Monday, February 13, 2012

z winem, suszone owoce



pewnego lutowego wczesnego popoludnia, 3 lata temu, w miescie zwanym Yerushalayim, juz spokojnie rozwijaly sie pąki migdalowcow, wpada do pokoju Liat i niemal jak w kazdy czwartek probuje wyciagnac nas na obiad do tzw. zolnierskiej kantyny (zolnierskiej, bo wiekszosc spozywajacych tam posilki to zolnierze, ktorzy w owej stolowce maja specjalna znizke). Odpowiadamy zgodnie: pewnie!

Czy zapomnialam o Tu Bishvat? Nie ma takiej mozliwosci, o pewnych swietach sie nie zapomina. O urodzinach sie nie zapomina, szczegolnie o dniu w ktorym urodziny obchodza drzewa. Idee tego stosunkowo mlodego swieta, bo wprowadzonego dopiero od XVIw., tlumaczylam m.in tutaj przed rokiem. Cenie Tu Bishvat, drzewa budza moj szacunek, szczegolnie stare, wiem ze sie powtarzam :)

Nie ma Tu Bishvat bez suszonych owocow, bez Shiv'at HaMinim, szczegolnie bez daktyli - to wtedy chocby na jerozolimskim shuku pojawiaja sie wysokie na blisko metr daktylowe gory. Tu Bishvat, jako bodajze jedyne zydowskie swieto, nie ma swej klasycznej potrawy (jak lekach na Rosh Hashanah, latkes czy sufganiyot na Hanukkah, hamantaschen na Purim, czy maca na Pesach). Ale kazde danie, ktore zawiera suszone owoce na Tu Bishvat sie nada i najlepiej by owych owocow czy orzechow bylo jak najwiecej.

Potrawa, ktorej sprobowalam tamtego popoludnia w zolnierskiej kantynie, nie obejdzie sie bez tzw. szabatowego kompotu owocowego, ktory jest zarazem popularnym deserem na Tu Bishvat. Deser ten przyrzadza sie macerujac suszone owoce w wodzie z przyprawami, lub soku owocowym, winie, czy herbacie. O stolowkowych przysmakach kiedy indziej, dzisiaj proponuje suszone owoce w winie z przyprawami - przepis prosty, wrecz banalny, nie planowalam o nim pisac, jednak efekt wyraznie przerasta kantynowe potrawy ;-)

Przepis na suszone owoce w winie, z kardamonem i lisciem laurowym
(z wspomnien i ksiazki "Taste of Israel: A Mediterranean Feast" Avi Ganor i Rona Maiberga), 4 niewielkie porcje:

50g granatowych rodzynek*
50g daktyli
50g moreli
50g suszonych sliwek
5 kardamonowych strączkow
3 swieze liscie laurowe
~szklanka czerwonego wina

+ szklanka jogurtu wymieszana z lyzka brazowego cukru

Suszone owoce zalac winem, dodac przyprawy, odstawic na kilka minut, a nastepnie doprowadzic do wrzenia i gotowac na bardzo malym ogniu pod przykryciem 5, gora 10 minut. Gaz wylaczyc, przykryte owoce pozostawic by ostygly. Przelozyc do malenkich miseczek (przyprawy odrzucic) i bardzo dobrze schlodzic w lodowce. Owoce podawac z naturalnym gestym jogurtem badz bita sietana. Mnie zachwycil.

* w zasadzie kazde rodzynki moga sie nadac, ale granatowe uzbeckie ktore mam na mysli to esencja rodzynkowego aromatu. Jesli ktos trafi na rodzynki ktore sa naprawde granatowe, maja delikatny matowy nalot i sa z Uzbekistanu, niech bierze kilogram :-)

23 comments:

Majana said...

Basiu, zawsze coś smacznego pokażesz i fajnie opowiesz.
Nigdy nie widziałam granatowych rodzynek.
Podoba mi się ten zestaw, chętnie bym skosztowała:)
Buziaki:*

margot said...

ooooo, nie mogę granatowe rodzynki?
Basiu, ja co poniedziałek dowiaduje się więcej i więcej

buruuberii said...

Majanka, Alcia, granatowe rodzynki (z Uzbekistanu) to jest hit, dla mnei najlpesze na swiecie, o smaku rodzynkowym, a nie tylko slodkie jak sultanki... Tylko dostac trudno, w Jerozolimie na targu sa na 2 straganach i prosze przyjaciol o przysluge gdy tylko ich widze ;-)

An-na said...

Też bym się zachwyciła. A nie ma u nas jakiejś podobnej odmiany do tej granatowej? Bo sułtanki są rzeczywiście tylko słodkie.

buruuberii said...

An-na, myslalam ze ja z tymi rodzynkami to wymyslam, ale porownalam osotnio kilka rodzaji ciemnych (jumbo, koryntki i jakies 2 rodzaje bez nazwy) i jednak sa slodkie, moze jednak takie duze zlote sa najbardziej rodzynkowe? Kusilo mnei zamowic z Uzbekistanu 10kg (najmniejsze opakowanie granatowych), ale doszlam do wniosku ze postradalam zmysly ;-)

Kaczka said...

Jak ja lubie tu przysiadac do stolu :-)

Karmel-itka. said...

Kochana, uwielbiam z Tobą spędzac czas w kuchni.
magia, rozkosz i nowe ciekawostki.
jesteś niesamowita, Twój blog mnie zachwyca.

margot said...

10kg rodzynek? , hi hi , Basiu ty jesteś kochana :))))

Fantazjana said...

Prostota zawsze mnie urzeka- koniecznie spróbuję!
Jakże piękna idea święta drzew!!! Trzeba będzie jutro o nim pamiętać wśród naszych dębów i buków... Ogromnego smaka mi robisz na spacer po tak egzotycznym dla mnie targu;)

Majana said...

Ciekawe są te rodzynki. Fajnie się dowiedzieć czegoś nowego. Zaskakujesz mnie za każdym razem i to miło bardzo.:)
Dobrej nocy:)

monika said...

Basiu, a mnie zachwyciło zdjęcie :) Tzn. każde u Ciebie zachwyca, ale niektóre bardziej, np to :) Strasznie m się podoba idea tego nowego roku dla drzew, takie świeto które chyba można lubić bez zadnych "ale"..
Te owocki mi Basia przypominają pewien śliwkowy "deser" który robię od lat, ale pewnie jeszcze dużo czasu upłynie zanim o nim napiszę,na pewno predzej zrobię Twoje owoce z winem :)))

Uścisków moc :*

PS. Nie mam pojęcia jak smakują granatowe rodzynki (10 kg - cała Basia :D), ale suszone przemarznięte winogrona pyrdki znad Narwi to moje odkrycie jesieni :)

atina said...

Basiu to brzmi tak pysznie, że już mi smakuje :) W pierwszej chwili,to misie troszeńkę skojarzyło z naszym kompotem wigilijnym;) No wiadomo zupełnie inny zestaw owoców;) A tak w ogóle to zaintrygowały mnie granatowe rodzynki;) Koniecznie do zrobienia :)

Kamila said...

Basiu i znowu dzięki Tobie jestem trochę mądrzejsza, tzn że jestem całkiem głupia, hihihi. A 10 kg rodzynek to pewnie bym zjadła, tak lubię :)

Evitaa said...

Zimowe, rozgrzewające, owocowe. Podoba mi się ten przepis :)

buruuberii said...

Kaczka, a ja strasznie lubie milych gosci ;-)

Karmel-itka, rozplywam sie przy takim komentarzu, mam rumience i az chce sie pisac. Dziekuje :*

margot, Ala jak bedziecie tak pytac o te rodzynki, to naprawde strace rozum i kiedys zamowie ta 1/10 metra :DD

Fantazjana, wiesz tak przez mysl mi przemnelo ze nigdzie piekneij nie mozna swietowac Tu Bishvat jak pod konarami bukow, z ust mi wyjelas! Poszlabym z Toba na ten targ, nie tylko w wyobrazni ;-)

Majana, usciski Madzia, juz wyspana? :)

monika, och Monika, a zdjecia w zamysle mialo byc wycentorwne na srodek,a le mnei draznila ta koncepcja i sie wylamalam - alez sie ciesze ze slusznie!!! O Ty masz race, takei przemarzniete winogrona to bedzie to, bo te granatowe rodzynki sa takie wlasnei winogronowe, tak teraz sie zastanawiam czy do sultanek to podczas suszenia jednak nei wala cukru, one sa neimilosiernei slodki i neispotykanie nierodzynkowe ;-)
PS. Mowie Ci Anitka, jeszcze jedna z Was napisze o tych rodzynkach a zamiwaim z Uzbekistanu 10kg :D

Kamila, fajnei sie czyta Twoje slowa ;-)

Evitaa, o rzeczywiscie to jest dosc uniwersalny deser, dobrze schlodzony late, oj latem jak to dlugo ;-)

monika said...

Tak jest doskonale :) A najbardziej mi się podoba listek jako jedyna "dekoracja" :)

Buźka :*

Zielenina said...

robiłam coś podobnego z suszonych śliwek i bitek śmietany, matko jakie to dobre było :)

Kamila said...

Basiu 10 kg granatowych, niebieskich, błękitnych rodzynek - marzenie! To co zamawiasz? Uściski!

Jswm said...

piękne wspomnienia, a dla nas jak zwykle jakaś ciekawostka, widzę, ze nie tylko ja nie słyszałam o granatowych rodzynkach :)

grazyna said...

Basiu, bardzo ciekawie zachęciłas mnie do zrobienia takiego specjału :)

Agata said...

O kurcze, wiedzialam, ze kupienie biletow do Uzbekistanu w ciemno bedzie dobrym pomyslem - chociazby dla rodzynek :D Wyglada na to, ze we wrzesniu czeka mnie wielki przemyt.
Masz jeszcze cos Uzbeckiego wartego sprobowania na liscie? ;)

zemfiroczka said...

Basia, jesteś niesamowita z tymi kulinarnymi ciekawostkami :)

Zrobię w kolejny weekend! (tylko najpierw muszę schować te daktyle przed pożarciem ich przez Pana R.)

buziakki

buruuberii said...

monika :) listki Waldek byl przedwczoraj dowiozl w duzych ilosciach :)))

Zielenina, usmiecham sie :)

Kamila, tragedia, namierzylam rodzynki w Pradze, zamowie 2kg :DD

Jswm, a ja te granatowe polecam w cimno, warto szukac, bo wymaitaja wsrod rodzynek!

grazyna :)

Agata, wierz mi bedac rozkochana w uzbeckich rodzynkach, gdyby mnie nie kusil znow Izrael, to juz dzis kupilabym bilet do Uzbekistanu :)))
Nie znam nic innego z Uzbekistanu, ale te rodzynki warte sa biletu!! Ostatnio dowiedzialam sie, ze ogromne granatowe nazywaja sie "black bukhara"(jak dywan, ciekawe:), ale te mniejesze a jedynei granatowe wcale im smakiem nie ustepuja!! Usciski.

zemfiroczka, ciekawi mnei po co przed panem R chowalas daktyle? Co z nimi zrobilas w koncu? :*