Saturday, October 24, 2015

pigwówka



"przed starym domem", jak się zwykło u nas nazywać ogródek przed domem babci, rosły patrząc od prawej: piwonie (białe i jedna czerwona), duży krzak jasno-fioletowego bzu, różaneczniki (ciemno-amarantowe), za nimi rajska jabłonka, a pod jabłonką gęsto było od konwalii. Obok była rabatka na całą długość ogródka a na niej: wiosną fiołki, pierwiosnki, tulipany i żonkile, szafirki, sasanki, szarotki, irysy; latem ogrodowe maki, jukki, cesarskie korony, floksy, żółte lilie i mnóstwo innych kwiatów. Na drugiej rabatce były tylko i wyłącznie róże, w większości pąsowe.

Na samym środku ogródka, pomiędzy tymi dwoma rabatkami, był kawałek trawnika, a na nim fioletowy bez, jakiś iglasty krzew (może cis) i pigwowiec. Pigwowiec kwitnący wiosną jako jedyny w ogródku na jasno-czerwono. Latem pojawiało się na nim kilkanaście owoców, raz spróbowałam - były niezmiernie twarde i kwaśnie, od tamtego czasu późną jesienią znacznie bardziej interesowały mnie, dojrzewające na krzakach wzdłuż całego starego domu, winogrona.

Pigwówka to nalewka nastawiana na owocach pigwy. Jako że pigwa rośnie w naszym klimacie niezmiernie rzadko, często pigwówką nazywa się również nalewkę na owocach pigwowca, ktore są nieco podobne do pigwy w smaku i kształcie. Pigwa jednak jest owocem dużym, jak wielkie jabłka (w Izraelu owoce pigwy ważą i pół kilograma!), a owoce pigwowca są wielkości najwyżej dorodnej moreli i, moim zdaniem, są bardziej kwaśne od pigwy. Co by jednak nie mówić, nalewki z pigwy czy pigwowca warto spróbować.

 
Przepis na pigwówkę, czyli nalewkę na owocach pigwy, bądź pigwowca (radosna twórczość własna):

1kg dojrzałych owoców pigwy
1/2 litra wódki
1/2 litra spirytusu
1/2 kg cukru (można i 1/3kg)

Owoce pigwy umyć (dokładnie pozbawiając włosków), przekroić na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne, następnie ćwiartki owoców pokroić w niewielkie plasterki (o gruboiści skórki 4-5mm). Pokrojoną pigwę pozostawić na kilkanaście minut na otwartym powietrzu by odrobinę ściemniała (wtedy nalweka bedzie miała intensywniejszy kolor). Owocowe plasterki wrzucić do słoja, zalać wódką i spirytusem, odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć słojem raz na parę dni. Następnie zlać znad owoców płyn, a pigwę zasypać cukrem, potrząsnąć co pare dni, po tygodniu cukier powinien sie rozpuścić. Po tym czasie zlać znad owoców syrop i połączyć z wczesniej zlanym alkoholem (owoców nie wyrzucać, przydadzą się za kilka dni). Nalewkę odstawić na pół roku. Po tym czasie zlać znad osodu i próbować. Aromatyczna.


PS. Na powyższym zdjęciu ten mały ciemno-żółty owoc to owoc pigwowca, ten duży którego widać połowę to pigwa od wujka Ryśka :-)
.

Friday, October 16, 2015

chleb pita



w co drugi mniej więcej czwartek wsiadaliśmy na kampusie Givat Ram w autobus numer 9 i jechaliśmy na ulicę Ben Jehuda, by stamtąd iść na shuk. Na targu kupowaliśmy obowiązkowo: oliwki, daktyle, chałwę na wagę, duże pudełko hummusu u Bashera, biały ser tzvatit i jakiś ser zółty plus siatkę chlebów pita. Potem szliśmy z powrotem na Ben Yehuda i wracaliśmy na  kfar hastudentim  autobusem 4 lub 4א. Jazda autobusem miejskim w Jerozolimie zasługuje na osobny rozdział, który byłby zresztą znacznie dłuższy, niż rozdział o chlebie pita.

Stoisko z ciepłym chlebem pita jest chyba najważniejszym stoiskiem na jerozolimskim targu Mahane Yehuda. Zdawało się, że mało kto wychodził z targu bez reklamówki czy dwóch płaskiego chleba. Na oczach kupujacych zdejmowany z blachy i pakowany. Chleb ten był miękki, wilgotny, bardzo ciepły wkładany do woreczków, po 10 sztuk lub nawet 20. Zapach drożdży unosił się wokoło.

Chleb pita albo po prostu pita (hebr. פיתה, arab. خبز عربي) to płaski, okrągły chleb z białej mąki na drożdżach, popularny na całym Bliskim Wschodzie. Wypiekany szybko w wysokiej temperaturze co powoduje, że chleb się nadyma, w środku powstaje kieszonka idealna do "nadziewania". Chleb pita wydaje się być najpopularniejszym chlebem w Izraelu, jest podstawą izraelskiego śniadania, obowiązkowy do hummusu, białego sera, obowiązkowy do falafela, kebabu. Wilgotny, bliskowschodni.


Przepis na pity czyli chleb pita
(na podstawie przepisu z "The Book of New Israeli Food" Janny Gur):

500g mąki
25g świeżych drożdży
300ml letniej wody
1 łyżka cukru
1 łyżeczka soli
50ml oliwy

Z drożdży, 50ml letniej wody, cukru i 50g mąki zrobić zaczyn, odstawić na kilka minut do wyrośnięcia. Do misy wsypać mąkę, wymieszać z solą, dodać zaczyn, resztę letniej wody, wlać oliwę. Ciasto wyrabiać 5-7 min. Pokropić oliwą i pozostawić do wyrośnięcia (45-60min). Ciasto zarobić, podzielić na 16 części i uformować z każdej porcji ciasta małą bułeczkę, przykryć je ściereczką i pozostawić na 10-15 min. Następnie każdą bułeczke rozpłaszczyć i przy pomocy rąk lub wałka rozwałkowac na dysk o średnicy 12-13cm. Piec w piekarniku nagrzanym do 225st.C 5-7 minut, dopóki jedynie delikatnie się zarumienią. Ostudzić przez 10 min i przykryć serwetką, by nie wyschły, pity mają być wilgotne, miękkie. Do własnoręcznie robionego humusu obowiązkowe!

PS. Chleb pita upiekłam z okazji Zorry Światowego Dnia Chleba 2015.

Monday, October 05, 2015

salomonowe ciasto



przyjechaliśmy zamieszkać w Pradze, w czeskiej Pradze, w jak mówią zlaté Praze lat temu dziesięć*. Wcześniej odwiedziliśmy Pragę dwukrotnie, na 4-5 dni. Nigdy nie myśleliśmy, że w Pradze będziemy na dłużej. Nigdy tego nie planowaliśmy, a na chwilę obecną wygląda, że w Pradze zostaniemy na więcej niż parę lat. Máme rádi Prahu.

Przepis na salomonowe ciasto ponoć krąży po całej Czeskiej i Słowackiej Republice od czasów, gdy były znane jako Czechsłowacja, od ponoć dobrych trzech pokoleń. Krąży pod róznymi nazwami:  šalamounovy řezy, šalamounova buchta, šalamoun anebo šup do trouby. Mówią, że nazwa ciasta bierze się od mądrości Salomona, przepis jest prosty i szybki w wykonaniu.

Salomonowe ciasto zaznaczyło początek naszego zamieszkania w Czechach. Jest to ciasto, które upiekła Marcelka w jeden z pierwszych dni, gdy przyjechaliśmy i zabrała go na kolację do Ivki i Pavla. Zapamiętałam to ciasto jako placek bardzo ciemny, bardzo słodki i przede wszystkim bardzo mokry. Bardzo pyszny. Po dziesięciu latach go upiekłam, na okrągłą rocznicę. Je opravdu moc dobrý!


Przepis na šalamounovy řezy czyli salomonowe ciasto, słodkie i mokre (od Marcelki):

2 szklanki cukru (trzcinowy idealny)
1 szklanka kawy (z 1 łyżki kawy)**
1/4 kostki masła
2 szklanki mąki
łyżeczka proszku do pieczenia
3 łyżki ciemnego kakao
3 jajka
kieliszek rumu lub ulubionej nalewki


Kawę zalać gorącą wodą, dosypać cukier, dodać masło, wymieszać do rozpuszczenia masła, nie gotować (dalej mieszaninę nazywam syropem kawowym). W misie wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, kakaem. Wlać do suchych składników połowę syropu kawowego. Wbić do ciasta jajka i dokładnie wymieszać. Wlać na formę wyłożoną papierem do pieczenia i piec 20 minut w T=175st.C. Upieczone ciasto polać chlodnym syropem wymieszanym z alkoholem. Posypać wiórkami czekoladowymi, kokosem czy mielonymi orzechami. Dobrá česká buchta.


* fakt, w międzyczasie wyjechaliśmy na dwa lata do Jerozolimy.
** w oryginale szklanka wody.

Monday, September 28, 2015

cymes śliwkowy czyli śliwki, ziemniaki i karmel



wydawało mi się, że z cymesem nie mam żadnych ani doświadczeń, ani wspomnień. Myślałam, że znam go tylko i wyłącznie z książek, albo najwyżej z opowieści znajomych. Te opowieści notabene, bez używania zbędnych eufemizmów, możnaby sprowadzić do określenia jakim Ottolenghi podsumowuje klasyczny cymes - "obrzydliwy". Ale, ale pamiętam marchewkę z rodzynkami z uniwersyteckiej stołówki na Givat Ram w Jerozolimie, mam przed oczami, smaku chyba jednak nie poznałam.

Dobre słowo na temat cymesu trudno w Izraelu usłyszeć (zreszta tak samo nt. macy). A w języku polskim cymes to specjał, coś wybornego w smaku, smakołyk, makagigi. Gdy pierwszy raz miałam w ręce książkę Jerusalem, jeden przepis szczególnie przykłuł moją uwagę - pieczone ziemniaki z karmelem i suszonymi śliwkami, to rzeczywiście może być cymes pomyslałam*. 

Cymes  czy tzimmes (jidysz: צימעס) to sztandarowa potrawa aszkenazyjskich Żydów. Często podawana na szabat i bardzo często na kolacje noworoczną z okazji Rosh Hashanah. Oczywiście wersji cymesu jest wiele, każdy jednak musi zawierać warzywa korzeniowe i miód. Cymes historią sięga średniowiecza, kiedy to miód był popularniejszy od cukru. Najprostszy możliwy cymes to marchewka z miodem. Może być z batatem, pasternakiem, ziemniakami, nieczęsto ale może być też z trzcinowym cukrem. Cymes zazwyczaj jest doprawiony cynamonem, pieprzem i duszony na gęsim smalcu. Równie często jest z dodatkiem mięsa (głównie wołowiny). I iak dalej, i tak dalej. Słodki, a ten z suszonymi śliwkami wyborny.


Przepis na cymes, tzimmes, czyli suszone śliwki, pieczone ziemniaki i karmel (za Ottholengim i Tamimim z Jerusalem):

1kg ziemniaków
2 garści suszonych śliwek
oliwa bądź masło
sól
100g cukru
50ml wody

Ziemniaki (najlepiej średniej wielkości) obrać i przekroić na pół. Gotować w osolonej wodzie do momentu, aż bedą "prawie dobre" czyli minutę-dwie krócej niż normalnie, ziemniaki nie powinny się rozpadać. Następnie ziemniaki odcedzić i nieco ostudzić. W rondelku podgrzać cukier i upalić karmel koloru bursztynowego, po czym natychmiast zalać wodą (uwaga - woda wtedy bardzo pryska), dobrze zamieszać by powstał gęsty karmel. Ziemniaki wymieszać z oliwą/masłem i dopiec na złoto w gorącym piekarniku (można podsmażyć na złoto na patelni). Śliwki** wymieszać z karmelem i polać tym "sosem" ziemniaki, delikatnie przemieszać. I cymes gotowy. Doskonały sam w sobie lub jako dodatek do pieczonej z cytryną jagnięciny lub koltetów jagnięcych. Delikatnie słodkawy, śliwkowy z ziemniakami.


* autorzy Jerusalem określają tę potrawę jako swoje dwa grosze w temacie cymesu właśnie. 
** jeśli śliwki są bardzo twarde, to dobrze je na parę minut zalać wrzącą wodą.

Monday, September 21, 2015

suszone śliwki węgierki



odkąd pierwszy raz usłyszałam Łukasza opowieść o wędzeniu węgierek, zamarzyłam chociaż raz takie wędzenie przeżyć. Niestety urodziłam się badź to kilkanaście lat za późno, bądź w niewłaściwej rodzinie. U Łukasza od blisko ćwierćwiecza ślwek się nie wędzi, a moja prośba kilka lat temu, by może tak spróbować węgierki uwędzić, nie odbiła się niestety szerokim echem. Coś sobie przypominam, że chyba mi wszyscy popukali w czoło, oczywiście myśląc: upadła na głowę!

I te kilka lat temu, więdząc, że pewnie na żadne wędzenie śliwek się nie załapię, zaczełam suszyć (bez dymu) węgierki sama. Pierwsze, które suszyłam, kupiłam u mojej ulubionej przekupki na Nowym Kleparzu (w Krakowie). Którejś transzy suszonych węgierek z wyraźną dumą pilnował mi Demon, nie był na szczęście nimi zainteresowany. W tym roku zaś wiele ze śliwek nie doczekało końca suszenia, bo notorycznie kradnie mi je Emil, jak tylko je namierzy.

Suszone węgierki, suszone śliwki węgierki, mają niepowtarzalny smak. Są słodkie, a zarazem lekko kwaśne z wyczuwalną nutą węgierek, o nieco palonym (suszonym) smaku. Nie mają aromatu wędzenia przez co mają odrobinę wyraźniejszy śliwkowy charakter. Są zupełnie inne od suszonych śliwek, które można kupić, od tych tzw. kalifornińskich, które moim zdaniem są głównie słodkie. Węgierki suszone własnoręcznie to zupełnie inna liga!


Przepis na suszone śliwki węgierki domowym sposobem (radosna twórczość własna):

2kg dojrzałych węgierek
czas (około 3-5dni)

Węgierki rozłożyć na wielkiej blasze, bezpieczniej na papierze do pieczenia (lubią puścić sok i przywierać). Suszyć w piekarniku nagrzanym do 70st.C przez 30 minut. Ostudzić całkowicie (można wynieść np. na balkon i studzić w jesiennym słońcu, jeśli takowe występuje). Czynność suszenia i studzenia powtarzać kilka czy kilkanaście razy dziennie. Po dniu suszenia śliwki delikatnie naciąć i wyjąć z nich pestki. Suszyć przez kilkanaście minut w wyższej temperaturze (około 90st.C), ostudzić. Następnie suszyć w 70st.C. I tak w kółko aż do momentu, gdy śliwki są wyraźnie pomarszczone. Zazwyczaj nie suszą sie równomiernie, gdy niektóre z nich są wyraźnie suchsze należy je odłożyć, a te wilgotniejsze dosuszyć.
Tak wysuszone śliwki są lekko gumowe, można je od razu zajadać lub przechowywać w niedomkniętym słoju w chłodnym miejscu lub w szczelnie zamykanym słoju przesypane cukrem. Można je też wysuszyć na "prawie twarde", te dłużej sie przechowają (w zamkniętym słoju), ale przed użyciem najlepiej je na chwilę zalać wrzątkiem. Suszone węgierki - suszone i węgierkowe.
 
 PS. Lat temu ze trzy, Łukasza Mama nadmieniła, że w sąsiedniej miejscowości ktoś jeszcze węgierki wędzi, może się jednak kiedyś załapię?

Wednesday, September 09, 2015

talarki ziemniaczane



nie wiem co ziemniaki mają w sobie, ale zaraz obok sera i chleba należą do moich najbardziej ulubionych produktów żywnościowych (no może nie licząc cukru:). Ze szczególnym pietyzmem kolekcjonuję proste w wykonaniu, banalne w przepisie pomysły na pieczone ziemniaki, że tylko wspomnę: ziemniaki z ogniska, ziemniaki pieczone w mące, ziemniaki Hasselback, zapiekanka ziemniaczana, babka ziemniaczana.

Z kolei do kanonu wspomnień z dzieciństwa, obok rogalików z wody, grzanek z serem i grzanek maczanek, należą również talarki ziemniaczane. Nie wiem, co w nich jest, są to w końcu kolejne "tylko" pieczone ziemniaki, ale pamiętam, że jako dziecko, gdy Mama pytała w sobote co chcemy na obiad, prosiłam bądź o grzanki, bądź o talarki*!


Przepis na pieczone talarki ziemniaczane (od Mamy):

ziemniaki
masło do natłuszczenia blachy
sól do podania

Ziemniaki obrać, pokroić w talarki maksymalnie 1cm grubości, ułożyć na blasze do pieczenia wysmarowanej masłem. Talarków nie posypywać solą ani innymi przyprawami, wtedy w trakcie pieczenia na każdym kawałku powstaje wybrzuszenie (jako dzieci mówiliśmy na nie "bulka"), które dodaje talarkom dodatkowego, mam wrażenie, smaku. Talarki piec 30 minut w temp. 175st.C. Zajadać ciepłe. Dzieciństwo.

* trzeba się przyznać, później też o frytki.
PS. Kilka upieczonych na złoto talarków zmiksowałam na grubo z gotowaną marchewką i tak oto dziewięciomiesięczny Emil jadł pierwszy raz w życiu pieczone ziemniaki :-)
.
.

Monday, August 24, 2015

kruszonka, z trzcinowym cukrem



Aga: kruszonka musi być słodka.
Gosia: kruszkonki musi być dużo.
Łukasz: kruszonka wcale nie musi być z orzechami!
Basia: kruszonka jest świetna z trzcinowym cukrem.
Emil: nie mówi, szeroko po kruszonkę otwiera buzię.*

Kruszonka owocowa to moim zdaniem najłatwiejsze możliwe ciasto. W najprostszej formie to tylko cztery składniki: masło, cukier, mąka i owoce. Ciasto wystaczy luźno zagnieść, żadne tam wyrabianie, wałkowanie czy coś. Ciasto ideał na lato, choć gdy w kuchni temperatura przekracza 27st.C, jednak wybiaram same lody.

Crumble, fruit crumble czyli kruszonka owocowa to ciasto, deser o brytyjskich korzeniach. Brytyjska klasyka. Nazwę swą bierze od kawałków pokruszonego ciasta przykrywającego zapieczone owoce. Najpopularniejsza jest, bodaj, wersja z jabłkami. Do kruszonki można dodać orzechy, płatki owsiane, skórkę cytrynową czy przyprawy. Dla mnie kruszonka owocowa ma najwiekszy urok z jasnym trzcinowym cukrem. Najważniejsze byle kruszonki było niemało.



Przepis na  crumble czyli kruszonkę z trzcinowym cukrem (na podstawie przepisu Briana Turnera):

3/4-1kg swieżych owoców (polecam śliwki, wiśnie, morele)
125g masła
125g jasnego trzcinowego cukru**
200g mąki
50g mielonych orzechów (opcjonalnie)

Obrane i pokrojone owoce ułożyć na dnie naczynia do zapiekania. Miękkie masło utrzeć z cukrem. Porcjami dodawać mąkę, na końcu można dodać orzechy, zarobić. Owoce posypać grubo kruszonką. Piec 20-25 minut w temp. 175st.C. Podawać ciepłą, z sosem waniliowym, śmietanką lub lodami. Na pełnię lata - kruszonka, dużo kruszonki i trochę owoców!

* chociaż to nie jest zbyt dobra reklama, bo Emil szeroko otwiera buzię po wszystko ;-)
** drobny lepszy, np. light soft brown cane sugar brytyjskiej firmy Tate Lyle.

PS. Owocowe wypieki letnie przygotowywałam za namową i zgodnie z coroczną tradycją z Alcią, Atinką, Eweliną, Majanką i Moniką - dzięki wielkie dziewczyny :-)

Monday, August 17, 2015

grzanki z ogniska



niewiele mam wspomnień z dzieciństwa w których w głównej roli występuje mój Tata, ale te trzy, które mam, zarysowały się w mojej pamięci doskonale. Pierwsza z nich to  historia mocowania przez Tatę wiązań do nart, gdy to wiertarkę, której używał, ja niespełna trzyletnia, wsadziłam sobie niemal w oko. Co ciekawe, nikt z dorosłych tego zdarzenia nie pamięta. Druga to wizyta w sercu Beskidu Niskiego, którą kiedyś mam nadzieje opisać.

Trzecia zaś historia, którą dobrze pamiętają oboje rodzice, to ta, z której ja zapamiętałam zapach sosny i woń ogniska. Było to bodajże w mojej pierwszej klasie na feriach zimowych. Nie było co ze mną począć. Śnieg był po kolana, babcia mnie już pewnie miała dość, więc z Tatą pojachałam na "wycieczkę do lasu", czyli na budowę drogi leśnej w Zdyni. Śniegu naprawdę było dużo, wydawało mi się, że szliśmy przez las godzinami (w rzecziwstości pewnie z pół godziny), aż doszliśmy na miejsce robót.

A tam, akurat w czasie drugiego śniadania, siedziało wokół ogniska kilku mężczyzn. Wokół jakieś ścięte sosny czy inne drzewa iglaste a pośrodku otoczone conajmniej półmetrowym śniegiem duże ognisko. Nad ogniskiem coś piekli. Zainspirowany Tata wyciągnął nasze zapakowane w biały papier kanapki od Mamy. Kanapki były z serem żółtym, upiekł je nad ogniskiem. Chleb był chrupki a ser dobrze roztopiony. Jak w bajce.


Przepis na grzanki z ogniska (ze wspomnień):

kromki chleba
ulubiony ser (najlepiej ze 2-3 różne rodzaje, w tym ser salami)
masło
czerwona papryka w proszku
kminek
i rozpalone ognisko

Kromki chleba (lub bułki) posmarować masłem z jednej strony. Na kromkach od strony nie posmarowanej masłem układać nie za cienkie plasterki sera. Ser posypać czerwoną papryką w proszku lub/i kminkiem. Przyłożyć drugą kromką tak, by masło było na wierzchniej stronie. Opiekać nad ogniem. Ponieważ dość często grzanki wpadają do ogniska, można je przez kilka początkowych minut opiekać w folii aluminiowej, a gdy ser sie nadtopi i sklei kromki, dopiec grzankę na rumiano z obu stron nad ogniem. Wspomnienia.



PS. 1. Powyższy widok mieliśmy rok temu na dalekiej północy nad fińskim jeziorem w okolicy Tampere gdy to grzanki z ogniska (ze zdjęcia numer jeden) wsuwaliśmy.
PS. 2. Myślę, że to mogłyby być moje 3 grosze do akcji Woborczej: Letnia szkoła ojców.
.

Monday, July 20, 2015

zupa z wiśni, chłodnik z wiśni



po prawej stronie od bramy, zaraz za płotem, za zwykłym drewnianym płotem z pociemniałych sztachetów był sad. W sadzie tym: kilka śliw, kilka jabłoni (a wśród nich taka która wzbudzała szczególny dziecięcy zachwyt - na jednym pniu rodziła bowiem dwa gatunki jabłek), dwa orzechy (na jeden z nich się z radością wspinaliśmy), jedna wielka grusza i na samym końcu krzaczki porzeczek i agrestu. Zaś tuż za ogrodzeniem, na samym rogu rosła dorodna trzmielina.

Z kolei po lewej strony od bramy patrząc, czyli bliżej wejścia do domu, nad drewnianą ławeczką rosła papierówka, obok ławeczki chyba stał mały stolik, a nieco dalej była studnia z żurawiem. Nie pamiętałam za bardzo czy i gdzie rosła wiśnia, ale Babcia Cela rozwiała moje wątpliwości: "pewnie że była wiśnia, zaraz koło żurawia, wysoko była nie dało sie zerwać wiśni z ziemi, potrzebna była drabina".

A na ten obiad, chyba jedyny jaki doskonale pamiętam choć obiadów jadłam u Babci dziesiątki, była zupa z wiśni (wspominałam o niej przy okazji pamuły* z wędzonych śliwek). Było bardzo, bardzo gorąco, stół stał pod największym orzechem, tym po prawej stronie. Może był nakryty obrusem gdy na talerze Babcia nalewała chłodną zupę koloru różowego z bordowymi kuleczkami wiśni - zupę wiśniową - to jedyna słodka potrawa Babci Celki jaką pamiętam, jedyna i najlepsza. Wspomnienia


Przepis na zupę z wiśni, chłodnik z wiśni (z babcinej pamieci + moje 2 grosze):   

1/2 kg wiśni
1/2 szklanki slodkiej smietanki
woda lub mleko do rozcieńczenia (1/2 - 1 litr)
cukier do smaku (daje 1/2szkl)
ugotowany makaron (około 200g)

wersja Babci - na gorąco:
Wiśnie wydrylować i zalać w garze wodą, doprowadzić do wrzenia i na średnim ogniu gotować 2-3 minuty. Następnie zdąć z ognia, dolać śmietankę, posłodzić. Do zupy wrzucić uprzednio ugotowany drobny makaron. Podawać w upalne dni, na stole pod orzechem :-)

wersja Basi - na zimno:
Wiśnie wydrylować i zasypać w garnku cukrem, dokładnie wymieszać, odstawić na kilkanaście minut, w międzyczasie pare razy przemieszać (wiśnie powinny puścić sok, dużo soku). Następnie dolać śmietankę i rozcieńczyć mlekiem wedle uznania. Do zupy wrzucić uprzednio ugotowany drobny makaron. Podawać w bardzo upalne dni, najlepiej pod orzechem :-)


* "pamułą" Babcia Celka nazywa dowolną zupę owocową, czy to ze swieżych wiśni czy to z wędzonych śliwek.

Monday, July 06, 2015

wiśniówka



oprócz wielkiej drewnianej beczki z kiszoną kapustą, blisko setki słoików z dżemami (w tym z jedna trzecia dżemów smaku słodkiego i koloru brązowego, czyli babcinej konfitury z truskawek), kolejnej setki słoików z kompotami  z owoców wszelakich, zapamiętałam z przetworów babci Helki wielką butlę z nalewką. Butlę z nalewką wiśniową.

Jestem pewna, że ta około 10-cio litrowa butla stała na strychu, po prawej stronie od wejścia, zaraz obok pustych słoików. Jednak Mama twierdzi, że nikt by nalewki na strych nie wynosił. Jedno jest pewne - babcia wiśniówkę robiła, może nie co roku i może nie w dużych ilościach, ale wtedy gdy zapewne zostało wiśni z robienia kompotów :-)

Tak wielką butlę z wiśniówką wypatrzylam pare lat temu w chacie mojego ulubionego beskidzkiego ceramika. Przypomniałam sobie wtedy ową babciną butlę i zdałam sobie sprawę, że wiśniówka zatarła mi się nieco w pamięci, a przecież wiśniówka to nalewkowa klasyka, a ponadto była to zapewne pierwsza nalewka jaką na oczy widziałam. Tradycja, wspomnienia.


Przepis na wiśniówkę, czyli nalewkę na wiśniach (z wspomnień):

1kg dojrzałych wiśni
1/2 litra wódki
1/2 litra spirytusu
1/2 kg cukru

Wiśnie zalać wódką wymieszaną ze spirytusem, odstawić na 2 tygodnie. Potrząsnąć butlą/słojem raz na parę dni. Po owych dwóch tygodniach dosypać cukier. Nalewkę odstawić na kolejne kilka dni, co dzień potrząsać słojem/butlą. Gdy cukier się rozpuści (zazwyczaj po 3-4 dniach), zlać nalewkę znad owoców i odstawić na pół roku. Po tym czasie zlać znad osadu i próbować. Klasyka nalewkowa.


PS. Wiśnie można wydrylować, choć babcia tego nie robiła. Co prawda nie raz słyszałam w dzieciństwie o "cyjankach" w pestkach wiśni, jednakże jako chemik z tytułami twierdzę, że w trakcie paru tygodni z pestek wiśni do nalewki może przeniknąć znikoma ilość amigdaliny, która jest źródłem cyjanków, w nalewkach o wiele bardziej szkodliwy (ze względu na ewentualne duże dawki) jest sam alkohol ;-)