Sunday, March 15, 2009

zielone migdały


pojawily sie wlasnie na targu [arab. سوق czyt. sūq] na jerozolimskim Starym Miescie, ale i zapewne w calej Autonomii Palestynskiej, i jak znam tutejsze realia to na calym Bliskim Wschodzie, zielone migdaly. Zielone migdaly roznia sie od zielonych orzechow tym ze sa migdalami :-) Sa bowiem rownie jak zielone orzechy gorzkie, nieco kwasne i jak uwaza wiekszosc pytanych o ich smak osob, mimo dodatku soli (jak czynia to dziewczyny na ponizszym zdjeciu) sa po prostu niedobre. Po co wiec wogole zawracac sobie nimi glowe?
Jako fan maceratow alkoholowych pomyslalam, iz przez analogie do orzechow moznaby sporzadzic z nich jakas egzotyczna nalewke, gdyz w przeciwienstwie do Czeskiej Republiki, w Izraelu dzieki niechybnie emigracji zza wschodniej granicy Polski mozna bez najmniejszych problemow zakupic spitytus i to jeszcze po czysto konkurencyjnych cenach. Marzenia moje jednak legly w gruzach gdy podjudzona moimi rozwazaniami-zachciankami Agata, zapytala niewinne sprzedawce:
- A co wogole robi sie z tych zielonych migdalow?
Ow sniadoskory mlodzieniec z nieskrywanym zdziwieniem odpowiedzial: to nie dla Ciebie, to dla facetow...
Oj zezloscilo nas owo stwierdzenie, srednio to dobre i jeszcze ma byc meskim afrodyzjakiem? Podsumowalysmy nowo zdobyta wiedze tak: wlasnosci cudotworcze to zapewne jedyny sposob, by przekonac ludzi do zakupu tego rarytasu. Tym samym, wdzieczna za wspolnie spedzone chwile na jerozolimskich targach, wpis dedykuje Agacie :-)
Wyrobu nalewek w Jerozolime zaniechalam...



6 comments:

Ania said...

Hmmm... To może napiszę pod tym postem.
Po pierwsze-chciałam się przywitać. Ilekroć przychodzi mi napisać pierwszy komantarz na blogu, który odkrywam, czuję się trochę niezręcznie. Ale muszę się przełamać :)

Zatem, Basiu, sama nie wiem, jak tu trafiłam, nie wiem także CZEMU trafiłam tu tak późno, skoro prowadzisz bloga już tyle lat... Ale cieszę się, że u jestem. Bardzo mi się u CIebie podoba. Jest tu wszystko, co mnie pociąga: ciekawe zdjęcia, lekkie pióro, zachęcające potrawy, egzotyka i... życie. Zdjęcie, które tu zamieszczasz, mają klimat, pokazuja fragment Twego życia i to strasznie mi się podoba. Nie lubię takiej blogowo-kulinarnej rąbanki: przepis-foto, przepis-foto, bo to wcale nie ma smaku.

Przejrze teraz spokojnie archiwum, choć nie wiem, czy strarczy m wieczora na lekturę... Ale na pewno będę tu zagladać i jesli pozwolisz, "zalinkuję" Twą stronę.

TO tyle w pierwszym komantarzu.

Teraz juz będzie z górki ;)
Pozdrawiam!

Ania said...

Ha, już muszę dopisać kilka słów! Mój blog też pwostał 1 kwietnia, ładny to zbieg okolicznosci.

Ania said...

Basiu, dawno żaden post tak mnie nie ucieszył, jak wiadomosć od Ciebie :)

Wczoraj przeczytałam całe archiwum i skopiowałam różne przepisy. I utwierdziłam się w przekonaniu, ze to, co wczoraj napisałam, jest stuprocentową prawdą :)

Wiesz, jak także mam/miałam pewne dylematy, jeśli chodzi o odsłanianie siebie na blogu kulinarnym. Takie banalne - czy pisac pełne imiona, czy też tylko skróty. Opowiadać swoje historie, czy skupiac się wyłącznie na smaku potraw. Te bardziej osobiste blogi są ciekawsze, wciągają - inne traktuję jak zbior ciekawych przepisów. I choć początkowo kryłam się za skrótami, teraz odsłaniam trochę więcej, bo lubię opowiadać i już, nie umiem oddzielić gotowania od życia: nie wspomnieć o ksiażce, która mnie zachwyciła, czy wyprawie, która na długo zapadnie mi w pamięci. Jednym z moich ulubionych blogów jest strona Orangette. Jej autorka, Molly, opowiada historię swej rodziny, znajomych, mówi o swym życiu, wplatając w to przepisy. I to jest strasznie fajne!

Aha, dodam jeszcze, że trudny do podrobienia styl, trochę kojarzy mi się z Martą Gessler.

Rozpisałam się... Ale nie mogłam się powstrzymać :) Pozdrawiam Cię i czekam na dalsze notki!

PS nie wiem, czy zyczysz sobie, bym Cię trzymała w linkach? jesli tego nie chcesz (bo pragniesz anonimowosci), powiedz mi to,proszę :)

buruuberii said...

Czesc Ania, dziekuje za jakze mila odpowiedz :-)
Niestety czytam blogi od przypadku do przypadku - tzn. zagladam na wiele z nich, szukam inspiracji, ale nie mialam do tej pory zadnego ktory sledzilabym regularnie, chyba dzieki Durszlakowi sie to zmieni.
Zapomnialam Ci napisac, ze ujela mnie historia Twojej siostry i kropeczek, to cos czego z moja siostara Gosia nigdy nie mialysmy, wtedy w kuchni krolowala Mama, potem sie rozjechalysmy...
Blog na poczatku mial mnie wlasnie laczyc z bliskimi ktorzy sa daleko, potem stal sie rodzajem pamietnika, a pozniej stal sie osobisty - mam jeszcze BLCo, ale stwierdzialm ze nie bede pisac na nim o otaczajacych mnie konfliktach, polityce czy religii, stwierdzialam ze moje wspomnienia sa jedynie moja opowiescia, rzadko kontrowersyjna opinia, wiec moze beda ciekawsze niz pisanie, ze np. wokol sie kloca i co o tym mysle...
A i nie mam oczywiscie nic przeciwko zalinkowaniu mojego bloga, wydaje mi sie ze mimo imion jest i tak stosunkowo tajemniczy, albo ze znam zakrety historii ktorych tam nie ma :-)
Pozdrowienia!

Ania said...

Podczas lektury Twego bloga daje się to wszytsko wyczuć, Basiu! Tzn. ze najpierw słuzył on utrzymaniu łaczności z rodziną, a potem już CIę wciągnął. Cały urok blogów polega na tym, ze wrzucamy tu to, co chcemy i odkrywamy się na tyle, na ile mamy taką potrzebę. A jeśli widać skrawek osoby, to wzystko nabiera innego smaku, bo już budujemy sobie jakieś wyobrażenie o autorze. Przynajmniej ja tak mam :)Ja regularnie zaglądam m.in. na White Plate do Liski, lubię klimat jej opowieści.
Miło, ze zauważyłas kropeczki :)

Wieczorne pozdrowienia!

PS Cieszę się, ze mogę zostawić linka. Przez chwile obawiałam się, ze popełniłam gefę i "odsłoniłam" Cię wbrew Twej woli!

buruuberii said...

Czesc Aniu, myslalam jak to bylo z tym maka-gigi i przypomnialam sobie, ze ten blog mial byc tez na poczatku blogiem jedzeniowo-zdjeciowym (mam blco, ktory jest dziennikiem). Cos czulam ze mnie wciagnie, ale nie wiedzialam w ktora strone. Niby sa stare wpisy ktore mowia cos wiecej, ale historia miala byc opowiadana glownie zdjeciami (jak te z psem, czy mama i babkami), a potem jak wyczulas wciagalo mnie pisanie i okazalo sie ze bardziej mnie bawi. Myslalam chyba na poczatku, ze uda mi sie blog z zdjeciami i krtokim komentarzem, ale jestem niepoprawna gadula to pewnie tez widac :)
No i chyba postawilam sobie za wysoko poprzeczke: nigdy nie chcialo mi sie pisac czesciej niz raz na tydzien, ze zdjeciami bylo znacznie prosciej, oj rozpisalam sie...

PS. Z linkiem Aniu nie ma naprawde problemu, a wrecz przeciwnie jest mi milo ze czytasz moj blog! Bo i wogole chyba chcialam troche wyjrzec na swiat :)