Monday, January 09, 2012

nalewka bakaliowa i Cafe Camelot



jest w Krakowie zaułek niewiernego Tomasza, na ulicy sw. Tomasza, rzut beretem od Rynku*. Kamienice od lat nieodnawiane, to dodaje im niezwyklego uroku i gdy tylko tam zagladam jestem zdania, ze przynajmniej niektore stare budynki nalezy odnawiac w taki sposob, by nadal wygladaly tak, ze ząb czasu odcisnal na nich swe piętno. Krakow. Odcisnal swe pietno, dziewiec lat... Kraków to moja mala ojczyzna, na rowni z Beskidem Niskim.

Jest w zaulku niewiernego Tomasza Camelot,
Cafe Camelot, czasem Loch Camelot zwany. Przesiadywalismy tam z Lukaszem dlugo, to bylo swieto, saczac wisniowego koloru plyn. Dzisiaj nie jestem juz taka pewna kiedy trafilam pierwszy raz do Loch Camelot, moze pod koniec liceum, gdy na rogu pl. Szczepanskiego i sw. Tomasza znalezlismy w nieistniejacym od lat sklepiku drewnianego konika i koszyk z korzeni sosny? Moze jednak pare lat pozniej, gdy koncem XXw chodzilismy na piatkowe "Tajemnicze pokazy specjalne" do Kina Ars? Zupelnie jednak nie ma to znaczenia, znaczenie ma ze w Camelocie jestem zakochana bez reszty i gdybym nadal mieszkala w Krakowie, to z powodzeniem moglibyscie mnie tam szukac ;-) Zreszta co tam "gdybym", gdy tylko jestem w Krakowie, biegne do Cafe Camelot zobaczyc chocby jakie kwiatki stoja w oknie, tydzien temu staly hiacynty. 

Camelot slynie z niepowtarzalnej atmosfery, kabaretu w piwnicy, sal z ludowymi i sakralnymi rzezbami, z szarlotki, sernika i oblednych nalewek. Nie mozna nie zwrocic uwagi na okragle stoliki nakryte koronka (kiedys tez kelnerki nosliy biale koronkowe zapaski), i na mega-niewygodne-krzesla (cytuje Lukasza). Cafe Camelot strzeze drewniany aniol, choc ponoc nie ustrzeze przed tymi, ktorzy zwykli wykradac ksiazeczki z kawiarnianym menu... Nalewek w Cafe Camelot nie mozna sobie darowac! Wiem, powtarzam sie. Co poczac, na szczegolna uwage zasluguja w Loch Camelot bowiem owe trunki. Np. nalewka wisniowa z figami i sliwkami, sliwkowo-wisniowa z wedzonych sliwek i wisni, krupnik tez jest niczego sobie... Tylko uwaga, ze stolika we wnece okiennej niespodziewanie moga spadac kandelabry!

Znalazlam wlasnie mail w watku "zycie na emigracji" wyslany ponad piec lat temu przez Ewe, ktora pisala do mnie z Monachium: "... nie umiem zyc bez tego Rynku i cholernie dobrej kawy!!! i tych ludzi, z ktorymi winkiem zapijalam depresje:) niby tu tez maja kawe i wino, ale atmosfera nie ta sama". Pisalam wowczas: "Tez to czuje... brakuje ludzi, bliskich ludzi, tych co rozumieja bez slow... I brakuje mi ogromnie Loch Camelotu i ichniejszego sernika z sosem malinowym i atmosfery, a jakze".

Przepis na nalewke bakaliowa z jedną wędzoną węgierką, czyli wspomnienie Cafe Camelot:

500g bakalii
1l wodki
1 wedzona wegierka
3 liscie laurowe
pol laski wanilii
skorka z polowy cyryny
szklanka miodu


Bakalie (po 75g suszonych wisni, sliwek, moreli, fig, daktyli; po 25g granatowych rodzynek, orzechow wloskich, suszonych porzeczek czarnych, suszonych gruszek i suszonego ananasa) zalac wodka w duzym sloju, dodac liscie laurowe, wanilie, skorke z cytryny, jedna suszona wegierke i odstwaic w cieple miejsce na tydzien. Po tym czasie zlac znad bakalii plyn i wlac na owoce szklanke jasnego miodu. Odstwaic na kolejny tydzien, delikatnie potrzasac slojem co 2 dni. Nastepnie zlac slodki nalew, polaczyc z wczesniej zlanym nalewem alkoholowym, odstawic. Po miesiacu nalewke zlac znad osadu. Jest suszono-owocowa, delikatnie wedzona, karminowa, tylko troche brakuje okraglego stolika.

PS. Przepis na nalewke bakaliowo zanjdziemy tez u Ćwierczakiewiczowej, wiec starty to pomysl :) Wpis dedykuje Ewelajnie ktorej nalewka bozonarodzeniowa zmobilizowala mnie do stworzenia wlasnej oraz Monice ktorej na camelotowa nalewke dlugo namawiac nie musialam ;-)









* wyjasnie dla porzadku, ze w Krakowie mamy Rynek, a nie Starowke; wychodzimy na pole nie zas na dwor; a Jagiellonka to Biblioteka Jagiellonska, a nie Uniwersytet Jagiellonski :D

31 comments:

monika said...

Basiu, tak wzruszająco trochę, pięknie, warto było czekać, zawsze warto :))) I konik, i te zdjęcia Camelotu wszystkie, i Państwo w okienku, Ty umiesz tworzyć nastrój jak mało kto :)

Nie trzeba było długo namawiać, prawda, i nie załuję ani trochę, czekam na wspólną degustację teraz :)))

Buzi :)

PS. Sernik, pewnie że sernik :)A krzesła, no tu nie można się z Łukaszem nie zgodzić, chociaż jakoś nie przeszkadzają ;)
:**

Majana said...

Basiu, cudny wpis. :) Ta Wasza nalewka to mnie urzekła i postanowiłam sobie ją kiedyś zrobić. Nie wiem kiedy,ale zrobię. Ona musi bosko pachnieć i smakować takoż.
A Camelot chętnie bym odwiedziła, choćby dla samej nazwy, którą mi się tak dźwięcznie wymawia :).

A ja tam wychodzę na dwór i wcale nie idę na Wawel :D.

Ściskam mocno:*

margot said...

No nalewka taka ,że fiu fiu i jeszcze fiu fiu
Ja restauracji nie znam ,ale chętnie bym tam poszła
I jak zwykle zdjecia takie , no urywające wszystko :)))
Basiu uwielbiam Ciebie i Monikę tez *

viridianka said...

Znam Camelota:) Po raz pierwszy zabrała mnie tam Siostra, ale ja wtedy nie mogłam jeszcze pić alkoholu.. ;) Jadłam za to sernik przez Ciebie wspominany - mniam!
A nalewki spróbuję, bo masz do nich rękę więc biorę w ciemno - a śliwka to oczywiście nasza? Małopolska? :)
Jak ja je uwielbiam!

I duży plus za *! Podobno coraz więcej Małopolan zmienia pole na dwór, ostatnio czytałam artykuł na krakowskiej gazecie.pl, że nasze regionalizmy są w odwrocie, ja się z tym nie spotkałam, więc przypuszczam że autorzy tekstu spytali pseudokrakusów;)

Miłego tygodnia Basiu!

viridianka said...

Aha! Próbowałaś pierogów z wędzonymi węgierkami? U nas od kilku lat Babcia robi je na Wigilię - dawniej były z kalifornijskimi i się ich nie tykałam, ale od kiedy są polskie to nie mogę się od nich odkleić. Przepyszne:)

Amber said...

Camelot znam Basiu, a jakże,choć ja z Warszawy...i u nas nie mówią ,na pole'.
A ten post to taki,że dusza chciałaby od razu na Rynek i na Kazimierz.
Nalewkę to ja sobie zrobię,by choć ciut atmosfery krakowskiej w stolicy posmakować.

buruuberii said...

monika, ciesze sie ze udalo mi sie z tym nastrojem :) Krzesla - wlasnie mnie tez sie na nich dobrze siedzi, choc czuje ze sie czasem wierce, ale ja sie wierce od kolyski :D PS. A panstwo w oknie to przyjaciela Aga i Akis :)

Majana :) rob, rob, bo dla mnei to nalewka z serii "odkrycie sezonu", niby znam wedzony smak wegierek, ale... Camelot polecam, choc Wawel Zaginiony lubie tez!

margot, my Cie Alus tam kidys wezmiemy :***

viridianka, o tak czulam ze znasz ;-) Wegierka oczywiscie ze Malopolska, z Kleparza przez Monike kupiona!
Wiesz, chyba czytalam ten sama artykul o regionalizmach i to mnei tknelo, ja jak juz musze to powiem "na zewnatrz", ale dwór w zyciu!! Dziekuje ze mi dajesz ten plus Asiu :*
PS. Rany, pierogi z wedzonymi sliwkami to jest przeboj - to zasluguje na osobny mail i chyba na wspolny wpis skoro Ty tez uwielbiasz :))) Wiesz, ze u Lukasza w rodzinei sa od zwasze, dawneij wedzone, potem suszone, teraz znow zaczelam robic z wedzonymi i tak jak piszesz: naj wsrod pierogow!

Amber, no widzisz a ja teraz jestem z Pragi :D Mysle, ze tej atmosfery odrobine da sie wyslac z nalewka. Nie chcialam pisac o wyzszosci swiat wielkiej Nocy nad Bozym Narodzeniem, ale po prostu Kraow jest czasem "inny" :) :*

An-na said...

Loch Camelot - czasami zbieram tam siły przy herbacie, ale Kraków lubię ponownie raczej za nowoczesne muzea, nie za knajpy, bo mi od tych babcinych serwetek i pęków ziół oraz warkoczy czosnku cosik słabo i duszno... No i tylko w Krakowie pociąg wjeżdża na peron "czeci" o godzinie "czynastej", a Słowacki był wielkim "miszczem" polskiej poezji, jak mawiają profesorowie UJ... Uwielbiam to! Ale... przynajmniej nie mówicie : " na dworzu" - jak warszawiacy ani "ciapy" zamiast kapcie - jak w Lublinie ;)

Co do nalewki - o wymianie pamiętam i pigwówka albo żurawinówka czeka!

Komarka said...

Cafe Camelot i Prowincja (z nieprzyzwoicie gęstą i pyszną czekoladą do picia :)) to dwa miejsca obowiązkowe w Krakowie :) Tak się zwykle zdarza, że Kraków odwiedzam zimą lub wczesną wiosną i nie raz spędziłam cudowny wieczór z przyjaciółmi w Camelot, rozgrzewając się gorącą wiśniówką z pijanymi wisienkami i delektując się tym, widzę że już legendarnym sernikiem albo szarlotką na ciepło :) I to miejsce w oknie, na które trzeba polować, bo rzadko kiedy jest wolne :)) Basiu, dzięki za wirtualną wizytę w tym magicznym miejscu!

An-na said...

No, kurczę - Cafe Camelot miałam na myśli, nie Loch...Tam nie byłam jeszcze ;)

atina said...

Basiu jak cudownie to opisałaś:) ja też uwielbiam tę knajpkę i serniczek tam jadłam z Moniką :D W tym zaułku jest niepowtarzalny klimat:)Częściej chodziłam tam będąc na studiach, potem przerwa ... ale teraz tam wracam :)
Nalewka brzmi przepysznie! Koniecznie muszę sobie taka zrobić :)A co do pola ... :** Ja tych co chodzą na dwór, kompletnie nie rozumiem;)Choć moje dziecko ostatnio coś wspomniało o wychodzeniu na dwór ... ale reprymendę i lekcje mowy poprawnej dostało i mam nadzieję, że to się nie powtórzy;)))) Pozdrawiam :)

Kamila said...

Magiczna opowieść przy takiej naleweczce, dziękuję!

margot said...

Basia**** zgadzam, się , jeszcze jak*
p.s A Anita pisała o tym zdarzeniu ,ze mało zawału nie dostała bo dziecko na dwór chciało iść:D U mnie rynek jest ale na dwór chodzę i to nie na Wawel jest:D

lafle said...

i już wiem, gdzie dziś zawieczoruję :D Dziękuję!! I pozdrawiam z Krk:D

(pole, moje pole:)))))) )

Aga w kuchni said...

taka nalewka musi być przepyszna :) w ogóle cudowny blog, będę tu zaglądać i dodaję do obserwowanych :)

Alina said...

Nie wiedziałam o tym miejscu, na pewno wybiorę się, gdy tylko wrócę do tego Zaczarowanego Miasta. Kocham Kraków, bez wątpienia.

Jednak w Twoim poście najbardziej ubawił mnie przypis - faktycznie, nie każdy rozróżnia te rzeczy dla nas tak oczywiste (a sama niedawno poprawiałam kogoś odnośnie Jagiellonki ;)).

Camelot do zaliczenia. Zapiszę sobie na listę.

Sabik said...

Kocham to miasto...Rynek, Żydówek i atmosferę...
A nalewkę zrobię a jakże!!Dziękuję za przepis...

buruuberii said...

An-na, czyli znasz, no prosze. A widzisz ja jakos tez wole minimalizm i nowoczesna architekture (choc tych nowoczesnych muzeow to tak w Krk nei kojarze, moze Mangha?), a i w Camelocie nei widzialam ziol i czosnkow :D. "Czynasta" powiadasz ;-) Ja lubie regionalizmy, nie jestesmy wszyscy jak od sztancy...
PS. Nalewki: dziekuje, tez pamietam. Aniu dam znac jak bede jechac do PL.

Komarka, no Prowincja to tez klasa, choc powstala na moich oczach chyba i juz tego uroku mniej... Z przyjemnoscia zabralam Cie do Camelotu :-)

atina, no tez kiedys bywalam czesciej ;-) To "pole" lubie i co ciekawsze dopoki nei spotkalam pierwszej osoby w zyciu z poznanskiego, to wogole nei wiedzialm ze jest cos innego niz "pole" choc przyznam ze moja babcia mowi "na dworcu", ale to kielieckie, im duzo wybaczalismy ;-)

Kamila prosze :)

margot, ala ala Ty sie nei smiej, Wawel to zamek, to zawsze slyszalm w tej dyskusji co wazniejsze "dwor" czy "pole", a mysle ze i jedno i drugie ma racje bytu, jest zabawniej :)))

lafle, mam nadzieje, ze znalazlas/znajdziesz tam cos dla siebie :) I ja pozdrawiam!

Aga w kuchni, och jakie pochwaly, no klaniam sie ;-)

Alina, ciesze sie, ze przypisem Cie rozbawilam! To sa absolutnie oczywiste rzeczy dla mnie, ale coraz czesciej nie moge sie powstrzymac od malej uwagi gdy slysze pytanie "studiowalas na Jagiellonce", bo ja jednak nauczylam sie ze np. w Warszawie jest Starowka ;-)

Sabik, prosze :) Kazimierz to tez historia, choc mnei kojarzy sie z brakiem Tych ktorzy mieszkali tam przed wojna, pamietam gdy nei bylo tam ani jednej knajpy, ale pod Endziorem zawsze staly kolejki... Pozdrawiam!

Monisia said...

piękne słowa,opisują wszystko tak dosadnie z pewną dozą sentymentalizmu...że chciałoby się czym prędzej wsiąść w pociąg i znaleźć się w tym magicznym miejscu.
Nalewkę bakaliową podkradam;)
Pozdrawiam ciepło!
M.

Zaytoon said...

Przyznam szczerze, że jeszcze nigdy przechodząc ulicą św. Tomasza, nie zwróciłam uwagi na Camelota, ale skoro tak polecasz, Basiu, to chyba nie będę miała wyboru i następnym razem tam wstąpię. I pomyślę sobie, że całkiem niedawno i Ty tam byłaś. ;))

Nalewka zapowiada się bardzo aromatycznie.

Ściskam mocno!

Asia said...

Cafe Camelot to takie miejsce, gdzie każdy krakus musi być choć raz. Ale jak będzie raz, to będzie i następny i następny - Camelot wciąga swoją atmosfera. :)
I coś czuje, ze niedługo wpadne tam na rozgrzewajaca nalewke :)
Pozdrawiam ciepło!

anna said...

Basiu Kochana,
znowu z nieba mi spadlas tym wpisem :-)
Niedlugo juz, bo na poczatku lutego spedze w Krakowie kilka dni i juz sie nie moge doczekac, kiedy tam zajrze i sernika kosztowac bede o nalewce jakowejs nie wspominajac. Serdecznosci,
Anna

Evitaa said...

Znam ten zaułek i Camelot też kiedyś dawno temu poznałam. Cudowna nalewka :)

buruuberii said...

Monisia i ja pozdrawiam, milo czytac Twe slowa!

Zaytoon, oj bylam i to nawet we czwartek ;-) polecam w ciemno Oliwko i sciskam!

Asia, o prosze a ja niektorym moim znajomym prawdziwym krakusom Camleota przedstawilam ;-) Pozdrawiam cieplo i ja!

anna: Ania, mam nadzieje ze znajdziesz cos w loch-camelotowej atmoswerze dla siebie, cos czuje ze nei bedziesz zalowala! Juz dzisiaj zycze Ci milego czasu Krk :)

Evitaa, oj i ja jestem zaskoczona ta nalewka ;-)

An-na said...

Buru - mam na myśli podziemia Rynku, MOCAK i Fabrykę Schindlera :)

mania said...

Sernik z Camelotu.... niezapomniany smak :)
Bardzo apetyczny blog, z przyjemnością czytam archiwalne posty.
Pozdrawiam serdecznie!

mania said...

Sernik z Camelotu.... niezapomniany smak :)
Bardzo apetyczny blog, z przyjemnością czytam archiwalne posty.
Pozdrawiam serdecznie!

0880alice said...

Ooo.. Camelot to moje ulubione miejsce na przemyślenia ;) przy okazji zjedzenie czegoś pysznego!


pozdrawiam
cookmealice.blogspot.com

Sabik said...

No dobrze, już dobrze...:-)
Nalew zrobiony, teraz bakalie zxasłodzę...jestem ciekawa smaku bakaliówki:-)pozdrawiam!!:-)

buruuberii said...

An-na, podziemiami Rynku mnei Ania zaskoczylas - mnie one sie kojarza tylko z ta ochydna fontanna z silikonowa fuga :D a kiedys byla tam taka piekna fontanna Zina...

mania, dziekuje za mile slowa, cieszy ze ktos zaglada do starych wpisow :) i ja pozdrawiam!

0880alice, maly swiat, co? ;-)

Sabik i ja jestem ciekawa Twoich wrazen, dla mnei to naprawde odkrycie, w weekend zlewalam druga ;-)

ewaEs said...

Uwielbiam Camelot, często tam bywam!