galicyjska? ;-) Podstawową cechą czerownego barszczu jest fakt, że jest przygotowywany z czerownych buraków i jest kwaśny, reszta zdaje się być kwestią interpretacji. Może być na zakwasie, z sokiem z kwaśnej kapusty, ale też z octem (nie wyobrażam sobie) czy sokiem z cytryny, ze śmietaną lub bez, na bulionie lub postny, och setki możliwości, ja najbardziej z tego wszystkiego lubię ów słodkawy.


Przepis na postny barszcz czerwony Niusi (kwaśny, nawet bardzo) ~4 porcje:

1kg czerwonych buraków 
2 buraki dodatkowo "na kolor"
2 litry wody
2 liście laurowe
7 kulek ziela angielskiego
7 kulek czarnego pieprzu
2 marchewki
1 pietruszka
kawałek selera
1 średnia opalona na ogniu cebula* 
sok z jednej cytryny (lub zakwas)
2 duże ząbki czosnku
1 łyżka oliwy
1 płaska łyżeczka soli
1 łyżka cukru
natka pietruszki, czarny pieprz swieżo mielony

kilogram buraków obrać, pokroić na kawałki, wrzucić do gara wraz z marchewką, pietruszką, selerem, cebulą, zalać dwoma litrami wody i zagotować. Dodać liście laurowe, ziele, pieprz, gotować aż buraki będą miękkie, około 30-40 minut. Następnie zlać znad warzyw cały płyn, dodać do niego sok z cytryny (zamiast cytryny można dodać 1/2 szklanki żytniego kwasu), ząbki czosnku, łyżkę oliwy, sól, łyżkę cukru (można nawet dwie). Dorzucić 2 buraki "na kolor", uprzednio obrane i pokrojone w drobną kostkę. Podgrzać do temperatury 80st.C, ale uważać, by barszczu nie zagotować! Można przecedzić, buraków dodanych "dla koloru" nie wlewam do filiżanek, dodać natkę, popieprzyć. I gotowe, zazwyczaj wcinamy z pasztecikami, póki co nie mam serca do lepienia uszek ;-) 


*  opalona na ogniu cebula = cebula przypalona płomieniem palnika, taka jaką np. w Małopolsce dodaje się do rosołu

PS. Wpis dedykuję Agnieszce, a dodatkiem korzeni jak pieprz czarny i ziele angielskie (i liść laurowy?) dołączam z kilkudniowym wyprzedzeniem do Ptasi Korzennego Tygodnia :-)
.

Thursday, November 13, 2014

zupa, z pasternaku



karpiele ci położyłem na balkonie powiedział rano Łukasz, gdy przyniósł warzywa przywiezione prosto z Beskidu Niskiego. Tamtego dnia przeszedł samego siebie, gdy nalewałam wieczorem do miseczek zupę, to szybko dokonał oceny ich zawartości i wystrzelił: wygląda jak zupa z brukwi, czy co to tam właściwie jest. Po tym stwierdzeniu mógł się odkupić tylko samodzielnym ręcznym robieniem makaronu na jeden z kolejnych obiadów!

A to był pasternak, najprawdziwszy od mojej Mami, ale Łukasz nie odróżnia brukwi od karpieli, zresztą ja też nie odróżniam, a tu się okazuje, że akurat brukiew to dokładnie to samo co karpiele. Na swoje usprawiedliwienie dodaję tylko, że pasternaku od pietruszki nie odróżnia nikt z moich znajomych, no może poza paroma blogerami kulinarnymi :-)

Pasternak to warzywo które nieodparcie kojarzy mi sie z moją Sis i Anglią. Pasternak ma w swoim smaku coś z selera, z wyglądu trochę z pietruszki, jest moim zdaniem łagodniejszy niż wymienione warzywa, słodszy, wydaje mi się, że jest trochę przez nas niedoceniany. Sama potrafię bowiem przyrządzić pasternak tylko na jeden sposób, na sposób wspaniałych miodowych pasternakowych frytek mojej siostry Gosi. A nie, po dzisiejszym wpisie dochodzi jeszcze drugi przepis - taka zupa: gruszka z ziemniakiem, z pasternakiem! 


Przepis na zupę z pasternaku (inspiracja zupą Miriam z pasternku i soczewicy):

3/4kg-1kg pasternkau
1/2kg ziemniaków
3 szalotki
1-2 dojrzałe gruszki 
2 łyżki oliwy
1/2 szkl białego wina
1/2 szkl warzywnego bulionu
1/2 szkl śmietanki
mała łyżeczka miodu (opcjonalnie)
sól

do podania: gruszkowy proszek lub podprażone orzechy 
opcjonalnie: domowe pasternakowe chipsy

Szalotkę drobno posiekać i usmażyć na złoto na oliwie. Pasternak i ziemniaki obrać i pokroić w grubsze kawałki, wrzucić do garnka z podsmażoną szalotką i zalać 3 szklankami wody.Gotować aż warzywa zmiękną. W międzyczasie dorzucic gruszki, dolać wino i bulion. Gdy warzywa są miękkie wlać śmietankę, dodać miód, posolić i zagotować. Zestawić z ognia i zmiksować (można nieco rozcieńczyć wodą). Przed podaniem posypać gruszkowym proszkiem lub orzechami i pasternkowymi chipsami. Zupa jest gęsta, kremowa, z wyraźną faktura zmiksowanego pasternaku. Taka jesienna zupa.

* gdybym w miejsce gruszkowego proszku zupę posypała grubo siekanymi orzechami, wtedy w sam raz nadała by sie do Orzechowego Tygodnia Anitki ;-)
.

Wednesday, October 22, 2014

syrop z owoców dzikiej róży



owoce dzikiej róży w Małopolsce potocznie i powszechnie zwie się "kogutkami". Kogutki, kogutków, kogutkami... Tak, kogutkami natarł był sobie raz twarz mały Łukasz, kiedy to uprzejmi koledzy powiedzieli mu, że te korzystnie wpływają na cerę. Metody tej Łukasz jednak nie poleca, ale taki syrop z kogutków to już całkiem coś innego!

W tym miejscu, chciałam podkreślić, że zbieraniem owoców dziekiej róży nie należy się spieszyć, jak z śliwkami węgierkami. Owoce róży najlepiej zbierać w listopadzie, gdy są już bardzo dojrzałe, a wręcz przemrożone. Kogutki najlepsza są miękkie, gdy lekko zgniecione w palcach rozpływają się. Wtedy owoce róży mają jakby suszony aromat i wyraźnie wyczuwalny smak vibovitu ;-)

Przepis na syrop z owoców dzikiej róży zawdzięczam pewniej sympatycznej Aśce, krótra kilka tygodni temu napisała do mnie z pytaniem, czy może nie mam sprawdzonego przepisu na syrop z owoców dzikiej róży. Wtedy nie miałam. Dwa czy trzy dni później, po Jej mailu, w czeskim magazynie Apetit trafiłam na przepis na syrop z owoców róży, pewnie bym na niego niw zwróciła większej uwagi, bo marmolada z róży jest trochę pracochłonna i się do niej zniechęciłam... Ale przepis na syrop z kogutków publikuję :-) Asiu pozdrawiam, bez Ciebie syropu by nie było, a ten syrop jest swietny.
  

Przepis na syrop z owoców dzikiej róży, syrop z kogutków (luźno na podstawie przepisu z magazynu Apetit):

1/2 kg dojrzałych owoców dzikej róży
1 i 1/4 litra wody
300g cukru  

Dojrzałe owoce dzikiej róży (najlepiej zbierać w listopadzie, a jeśli zerwmiemy wcześniej, to polecam owoce pozostawić na 3-4 dni w ciepłym miejscu w domu by zmiękkły!), przepłukać dokładnie w wodzie, pozbawic tym samym czarnych pozostałości kwiatostanu. Następnie wrzucić do garnka i zalać 1/2 litra wrzacej wody, całość zagotować i gotować przez 1 minutę. Gaz skręcić i pozostawić różę by ostygła. Przestygnięte kogutki wraz z płynem przecierać porcjami przez metalowe sito (średnio-gęste). Przretarty płyn odstawić, a owoce róży ponownie wrzucić do garnka, zalać znów 1/2 litra wrzącej wody i pozostawić na kilka minut by się macerowały, dokładnie wymieszać, można też owoce dodatkowo zgnieść łyżką. Owoce przecedzić (płyn zlać do poprzedniej porcji), owoce znów zalać w garnku wodą, tym razem 1 szklanką, zamieszać i znów przecedzić. Następnie przetarty płyn zagotować (owoce wyrzucić), dodać cukier, gotować pare minut by syrop trochę się zagęścił. Uzyskałam nieco ponad 3/4 litra syropu. Pić rozcieńczony wodą. Lepszy niż myślałam! 


* po kilkunastu minutach od wlania do butelek syrop zaczyna się powoli rozwarstwiać, należy go wymieszać przed wlaniem do szklanek.

Thursday, October 16, 2014

chleb na kamieniach



jest w Izraelu chleb, który zwie sie chleb marokański (hebr. לחם מרוקאי, czyt. lehem marokai), chleb przypominający raczej podpłomyk, chleb ciężki z grubszej, ale jasnej mąki (na zdjęciu tutaj oryginał). Chleb, który my nazywaliśmy "chlebem z cudownego rozmnożenia chleba". Jest to bowiem chleb o wyglądzie płaskiego placka z pofałdowanym spodem, chleb który może kojarzyć się z chlebem pierwotnym, od wieków wypiekanym według zapewne prostego przepisu, chleb który jednoznacznie przywodzi na myśl czasy sprzed paru tysiecy lat...

Poszukiwanie przepisu na ów izrealski marokański chleb zajęło mi kilka lat i to z marnym skutkiem. Idealnego przepisu, z którego możnaby upiec cos podobnego nigdy tak naprawdę nie znalazłam. Chleb ten nie smakował jak pieczony na mące jasnej lub chlebowej, co podają przepisy. Również w przepisach kuchni marokańskiej nie udało mi się wiele znaleźć. W końcu zdeterminowana wzięłam podstawowy przepis na chleb pita i zrobiłam do używając grubej mąki (czy semoliny). Dzięki temu, za trzecim co prawda razem, z potwornie gorącego piekarnika wysypanego kamieniami wyjełam chleb, który już niemalże smakuje tak, jak ten ze wspomnień.

Chleb pieczony na kamieniach (w Izraelu zwany chleb marokanski) to mój izraelski święty gral numer jeden (zaraz obok przepisu na halvah, którego również uparcie od lat poszukuję). To płaski, dość wilgotny, nieco przypalony chleb, a właściwie nawet podpłomyk. To chleb, który na spodniej stronie ma wyraźne ślady odciśnięte od kamieni na których był pieczony. To chleb zapewne z semoliny. To chleb który smakuje najlepiej gdy piecze się go w bardzo wysokiej temperaturze i lekko przypali, wtedy nawet można darować sobie kamienie ;-)


Przepis na chleb pieczony na kamieniach (próba odtworzenia wspomnień*): 

100g mąki pszennej chlebowej
400 g semoliny (bądź grysiku, kaszy manny)
300ml letniej wody
25g swieżych drożdży
1łyżka oliwy
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli

Rozczyniłam 100g mąki chlebowej z wodą, cukrem i drożdżami, odstawiłam na 15 minut. Po tym czasie do zaczynu dodałam semolinę, oliwę i sól, wyrobiłam łyżką przez około 5 minut (można i ręcznie). Pozostawiłam do wyrośnięcia (1-1.5 godziny). Wyrośnięte ciasto złożyłam 2-3 razy na pół, następnie podzieliłam na dwa placki, uformowałam z nich dwa podpłomyki o średnicy mniej więcej 20cm i pozostawiłam do wyrośnięcia na 30 minut. W tym czasie piekarnik nagrzałam do 270st.C, do piekarnika wstawiłam okrągłą blachę wysypaną czystymi okragłymi kamieniami. Wyrośnięty chleb (1 sztuka) ułożyłam na gorących kamieniach, wraz z blachą, na której znajdowały sie kamienie ostrożnie włożyłam do piekarnika i piekłam przez 15 minut. Potem upiekłam drugi placek. Przepyszne, szczególnie lekko przypalone!


* w tym miejscu serdecznie dziekuję Agacie (zwanej przez nas czasem Aga Ciapał :-) za pomoc w tłumaczeniach i chlebowych dociekaniach!

PS. Chleb na kamienicha upieklam z okazji Zorry Światowego Dnia Chleba.
.

Tuesday, October 07, 2014

suszone gruszki, gruszkowy proszek, pracharanda



pierwszy raz o suszonych gruszkach usłyszałam w Czechach przy okazji przepisu na valašské frgále, czyli wschodniomorawskie wielkie słodkie kołacze na bardzo cienkim cieście*. Do owych wielkich placków często jako nadzienie przygotowuje się powidło z suszonych gruszek. Jak żyję w Czeskiej Republice (dobrze, w Pradze), suszonych gruszek nie widziałam, ani w sprzedaży, ani też nie słyszałam o takowych od żadnych znajomych. Ale upłynęło kilka lat i znów o nich przeczytałam.

Moja ulubiona współczesna czeska autorka kulinarna, Petra Pospěchová, w swej pięknej książce "Regionální kuchařka" wspomina, że na Horácku nie dość, że suszy się gruszki, to jeszcze owe suszone gruszki (czyli hruškové křížaly) podsusza się tak, by były zupełnie kruche i dały sie zmelić na proszek zwany pracharanda, znany wielu Czechom z bajek i opowieści.

Pracharanda to suszone na pył gruszki mielone na drobny proszek. To przysmak, który ponoć należy traktować jako przyprawę. Można takim proszkiem posypać słodkie knedle, kaszki na słodko, czy placki z brukwii. Gruszki dawniej suszyło się w letnim piecu przy kuchni kaflowej, dziś coraz częściej w piekarniku. I tak naczytałm się i ususzyłam piękne żółte gruszki (czterech różnych odmian), a potem zmieliłam na pracharandu. Pychota!


Przepis na pracharandu, czyli proszek z suszonych gruszek (by odtworzyć, co zasłyszane):

12 dojrzałych gruszek
czas

Gruszki pokroić na cieniutkie plasterki, około 3mm. Rozłożyć na 3 wielkich blachach, bezpieczniej na papierze do pieczenia. Suszyć w piekarniku nagrzanym do 70st.C przez kilka godzin (+/- 5h). Zazwyczaj suszyłam gruszki około jednej godziny rano i wieczorem, tak przez około 3 dni, za każdym razem po suszeniu chłodziłam je przez otwarcie piekarnika. Tak wysuszone gruszki są lekko gumowe, można je już zajadać lub przechowywać w niedomkniętym słoju w chłodnym miejscu lub w szczelnie zamykanym słoju przesypane cukrem.
By uzyskać gruszkowy proszek, należy opisane wyżej lekko soszone gruszki dodatkowo podsuszyć dwukrotnie w 100stC przez około 15 minut (po każdym suszeniu pozostawić do ostygnięcia), gruszkowe plasteki mają być całkowicie suche i chrupkie. Wystudznone całkowicie, suche gruszkowe plasterki zmielić (wykorzystałam blender), proszek zamknąć w szczelnym słoiczku. Używać jako posypki. No to jest pyszne, tak, i trochę pracochłonne :-)


* Nawet raz fragale piekłyśmy z Moniką, ale planowałyśmy powtórkę, ale summa summarum nigdy drugi raz ich nie upiekłyśmy.


** w Finlandii można nabyć proszek z suszonych jagód, głównie borówek, brusznic, żurawiny, z tego co pamiętam. Ciekawił mnie nie raz, ale nie miałam pojęcia, co z nim zrobić poza tym, że mogłabym w takim proszku otoczyć orzechowe trufle... Widać tradycja owocowych proszków sięga daleko paza Valašsko i Horácko.

Wednesday, September 24, 2014

z kuskusem, salatka sabich



w tym roku nie spędziliśmy ani jednego letniego dnia nad morzem. No chyba, że pobyt nad Oceanen Spokojnym w końcu lutego uznać za takowy? Za to trzy lata temu w środku lata spędziliśmy upalny dzień w pobliżu naszej ulubionej plaży Yerushalaim w Tel Awiwie. Wtedy to Ai i Amit serwowali na obiad schłodzoną salat sabich, a otaczał na stukot matkot*, szum fal i żar z jasnego nieba, czego było chcieć więcej?

Na kampusie Uniwerstyetu Hebrajskiego Givat Ram w Jerozolimie, w tzw. Ross Building (gdzie mieściły się informatyka i nauki inżynieryjne) znaleźć można było pięć lat temu stoisko starszego pana, który sprzedawał jedną tylko "artykuł", a dokładnie jeden tylko rodzaj kanapek - kanapkę zwana w Izraelu sabich. Codziennie świeżą, z dużą porcją tahini, szybko nauczyliśmy sie od niego, jak taką zrobić!

Salat sabich (czyli hebr. סלט סביח) to sałatka na wzór kanapki sabich. Zaś sama kanapka sabich to kanapka z chleba pita, posmarowana hummusem i przełożona smażonym w głębokim oleju bakłażanem i gotowanym jajkiem. Dodatkowo zazwyczaj figurują tam jakieś warzywa, ale zdecydowanie bałażan i jajko grają w kanapce sabich pierwsze skrzypce! By przygotować sałatkę należy chleb pita zastąpić kus-kusem. Idealna salatka na koniec lata, tylko szum morskich fal trzeba sobie wyobrazić :-)


Przepis na sałatkę sabich czyli Ai i Amita salatka z kuskusem (od Ai i Amita, 4-6 porcji):

2 średnie bakłażany
8 jajek (lub 20 przepiórczych)
4 pomidory
4 kiszone ogórki**
4 ziemniaki
pęczek rzodkiewek
ostra papryczka
czerwona cebula
2/3 szklanki zielonych oliwek
pół garści mięty
pół garści natki pietruszki
2 szklanki kuskusu
sól, pieprz
oliwa do smażenia bakłażanów

do padania: kilka łyżek sosu tahini i ziarenka granatu 

Bakłażan pokroić w grube plastry i obsmażyć na patelni na rumiano na "dobrej" porcji oliwy. Jajka ugotować na twardo i obrać. Ziemniaki ugotować w łupinkach, nieco ostudzić i obrać. Kuskus zalać wodą, posolić, popieprzyć, wymieszać z drobno posiekaną miętą i natką. Dorzucić pokrojone w średnie kostki usmażone wcześniej plastry bakłażana, ćwiartki jajek, pokrojone w kostke ziemniaki, pomidory i ogórki. Dodać drobno pokrojone chili i cienko pokrojoną cebulę oraz cale oliwki. Wymieszać.
Odstawić na kilkanaście minut do "przegryzienia", w lecie można schłodzić przez godzinę.  Sałatkę podawać z sosem tahini. Dla nas nie ma bez niej lata.  


* matkot to niezmiernie popularne na izraelskich plarzach paletki, w które graja zarówno dorośli jak i dzieci, choć dorośli częściej, ponoć gdy czlowiek w ruchu, to słońce równo opala :) 
** tak, w Izraelu znane i popularne są kiszone ogórki, zresztą często kiszone z dodatkiem papryczki chili.

Wednesday, September 10, 2014

śliwki w syropie, w occie



dochodzenie w sprawie śliwek węgierek prowadzę w Pradze, w Czechach od kilku lat. Już zaczęłam podejrzewać, że cała, jeśli nie czeska, to napewno morawska produkcja małych słodkich śliwek idzie na śliwowicę. W tym roku jednak dokonałam wiekopomnego odkrycia!

Otóż przy wejsciu na czeski Uniwersytet Roliniczy, który mieści sie w praskiej dzielnicy Suchdol, wypatrzyłam parę lat temu drewniany domek, w którym od późnej wiosny do późnej jesieni studenci wspomnianego uniwersytetu sprzedają "výpěstky studentů http://www.izun.eu/univerzita/chaticka-dvanacti-mesicku" czyli ni mniej ni wiecej tylko to, co w ramach zajęć wyhodują. Mają ładne zioła, kwiaty, warzywa... oraz, jak kilka dni temu zauważyłam, w pierwszych dniach września sprzedają najprawdziwsze śliwki węgierki! Lekko podeschnięte koło ogonka, o typowym dla węgierek smaku. Pojawiały sie zaledwie przez kilka dni. Wykupiłam chyba pół studenckiej produkcji, ale co było począć, gdy wreszcie trafiłam na czeskie opravdové švestky?

Śliwki w syropie to przysmak, który przed paru laty, przy okazji opowieści o wędzeniu węgierek, przypomniała sobie Niusia słowami: "jak byłyśmy małe, to Babcia Rózia robiła też takie śliwki w syropie w tej wysokiej butelce z wąską szyjką, którą kilka lat temu sobie Basiu zabrałaś". Proszę - wreszcie wiem, do czego służyła ta Babcina butla, która sie od lat kurzy się stojąc "na ozdobę"! Tylko dlaczego nikt mi jeszcze o tych śliwkach w syropie nie powiedział?

A Niusia na to: "Te śliwki były słodziutkie, pomarszczone, takie zwarte, winnego koloru, w smaku wyczuwało się smak węgierek, wyraźny smak goździków i delikatny octu. Bo chyba Babcia dodawała do nich octu? Potem z tymi śliwkami robiła pierogi, a ten pozostały syrop piłyśmy z wodą. Było to przepyszne!". Na moje dopytywania usłyszałam te wspomnienia i te zachwyty jeszcze ze dwa razy i w końcu zrobiłam owe śliwki w syropie, cóż tu dużo mowić: "przepyszne"!


Przepis na śliwki węgierki w syropie, śliwki z octem i goździkami (próba odtworzenia wspomnień):

1kg dojrzałych śliwek węgierek
1/2 kg cukru 
1 niepełna szklanka wody
1/2 szklanki octu*
1 łyżka całych goździków

Śliwki wrzucić do słoja (nie pestkować!). Cukier zalać wodą w rondelku, dodać ocet, goździki, zagotować i następnie gotować na średnim ogniu około 5 minut. Gorącym syropem zalać węgierki, pozostawić na dzień, słój obwiązać gazą (Babcia ponoć obwiązywała kawałeczkiem czystej poszewki). Po tym czasie zlać płyn znad śliwek i znów zagotować i gotować około 5 minut. Gorącym płynem zalać ponownie śliwki. Po upływie kolejnej doby czynność powtórzyć jeszcze raz. Następnie śliwki można wlożyć do małych słoiczków i zalać wrzącym syropem, lub przechowywać w słoju w chłodniejszym miejscu. Babcine, obłędne!


* ocet jest naprawdę bardzo słabo wyczuwalny w smaku, ale daje śliwkom swoisty charakter, jakiego nie mają śliwki kandyzowane z samym cukrem (zresztą  Ćwierciakiewiczowa ma i przepis na śliwki w occie, którym się posiłkowałam). Powiem jednak szczerze, że śliwki w syropie z dodatkiem octu to jest dopiero pierwsza liga, warto zrobić od razu z dwóch kilkogramów :-)

Monday, September 01, 2014

kruche ciasteczka, z brązowym cukrem



cukier często traktuję jako przyprawę, szczególnie cukier w większych kryształkach czy cukier brązowy. Zresztą jeszcze w średniowieczu cukier uznawany był za przyprawę, a jego cena przewyższała cenę na przykład czarnego pieprzu, a Krzyżowcy nazywali cukier słodką solą. Lubię mieć pod ręką różne rodzaje cukru (zresztą soli i mąki też, i te z pozoru banalne składniki kuchenne szczególnie lubię przywozić z wypraw wszelakich). Solą się już tutaj chwaliłam, ale cukrem jeszcze nie.

Mam więc w kuchennej szafce: cukier kryształ, cukier puder, cukier perłowy, cukier gruby kryształ i cukier bardzo gruby kryształ (najnowszy nabytek), cukier kokosowy, cukier kryształ trzcinowy, cukier jasny trzcinowy (tzw. soft), cukier ciemny trzcinowy, cukier trzcinowy w nieregularnych kostkach, cukier bursztynowy, cukier brązowy buraczany (basterd suiker) i na koniec glukozowy puder. 13 rodzajów cukru mi w zupelności wystarcza ;-)

Czym jest shortbread, jak nie masłem i cukrem które spotkały się z odrobiną mąki? pyta Amanda Hesser we wstępie do przepisu Alice Waters brown sugar shortbread? w książce "The Essential New Yor Times Cook Book". I dalej stwierdza: brązowy cukier dodaje kruchym ciasteczkom karmelowego aromatu, sól kontrastu, a migdały dodatkowo smak wzbogacą. To ciasteczka dla purystów. Ciasteczka dla purystów? Nie mogłam się im oprzeć.
 
 
Przepis na ciasteczka z brązowym cukrem (na podstawie brown sugar shortbread Alice Waters), na +/- 45 ciasteczek:

250g mąki
150g brązowego cukru* 
100g masła**
1 małe jajko
duża szczypta soli
50g mielonych orzechów

opcjonalnie: skórka cytrynowa, czarny pieprz czy kawa mielona

Masło utrzeć z cukrem, dodać jajko i znów dokładnie utrzeć. Następnie wsypać mielone orzechy (czy migdały), utrzeć, po czym porcjami dodawać mąke wymieszana z solą (i ewentualnie doprawić skórką, pieprzem czy kawą). Ciasto zarobić, zebrać w kulę i schłodzić przez około 20-30 minut w lodówce. Wałkować na grubość 5-6mm, wycinać kółka, drewianym patyczkiem kilkukrotnie każde ciasteczko nakłuć. Ciasteczka piec w temp. 140st.C aż będą lekko złote, 20 minut. Najlepsze na drugi dzień, gdy odrobinę nawilgną. Kruche, z karmelową nutą, cukrowe. 

PS. Ciasteczka piekłam pod hasłem "ciasteczka z Dziewczynami" czyli pieczenie ciasteczek ze stempelkiem (u mnie był to drewniany patyczek) z Alą, Anitką, Eweliną, Majanką, Moniką i Ewelajną. Dzięki dziewczyny za kolejną okazję by coś zrobić wspólnie! 

* mój ulubiony w tych ciasteczkach, zreszta w ogóle jeden z ulubionych cukrów, to tzw. light soft brown cane sugar brytyjskiej firmy Tate Lyle.

** klasyczne shortbread są dla mnie troche za bogate (czytaj: za tłuste) jak na codzienne ciasteczka, wiec zazwyczaj, tak też zrobiłam w powyższym przepisie, ujmuję masła i dodaje 1 małe jajko.

Wednesday, August 20, 2014

suszony ser



serki mógłbyś warzyć. Na strychu byś se w słomiankach pozawieszał i niech schną. 
Latami mogą schnąć. A przyszłaby wojna, to masz serki suszone
Czy z kluskami, czy z chlebem. Czy nawet tak kawałek wziąć w pole, cały dzień 
można orać, kosić, siać. I nie czuje się głodu.
strona 9, Władysław Myśliwski, "Kamień na kamieniu", wyd. Znak 2008


przy domu Dziadków stała olbrzymich rozmiarów stodoła, do której mielismy my wnuki oficjalnie zakaz wchodzić sami, bo znajdowała sie w niej sieczkarnia z silnikiem elektrycznym i potwornie ostrym ostrzem. Skutkiem tego do stodoły mogliśmy wstępować tylko w asyście Dziadka Cześka (oczywiście zdarzały sie wyjątki, ale o tym cii...), a pchaliśmy sie tam za Nim nie tylko wtedy, gdy nalewał mleka do kociej miski. Do stodoły przylegały dwie szopy-schowki, znane pod wdzięczną nazwą, z jaką się spotkałam się tylko nad Wisłą, nazwą "gielota"

W pierwszej gielocie znajdowały sie sąsieki ze zbożem, słoiki z przetworami, puste butelki i słoiki, stare radio, niecki do wyrabiania ciasta na chleb, prasa do sera. W tej gielocie rozpoczynaliśmy wakacje od oswajania kilkutygodniowych kociąt. W drugiej gielocie był węgiel do palenia pod kuchnią, suche drewno na rozpałkę, warsztat z narzędziami, komarek Dziadka, rower Babci, a wysoko pod samym niemal dachem wisiał sześcienny w kształcie koszyk z białej wikliny. Koszyk, który jak to tajemniczo wtedy ktoś z dorosłych wspomniał, służył do czynności zapomnianej w domu Dziadków ćwierć wieku temu, a było nią "suszenie sera".

Nagabywana** Mama pewnego razu wydusiła z siebie: "nie wiem jak się taki ser robiło, suszył go dziadek Wojtek, wiem tylko, że ten suszony ser był pyszny!". Zaczęłam też "mordować" Babcię Celkę, po kilku sesjach przesłuchań* dowiedziałam się, że aby zrobić suszony ser, najpierw ser biały należało dobrze odcisnąć w prasie do sera, następnie nasolić go dokładnie ze wszech stron i trzymać kilka dni w chłodnym miejscu (u Dziadków była to spiżarka) by sól wyciągnęła z sera wodę, potem wieszało sie takie serki w plecionkach ze słomy na drzewie w słonecznym i przewiewnym miejscu, a gdy ser dobrze wysechł, wkładało się go do koszyka z wikliny w gielocie, gdzie mógł leżeć długie miesiące. Suszony ser ma być twardy i słony, kremowy z zewnątrz, w środku może być delikatnie żółtawy. Jadło sie taki ser najczęściej sam, pokrojony w kawałeczki, można też dodać do klusek, sałatki czy posypać nim grzankę.
Ocalić od zapomnienia!


Przepis na suszony biały ser, czyli ser suszony, serki (z wspomnień Mamy i Babci Celi):

1 kg dobrego wiejskiego białego sera
około 33g soli

Polecam przygotowanie suszonych serków z wiejskiego sera białego słabo odciśniętego, tzw. z durszlaka (w Małopolsce "z druszlaka" :). Ser taki najpierw podzieliłam na trzy częsci i umieściłam w małych woreczkach bawełnianych, dokładnie zawiązałam i bardzo dobrze odcisnęłam (raz przy użyciu prasy, innym razem przy użyciu wielkiego i ciężkiego kamienia). Z 1 kg słabo odciśniętego twarogu otrzymałam po odciśnięciu 3 serki mniej więcej ważące 250g każdy. Serki wyjęłam z woreczów i dobrze z każdej strony nasoliłam, na 2 dni odłożyłam  chłodne miejsce (lodówka:). Co 12 godzin serki wyjmowałam na około godzinę, podsychały wtedy w temperaturze pokojowej, po czym dosalałam je i ponownie wkładałam do chłodu. Po tych dwóch dniach przeszłam do suszyłam serków na słońcu, okrytych gazą. Po trzech dniach takiego suszenia były prawie dobre, dosuszyłam przez dzień-dwa w temperaturze pokojowej. Serek w smaku jest dość słony, o charakterystycznym smaku suszonego białego sera, pyszny.



PS. Dziekuję w tym miejscu Niusi za jej determinację w zdobywaniu wiejskiego sera od Eli, za pomoc w wożeniu prasy, odciskaniu i suszeniu serków. A Babci i Mamie jestem wdzięczna, że chciało się im, mimo wielkich oporów, pogrzebać w pamięci, bez tego w życiu bym suszonego sera nie spróbowała! 

* Babcia jest miłośniczką serialu W11 :D

** dalsze etapy serowego śledztwa wykazały, że w Beskidzie Niskim suszony ser robiła też pół wieku temu Babcia z Łużnej oraz ciotka Karola na Woli, takiego suszonego sera dodawały najczęściej do wielkanocnego białego barszczu. 
Domyślam się, że z podobnych tradycji bierze się bliskowschodni suszony jogurt zwany jameed (może wreszcie zrobię za rok?) oraz szwajcarski suszony pieprzny ser Belper Knolle. Również w czeskiej historii jedzienia w Średniowieczu znalazłam obszerną wzmiankę o serkach zwanych homolki, które robiło się wypisz wymaluj jak opisywany suszony ser.

Monday, August 04, 2014

powidło morelowe



definicja powidła bawi mnie na tyle, że byliśmy wraz z Łukaszem przed kilku laty współautorami tejże na polskiej i angielskiej Wikipedii. Uważam bowiem powidła za najdoskonalsze z środkowoeuropejskich przetworów. Na temat etymologii słowa powidła rozwodziłam sie już tutaj dość szeroko, więc skoro mamy wakacje, to język pozostawię językoznawcom, a sama zajmę sie odpoczynkiem.

Powidło kojarzy mi się oczywiście najbardziej z powidłem ze śliwek węgierek którę robię odkąd tylko zaczełam wytwarzać przetwory, w zasadzie powidło węgierkowe było pierwszą rzeczą, którą kiedykolwiek zamknęłam na zimę w słoiku (teraz dostaję pyszne od Cioci Bogusi, dla której w tym miejscu ukłony;). Uwielbiam smażyc powidła długie dnie i co roku wypartuje prawdziwych węgierek w Czechach.

Powidło kojarzy mi się też z wakacjami, z corocznymi Kajakami konkretnie i wspaniałym powidłem wiśniowym, które przywozi co roku Ala. Powidło wiśniowe Ali posmakowało mi tak bardzo, że zawyczaj od niego zaczynam robienie przetworów, posmakowało mi na tyle, że robiłam na podobną modłę powidło gruszkowe i w tym roku morelowe - polecam w ciemno - dla mnie powidło to najdoskonalsza forma dżemu! 


Przepis na  powidła morelowe (na zwór powidła wiśniowego i przepisu z Sandtnerové):

2.5kg słodkich moreli*
250-500g cukru (ilość wedle uznania)
50ml morelowej wódki zwanej morelowicą (wedle uznania)

Obrane i pokrojone w ćwiartki morele zasypać cukrem (1 szklanka), najlepiej w garnku o grubym i szerokim dnie, odstawić na 15 minut, wymieszać i powoli zagotować. Powidło po pierwszym zagotowaniu gotuję 10 minut, a następnie studzę. Potem zagotowuję i, czasem mieszając, gotuję kolejne 10 minut, studzę całkowicie, stygnące powidło parukrotnie przemieszam. Czynność gotowania i studzenia powidła powtarzam około 4-5 razy, aż większość soku odparuje, a masa zaczyna przypominać gęstą marmloadę. Gdy powidło ma konsystencję niemal "że łyżka staje", wlewam morelową wódke i smaże 1-2 minuty aż prawie cały alkohol odparuje (w tym miejscu powidło można również ostatecznie dosłodzić), następnie przekładam gorące do słoików. Morelowe, a powidło!


* morele (czyli cz. meruňky) są uznawane za najdoskonalsze owoce w Czechach. Bez moreli nie ma prawdziwych czeskich knedli! Oczywiscie w czeskich książkach kucharskich znajdzniemy również takie przepisy, jak ten liczący blisko sto lat u Sandtnerové na meruňková povidla czyli powidło morelowe.

PS. Powidło morelowe przygotowywałam w ramach morelowego szalenstwa z Alcią, Atinką, Eweliną, Majanką i Moniką - dzięki dziewczyny :-)

Monday, July 14, 2014

strudel, z wiśniami



jesli ktoś raz skosztował prawdziwego strudla, będzie już zawsze za nim tęsknił.
Ten wiedeńsko-budapesztanski specjał (na Węgrzech zwany rétes), w czasach
gdy Kraków leżał jeszcze w Europie, równie często goscił na galicyjskich sto
łach.
strona 216, Robert Makłowicz, "CK kuchnia".

nie napiszę dzisiaj wiele nowego, wspomniałam już tutaj kiedyś i trudno mi od tego stwierdzenia uciec: tak, popelniłam kiedyś ten błąd, spróbowałam prawdziwy wiedeński strudel. Było to lat temu z dwanaście, w maleńkiej kawiarence zaraz koło Graben w Wiedniu, kawiarence na ulicy Bognergasse, a może Steindlgasse, trzeba by znów jechać i sprawdzić!

Od tamtej pory strudli upiekłam kilkanaście, wypróbowałam ze trzy przepisy na ciasto i kilka wersji nadzienia: nadzienie klasyczne z jabłkami (+ suszone morele w miejsce rodzynek!), nadzienie ze śliwek, nadzienie z moreli i nadzienie z wiśni - które powala na kolana (przynajmniej mnie;) temu nadzieniu od lat nie mogę się oprzeć. 
Tym razem strudlowe wypieki poczyniłyśmy wspólnie z Ptasią, której ogromnie dziękuje za przedstawienie mi rok temu bezbłędnych wiedeńskich przepisów Cioci Herthy (której przepis na ciasto strudlowe jest wyśmienity) i wspólne pieczenie na odległość!


Przepis na strudel z wiśniami: (ciasto według Tante Hertha's Viennese Kitchen, nadzienie ze wspomnień):

ciasto:
250g mąki
szczypta soli
pól szklanki ciepłej wody
1 łyżka miękkiego masła
1 łyżeczka octu winnego
1 jajko

nadzienie:
1.5kg wiśni
200g cukru
100g masła
50g bułki tartej

Mąkę wsypać do misy, zrobić w środku dołek, dodać szczyptę soli, ocet, masło, wlać letnią wodę i
wbić jajko, ciasto zarobić i wyrabiać aż będzie elastyczne i miękkie (wyrabiam 7-10 minut). Następnie ciasto przykryć nagrzaną miseczką i pozostawić na około 30 minut. W tym czasie wiśnie opłukać, wydrylować i zasypać cukrem, delikatnie przemieszać. Odstawić na około 15-30 minut by puściły sok. Ciasto podzielić na 2 części, rozwałkować bardzo cienko na prostokat 40x70cm mniej wiecej (najlepiej całą operację wykonać za pomocą obrusu - poleacam instruktaż Ptasi), rozwałkowane ciasto posmarować obficie roztopionym masłem, posypać bułką tartą, nałożyć nadzienie (bez soku, który wycieknie z wiśni), zwinąć delikatnie, przełożyć na natłuszczoną blachę, posmarować roztopionym masłem, posypać cukrem (w trakcie pieczenia można posmarować dodatkową porcją masła). Piec 45 mniut w temp. 175. st.C. 
Najlepszy jeszcze lekko cieply, można wspominać wiedenskie kawiarenki.

Monday, July 07, 2014

grilowana papryka, z serem



sezon w pełni letni w kuchni zaczynam zazwyczaj botwinką, sałatą z młodymi buraczkami i bundzem, chłodnikami ze swieżych owoców, bobem, i wyczekiwaniem na fasolkę szparagową. Wtedy rozpoczyna się zarazem sezon ogniskowy, grilowy, rozpoczyna się u nas oscypkiem z ogniska i papryką z grila, na ziemniaczki z ogniska przyjdzie jeszcze poczekać.

Pavel jest mistrzem ognisk i grilowania. Znaczy się grilowania nad ogniskiem, to tzw. hlubočepská metoda, nasi prascy przyjaciele w dzielnicy Hlubočepy nie uznają bowiem grila, hołdują prawdziwemu ogniowi i ognisku. Od lat nad rozpalonym ogniskiem ustawiają grilową kratkę i pieką różne cuda, króluje jagnięcina, wątróbka i moja ulubiona u Pavla pieczona-grilowana papryka z serem, niezwykła jak na Czechy, kraj mięsa, a szczególnie wieprzowiny.

Paprykę faszerowaną serem znaleźć też można w kuchni izraelskiej, np. w książce Janny Gur faszerowana mozzarellą papryka figuruje jako serowy kotlet z papryki czyli  Stuffed Pepper Schnitzel. Sam Pavel mówi, że być może pomysł na swoja pieczoną nad ogniskiem paprykę z serem przywiózł z Izraela... Niewżne skąd, ważne, że jest to coś, bez czego trudno mi wyobrazić sobie teraz wakacje, czy ognisko, grilowanie!


Przepis na pieczoną lub grilowaną paprykę z serem (od Pavla, z drobnymi zmianami):

4 podłużne białe (lub zielonkawe) papryki
10dag białego sera (lub sera feta)
10dag oscypka
10-20dag ulubionego żółtego sera
sól
czarny pieprz świeżo mielony
kilka listków mięty

Paprykę pozbawić gniazd nasiennych nacinając jedynie "na górze" wokół ogonków, tak by nie uszkodzić całych papryk. Biały ser (lub fetę) utrzeć w miseczce z solą i pierzem, dodać starty na tarce o grubych oczkach oscypek i żółty ser, dodać miętę, wymieszać. Serową masą napełnić papryki, na końcu w każdą paprykę wetknąć kawałek ośródki z bułki, nawet pół kromeczki (zapobiega wyciekaniu sera). Papryki grilować/piec do miękkości - około 20-30 minut, w zależności od rozgrzania węgli.
Idealna na lato, choć w zimie z patelni grilowej czy piekarnika też nie najgorsza!

.

Thursday, June 26, 2014

żytnie ciasto borówkowe, czyli mustikkakukko



to raj dla lubiących chleby. Szczególnie chleby z mąki pełnoziarnistej, z żytniej mąki zwłaszcza. Chleby okrągłe, płaskie. Chleby tradycyjne, pachnące zakwasem lub słodem. Finlandia.

Ponadto Finlandia to raj dla miłośników borówek*, brusznic, malin, moroszki, jerzyn, poziomek. W Finlandii wszelkie owocowe dary lasu darzy się szczególną estymą.

Finlandia to raj dla lubiących mąki z pełnego przemiału, to szczególnie raj dla lubiących mąki żytnie! Pełnoziarniste, drobno, średnio, grubo mielone. Mąki z kawałkami ziaren, z otrębami. Ach i kilka innych, których nazw nie chciało mi się tłumaczyć, a do tego słód żytni w przynajmniej dwóch wersjach, dostępne w każdym średniej wielkości sklepie. Wróciłam więc w tym roku z Finlandii nie tylko ze zdjęciami sklepowych półek z mąka wszelaką, wróciłam z kilogramem żytniej mąki i kilogramem słodu żytniego, no i paroma fantami z marimekko, ale to juz inna bajka!


Mustikkakukko (fi. mustikka = borówka, kukko = dosłownie kogut, ale prawdopodobnie pochodzi od niemieckiego Kuchen) to fińskie ciasto żytnio-razowe z borówkami*, dokładniej ciasto kruche, słodziutkie, z dużą porcją zapieczonych borówek. Przepis na nie pierwszy raz znalazłam szukając informacji o fińskich żytnich mąkach. Oczywiście, tak jak tradycyjna fińska mąka to mąka żytnia pełnoziarnista, tak i słodkie ciasto borówkowe nie może się bez niej obyć! Warto spróbować. Łukasz pozytywnie zaskoczony smakiem orzekł: przepyszne, smakuje trochę jak chleb, dobry żytni chleb. 


Przepis na żytnie ciasto borówkowe (jagodowe) czyli mustikkakukko (za "Tasty trip to Finland"):

ciasto:
200g masła
100g cukru
300g żytniej pełnoziarnistej mąki

nadzienie:
300-400g borówek*
100g cukru
1-2 łyżki żyniej mąki

Bardzo miękkie masło (można roztopić i ostudzić) utrzeć z cukrem, a następnie porcjami dodawać mąkę. Utrzeć na gładko, na końcu zarobić, zebrać w kulę. Formę o średnicy 24cm wyłóżyć 2/3 powstałego ciasta, tak by powstał 2-3 centymetrowy rant, wyłożyć nań nadzienie, a wierzch przyryć rozwałkowanym kawałkiem pozostałej 1/3 ciasta. Można też upiec małe porcje ciasta w filiżankach - jak to na zdjęciu - z podanej porcji powstaje 8 porcji w filiżance do espresso i 4 w filiżance do cappucino, wieksze ciasto, choć wyglada nieco mniej atrakcyjnie, jest chyba bardziej praktyczne. Ciasto piec w temp. 175st.C 30 minut (małe porcje wystarczy 20 minut). Podawać z lodami waniliowymi, sosem waniliowym lub po prostu słodką śmietanką. Żytnie, borówkowe, fińskie.



borówki (bot. czarna borówka, Vaccinium myrtillus) zwane są poza Małopolską jagodami ;-)
PS. zdjęcie powyższe oczywiście na materiale marimekko, to w moim ulubionym ich wzornictwie, czyli czerwone na czerwonym :-)

Monday, June 16, 2014

crema di mascaropne, czyli krem mascarpone



"nie jestem masowa" jak to mówi moja Mami, znaczy się nie jestem fanką mas, ciast przekładanych masami, tortów, szczególnie biszkoptów z masą. Torty przygotowuje sporadycznie, raz, góra dwa razy do roku, biszkoptów nigdy. Na co dzień królują u mnie drożdżowe, kruche, ciasteczka.

"Gorsze" niż ciasto z masą może być dla mnie tylko biszkopt z galaretką, a najgorszy z masą i galaretką ;) Ale kremy lubię, kremy to nie masy. Kremy robię i zjadam z przyjemnoscią, i to tym większą, jeśli nie są nadzieniem żadnego ciasta, tak na przykład jest z crema di mascaropone.

Pisałam tutaj przed laty wielu, że crema di mascarpone to deser prosty, wręcz banalny w wykonaniu, łączy w sobie łagodny smak mascarpone i pastelowy kolor żółtek, a delikatna nuta rumowa czy winna nie jest konieczna, ale dodaje uroku. W tiramisu smak mascarpone zupełnie się gubi, crema di mascarpone to zupełnie inna bajka, krem mascarpone podkreśla smak samego mascarpone, a do tego jeszcze ulubione kruche ciasteczka zanużone w owym kremie, mmm...  


Przepis na krem mascarpone, czyli crema di mascarpone (na podstawie poprzedneigo przepisu):

250g mascarpone 
50g cukru (w tym łyżeczka cukru z wanilią)
2 żółtka 
kieliszek wina marsala, vin santo lub rumu (25 ml) 

Żółtka ucieram z cukrem na puszystą masę, po odrobinie dodaję alkohol, na końcu delikatnie mieszam z mascarpone, chłodzę długo (min. 2-3 godziny), a gdy krem jest bardzo zimny zajadamy z kruchymi koglowo-moglowymi ciasteczkami. W sezonie można dodać swieżych owoców :-)
 

PS. Krem przygotowywałam wraz z Alą, Anitką, Eweliną, Majanką i Moniką, dziewczyny w formie deseru z owocami, a ja tylko na kremowo" :) Dzieki dziewczyny za wspolną zabawę!
.

Tuesday, June 10, 2014

łazanki, z młodą kapustą




sezon wiosenny w kuchni zaczyna się zazwyczaj rzodkiewką, masłową sałatą, kromką świeżego chleba z masłem posypaną szczypiorkiem (i solą). Potem długo, długo nic, aż pojawia się rabarbar, ale ten zazwyczaj zjada się na słodko, bywa poczatkiem maja, a ja wtedy czekam i czekam na młode ziemniaczki.

W końcu nadchodzi czas na prawie lato, końcem maja kwitnie róża, początkiem czerwca pojawiają się pierwsze truskawki (zawsze kupowane z wątpliwościa czy będą słodkie, aromatyczne?) i pierwsza młoda kapusta - ta zawsze jest dobra, bo rzeczone młode ziemniaczki bywają różne, kapusta jest moim zdaniem zawsze bez rozczarowań, tzw. bezpieczna. I łazanki też :-)

Łazanki to makaron w kształcie małych płaskich kwadratów, czasem prostokątów (około 2x2cm), póki co znany tylko w kuchni polskiej. Makaron łazanki najczęściej przygotowuje się w okresie zimowym z kiszoną kapustą, rzadziej z kapustą tzw. słodką, czyli nie-kiszoną. Niusia przygotowuje wersję wiosenno-letnią z młodą kapustą - wydają się być dość podobne do łazanek z kapusta kiszona, a smakują zupełnie inaczej - warto sprobować!


Przepis na łazanki z młodą kapustą (od Niusi):

1.5kg młodej kapusty (1wielka główka)
3 duże cebule
olej/masło
2 listki laurowe
7 kulek ziela angielskiego
łyżeczka świeżo mielonego czarnego pieprzu
sól
1/2 kg dobrego makaronu łazanki

Cebulę pokroić drobno usmażyć na złoto na maśle/oleju, pod koniec smażenia dorzucić listki laurowe, ziele i pieprz, przesmażyć razem kilka sekund. Młodą kapustę opłukać, pokroić na ćwiartki i obgotować (5 minut gotowania w zupełności wystarczy). Następnie kapustę odcisnąć i dość drobno posiekać, dorzucić do podsmażonej cebuli, dusić razem kilka minut, do miękkości. Ugotować makaron i wymieszać razem z kapustą. To nasze ulubione wiosenno-letnie obiady.

Monday, May 26, 2014

różany, ryż na mleku



po powrocie z Izraela wiekszość deserów miałam ochotę przyrządzać z dodatkiem kardamonu lub wody różanej, płatków róży, czy różanej konfitury. Najczęściej w wydaniu dwa w jednym: i z kardamonem, i z różą. Czegoż to nie spróbowałam zrobić: brownies różano-kardamonowe, czekoladę kardamonowo-różaną, kardamonowo-różane lody, labneh z różą i kardamonem, szarlotkę z różą i kardamonem, różano-kardamonowych makaroniki, planowałam w końcu chałkę rożano-kardamonową.

Ale po paru latach mi przeszło i połaczenie róża-kardamon przestało mnie fascynować, do tego stopnia, że gdy raz przygotowałam ryż na mleku z kardamonem i wodą różaną (na długo przed książką Jerusalem) orzekłam, że "to nic specjalnego" i już nigdy więcej takiego ryżu nie zrobiłam. Aż przeglądając sobie Jerusalem, piękne zdjęcie przypomniało mi o moim dawnym uwielbieniu. Tyle, że zamieniłam kardamon na mastyks, ewentualnie na mastyks i różę. 

Ryż na mleku, danie zazwyczaj śniadaniowe, kochane przez zwolenników mlecznych zup i, domyślam się, znienawidzone przez ich przeciwników. Akurat ja mleko zawsze lubiłam, a wakacyjny widok ukochanego Dziadka nad talerzem zupy mlecznej pozostał mi przed oczami na zawsze. Stąd do dziś zupy mleczne darze dużą estymą. Chociaż akurat ja najczęściej przygotowuje ryż na mleku jako deser lub jako deser na zakończenie sniadania, zawsze na słodko. Z sentymentu do wspomnień i z miłości do mlecznych słodkości :-)


Przepis na na mleku z różaną nuta (wersja różana ryżu cytrynowego):

1l mleka 
1 szklanka wody 
1/2 szklanki słodkiej śmietanki 
1 szklanka ryżu krótkoziarnistego 
100g cukru 
szczypta soli 
laska wanilii
7 małych kuleczek mastyksu* (opcjonalnie)
1 swieży listek laurowy (opcjonalnie)

do podania: konfitura rożana, płatki róży

Ryż przepłukuję zimną woda, odcedzam i zalewam szklanką wody i szklanką mleka, delikatnie solę, zagotowuje. Do zagotowanego ryżu dolewam pozostałe 3 szklanki mleka, dodaję mastyks, listek laurowy, wanilię, gotuję na średnim ogniu około 20 minut. Następnie dodaje smietankę, słodzę. Gotuję dalsze, mniej wiecej, 5 miunut. Wcinać na ciepło lub na bardzo zimno (chłodzę w małych pojemniczkach w lodówce) podane z łyżeczką konfitury różanej. Mleczne i różane.

 

* zdecydowanie polecam dodatek mastyksu do deserów mlecznych, w moim ulubionym bliskowschodnim malabi sprawdza się idealnie. Ryż na mleku z mastyksem, nawet bez róży czy różanej wody, to też moim zdaniem wspaniała sprawa.

Thursday, May 15, 2014

mejadra, czyli soczewica z ryżem



ulica Yoel Solomon to moim zdaniem najurokliwsza ulica Nowej Jerozolimy (nie najczystsza czy najpiękniejsza, ale urokliwa). Nowej, czyli tej poza murami Starej. Nowej, czyli tej w pełni izraelskiej. Ulica, choć właściwie lepiej nazwać ją uliczką, bo jest szeroka na 5-6 metrów i długa na nie więcej niż 150 metrów. Taka mała ulica, a można na niej znaleźć ze 4 sklepiki z ceramiką, kolejne 5 z pamiątkami, kilka z biżuterią, antykwariat książkowy, sklepik z napojami i gazetami, kilka resteuracjo-barów i jedną kawiarnię, moim zdaniem najurokliwszą kawiarnię w Jerozolimie.

Tmol Shilshom to kawiarnia, kawiarenka raczej, o ciepłym wnetrzu, kolorowym i przyjemnym. W pięknym starym budynku z białego kamienia, z biało-kremowymi elementami starych ścian i bardzo jerozolimskimi okuciami z zielono-niebiesko pomalowanego metalu. A dwa stoliki na balkonie są dopełnieniem ideału (zresztą chyba zawsze są zajęte). Można przyjść poczytać książkę, poroznawiać. Można wpaść na lemoniadę, można na wspaniałą shakshukę i niezły creme brulee... Chyba tutaj pierwszy raz w Izaelu jedliśmy mejadrę, albo przynajmniej zapamiętaliśmy że tam.

Mejadra (aka mujaddara, m'jaddara) to potrawa składająca się z soczewicy i ryżu, niemal zawsze posypana smażoną cebulą, doprawiona głównie kminem. Podawana z jogurtem z miętą jako samodzielne danie lub jako dodatek do kebabów. Jest to podobno potrawa o antycznym rodowodzie, o korzeniach w Persji lub Indiach, dziś popularna w całym świecie arabskim (i widzać żydowskim też;), popularna potrawa wycieczkowa i piknkowa (co wspomina Sami Tamimi w książce Jerusalem). Spokojnie może stanowić samodzielne wegańskie danie, a z jogurtem wegetarianskie. A z jogurtem z miętą to jest dopiero to!


Przepis na mejadrę zwaną tez mujaddara (ze wspomnień i wskazówek z Classic Palestinian Cuisine Christiane Nasser):

1 szklanka brązowej soczewicy
1 szklanka ryżu basmati
3 cebule
oliwa
1/2 - 1 łyżeczka kminu
kawałek kory cynamonowej
3 ziarenka kardamonu
woda
sól, pieprz

do podania: jogurt z miętą 

Soczewicę zalać dwoma szklankami wody i moczyć przez 15 minut, następnie wodę odlać, nalać świeżej i gotować soczewicę 15-20 minut, prawie do miękkości. W międzyczasie obrać cebulę i podsmażyć na oliwie. Zrumienić. Z soczewicy odlać wodę i dodać do niej usmażoną cebulę. Na patelnię wlać 1-2 łyżki oliwy, wrzucić ryż i przyprawy (kmin wcześniej utłuc w moździerzu), podsmażyć przez około 1-2 minuty na średnim ogniu. Następnie wlać 2 szklanki wody i ryż gotować prawie do miękkości. Popieprzyć, posolić. Gdy ryż jest prawie gotowy - wymieszać z soczewicą z cebulą, podsmażyc razem przez 1-2 minuty. I gotowe. Podawać z jogurtem z miętą i z cytrynowa lemoniadą.

PS. Wpis dedykuje Adze, która mi ostatnio o soczewicy z ryżem przypomniała :-)

Monday, May 05, 2014

z syropem sosnowym, placuszki twarogowe



kilka lat temu na drewnianej werandzie u pana Szczepkowskiego zwróciłam uwagę na maleńką ceramiczną czarkę, a na niej fioletowy zasuszony kwiatuszek. Ale to nic dziwnego, przecież do Jurka Szczepkowskiego jeździ się po ceramikę! Po cudowną japońską ceramikę (taką, taką lub taką), ten kwiatuszek to był tylko taki drobny szczegół. Rok później zachwyciłam się wielką butlą z nalewką wiśniową, stała w izbie, w której byłam przed laty blisko dwudziestu, gdy mieszkał tu jeszcze znany beskidzki pisarz. Ale to jeszcze nic dziwnego, przecież wielu robi nalewki. 

Przed niespełna rokiem, robiąc zdjecia tej cudownej ceramiki podczas rutynowego wyjazdu "na ceramikę", wypatrzyłam w oknie słoiki i słoje z zasypanymi cukrem pędami sosny i zasypanymi cukrem borówkami, wyglądały jak kiedyś u mojej babci. Widać, że istnieją na świecie miejsca, w których dobre rzeczy nigdy nie ustąpią mejsca "lepszym".

A to wszystko w Beskidzie Niskim, w Czarnem, w jednej jedynej w Czarnem zagrodzie, zresztą od nazwy miejscowości tej nazwę wzięło znane wydawnictwo. Ale Stasiuka czytam w domu, w serce Beskidu jeżdże po ciszę, po widoki i po... ceramikę.

Syrop sosnowy czy dokładniej syrop z pędów sosny, to jak sama nazwa głosi syrop o smaku sosnowym przygotowywany poprzez zasypanie pędów sosnowych cukrem. Pędy sosnowe zbierało się w Beskidzie zazwyczaj początkiem maja (choć w Pradze można już od połowy kwietnia), potem macerowało w cukrze, zlewało syrop i przechowywało "na wszelki wypadek". Mnie to "na później" nie zadowala i dodaję syrop sosnowy do sałatek owocowych, lodów i placuszków-racuszków, po co czekać "na poźniej"?


Przepis na placuszki twarogowe z syropem sosnowym (czyli moja wersja "pancakes"):

200g płatków owsianych (2 szklanki)
250ml mleka
250g mielonego twarogu*
2 łyżki miodu
2 jajka
szczypta soli
1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
duża szczypta sody oczyszczonej
100g mąki

do podania: syrop sosnowy, jogurt naturalny, dżem lub swieże owoce

Płatki owsiane zalać mlekiem i odstawić na 15 minut by napęczniały. Potem dodać twarożek, miód, sól. Mąkę wymieszać z proszkiem, sodą i porcjami dodawać do twarogowej masy. Wymieszać, odstawić na 5 minut. Następnie placuszki smażyć porcjami na suchej patelni (bez tłuszczu). Podawać polane syropem sosnowym, z jogurtem naturalnym i ulubionym dżemem lub swieżymi owocami. Na śniadanie jak znalazł!

 

* z powodzeniem może to być miękki twarożek lub serek homogenizowany

Monday, April 28, 2014

granola z patelni



ostatni raz widzieliśmy Viki 5 lat temu, na początku maja. Byliśmy u Niej w mieszkaniu w jerozolimskiej dzielnicy Beit HaKerem, jakies 700m w lini prostej od kampusu Givat Ram, ale co z tego, jak mówiła Viki, że mieszkam tak blisko uniwersytetu, gdy te 700 metrów pokonuje się "wertykalnie" i jeździła do pracy swoim zdezelowanym samochodem, który zawsze naprawiali Jej znajomi Palestyńczycy.

Było to nasze ostatnie spotkanie. Spotkanie, które było, chciałoby się powiedzieć, takie zwykłe. Siostra Viki, Nina, organizowała kolację dla kilku przyjaciół, na którą podawała włoski makaron, sery (ze wspaniałym manchego) i ulubione lody Viki z gelateriana italina, których nie powinna była nigdy jeść - pamiętam dobrze, że Nina wspominała o tym nawet wtedy, gdy sama dała Jej maleńką łyżeczkę, bo przecież "nie powinna". Przypomniała mi się niedawno ta sytuacja przy okazji lektury artykułu o ostatnich marzeniach chorych na nowotwór; uświadomiłam sobie, że Viktoria wtedy te zakazy skwitowała słowami "przecież nic mi już nie zaszkodzi, na pewno nie gałka lodów"!

Granolę głównie właśnie dzięki Viki. Nie jadała śniadań, ale w okolicach południa zawsze zamawiała granolę, jak i wtedy, gdy była z nami pierwszy raz na shuku i w Lehem Erez. Nigdy nie wiemy z czym się nam ktoś będzie kojarzył, nie wiem, czy mamy na to wpływ, myślę o Viki zawsze, gdy otwieram słoik z granolą, myśle o jej uporze, bezpośredniości i tym, że po ostatnie chwile życia mówiła, że mimo tego, ze życie bywa okrutne to warto żyć.



Granola to potrawa zazwyczaj śniadaniowa, składająca się z płatków owsianych pieczoych w miodzie lub syropie, niemal zawsze z dodatkiem orzechów i suszonych owoców. Podawana z zimnym mlekiem lub jogurtem. Sposób na granolę "z patelni" jest szybki i łatwy do przygotowania w niewielkich porcajach, w smaku na jaki akurat w danym tygodniu mam ochotę, bez potrzeby rozgrzewania piekarnika. To nasza wresja ulubiona, często zwana przez nasz pieszczotliwie granule*.


Przepis na granolę z patelni (czyli moja wersja granoli):

125g miodu lub syropu**
25ml łagodnej oliwy
szczypta soli
200g płatków owsianych
50-100 g orzechów
50-100 g bananów suszonych
suszone owoce (np. daktyle, borówki, truskawki)


Na patelnię wlać miód i syrop (u mnie najczęściej syrop cukrowy i miód 1:1) oraz oliwę, zagotować i gotowaę na małym ogniu 1 minutę. Następnie do syropu wrzucić płatki, grubo mielone orzechy, suszone banany, wymieszać. Smażyć całość na małym ogniu przez około 5-7 minut. Dodać pozostałe ulubione suszone owoce, pozostawić na patelni do całkowitego wystygnięcia. Potem zamknać w szczelnym słoiku i czekać, aż trzeba będzie przygotować kolejna porcje.

 

* granule to po czesku karma dla zwierzat ;-)
** może to być sam miód, może też to być syrop cukrowy (np. golden syrup czy schenkstroop), syrop klonowy czy syrop daktylowy, co kto lubi.