Sunday, April 19, 2009

galita


byla to bodajze moja pierwsza wycieczka w Izraelu kiedy to zboczylismy z glownej drogi wedrowki, no dobrze jedynie kilkaset metrow, tylko po to by kupic czekoladki... Zadne osiagniecie w sumie, zawsze ciekawia mnie rzeczy ktorych nie da sie tak latwo zdobyc, te ktore sa niemal nieosiagalne, a wogole najlepsze to sa te nieistniejace :)

I wlasnie o nieistnieniu. Dobry kawalek czekolady, hmm? Oczywiscie wizyta w okolicznych sklepach przebiegla wedlug z gory przewidzianego scenarisza: wystrzalowej czekolady brak! Byla jedynie jakas jedna czarna Cote D'Or, jakies niedobitki Lindt z nadzieniem, jakas bombonierka z likierem z ktorej ow likier byl wyplynal; sklepik Leonidas na glownej ulicy Jerozolimy zostal zlikwidowany kilka miesiecy temu (OK, przeksztalcono go w ksiegarnie, moglo byc gorzej ;). A do tego zadnego rodzimego produktu czekoladowego, nawet czegos co niekoniecznie konkuruje z czekolada belgijska, ale cieszy jak takie beczulki z alkoholem na przyklad?

Dziewczynka oblizuje lyzke z czekolady. Dziewczynka ta to Galita Alpert, ktora chcac oslodzic innym zycie zglebia sztuke produkcji czekolady w Belgii, po czym otwiera farme czekolady o nazwie Galita. Farma ta znajduje sie w kibucu Degania Bet, kilkadziesiat metrow od miejsca gdzie Jordan wyplywa z Jeziora Galilejskiego. Krowy mucza zadowolone kilka metrow od fabryczki-sklepiku, wokol palmy daktylowe i powiew wiatru od jeziora. Czekolada na goraco jest nieco za slodka, ale za to te czekoladki! Z sola morska, z suszonym groszkiem, sa tak ciekawe ze wreszcie moge powiedziec, iz i Izrael ma swoja namiastke dobrej czekolady. Warto, warto czasem odbic ze szlaku!


11 comments:

la falena bianca said...

ale fantastyczne rarytasy! uwielbiam takie kulinarne podróże. Jeśli tylko mogę to przywożę z wypraw przyprawy albo inne spożywcze drobiazgi. Chętnie bym się przyjrzała tym czekoladką z bliska ;-)

margot said...

ta czekolada z zielonym groszkiem to normalnie szok
Ja zawsze jestem ciekawa takich innych smaków ,bo tak można odkryć coś tak pysznego ,co się nie śniło największym mędrca i filozofom razem wziętym

Ania said...

A ja myślałam, ze to pistacje, a tu proszę, groszek! Niesamowite. A jak ślicznie się prezentują w tych zgrabnych pudełeczkach... Szczególnie kręci mnie ta czekolad z solą morską - nigdy takiej nie jadłam, a myślę, że to może być ciekawy smak. Gdy pisałam o czekoladach, w tym tej cytrynowo-imbirowej, druga z nich miała w sobie migdały w karmelowej skorupce, ale trochę posolone. To było to! Piękny kontrast na języku.

Chce mi się podróży... Choćby po to, by przywieźć z niej ciekawostki kulinarne :)

Pozdrowienia popołudniowe...

buruuberii said...

z bliska sa naprawde fajne :-) a jesli juz ktos nie lubi takich smakowych kontrastow to naprawde wygladaja pieknie! zapomnialam, ze jest jeszcze z precelkiem tez fajna.

@ la falena bianca: o tak kulinarne podroze to szalaenstwo, z bliska - trzeba bedzie cos wymyslic :)
@ margot: szok to Ci sie udalo - wizualnie zielony groszek zdaje sie bic wszystko!
@ Ania: polecam Izrael, intryguje jak ta sol :-)

An-na said...

Za grosze dziękuję, ale ta sól musi być intrygująca jako dodatek do czekolady :)
A swoją drogą - skąd my bierzemy te nieistniejące smaki?... Te wyobrażenia smaków idealnych? Chyba warto o tym napisać ;)

buruuberii said...

An-na, nie mam pojecia jak to jest z tymi smakami, wiemy jakie maja byc i juz! :)
Myslalam tez, ze moze jest to jakos w nas, fakt ze mamy to wyobrazenie idealu i do niego dazymy... Zastanawialo mnie czy kazdy tak ma, czy moze pewne cechy naszego charakteru sa za to odpowiedzialne?
Papa!

zemfiroczka said...

O super! Lubię takie ciekawostki :)
Czekolada z solą mnie rozczarowała, może dlatego, że szukałam w niej soli jak szalona, a ona tylko lekko musnęła na końcu języka. Zachwycam się za to niezmiennie czekoladą z chili. A ze wspomnanej czekolady ze słoniem - zakochałam się w migdałowo - figowej :)

Ta z groszkiem jest mooooocno intrygująca :)

buruuberii said...

Oczko :) chyba tej czekolady ze sloniem kompletnie nieznam, a smak brzmi tak fajnie... Ciagle szukam tego dobrego smaku i po roznych groszkowo-solnych poszukiwaniach czestko koncze na stwierdzeniu, ze "nie ma jak dobra belgijska pralinka"...

zemfiroczka said...

Ta ze słoniem to wspomniana przez Ciebie Cote D'Or :) Oni też mają imbirowo - cytrynową :)

Ach!, przypomniałam sobie - czekolada z pieprzem też mi smakowała. Bo na ten przykład jedząc z lawendą miałam wrażenie jakbym jadła mydło ;))

pozdr!

buruuberii said...

Och "ta ze sloniem" no tak... Ale tego smaku nie znam, a Cote D'Or bardzo lubie.
Jej, co do lawendy mam dokladnie to samo wrazenie, jakos zdecydowanie lawenda w potrawach mnie nie porywa, ale na jej kwitnace pola moge patrzec godzinami :-)

Ania said...

Ja tam i tak chce spróbowac tej z solą :) A 'moja' cytrynowo-imbirowa jest własnie ze słoniem :)

Izrael, Basiu... To tak odlegle brzmi. I strasznie fascynująco. Ładne porównanie.

PS to już za jakiś czas zaczynamy sezon makaronów z truskawkami! ;)